sobota, 15 czerwca 2013

3. Justin, gdzie jesteś?


Dzisiejszego dnia musiałem wstać już o piątej rano. Niby zdążyłem się przyzwyczaić, ale nadal była to zbyt wczesna pora na wstawanie, podczas gdy chodziłem tak późno spać. Raz, a czasami dwa razy w tygodniu musiało mi wystarczyć cztery, pięć godzin snu. Czemu akurat tyle razy? Bo wraz z stworzeniem swojej drugiej tożsamości ograniczyłem życie Justina Biebera do niemalże minimum. Decyzję o stworzeniu alter ego traktowałem poważnie, nie marzyłem o niczym bardziej jak o odcięciu się od tego syfu. Dlatego też w trakcie trwania trasy koncertowałem maksymalnie dwa razy w tygodniu i tylko przez te dni zajmowałem się czymkolwiek innym związanym z moją karierą muzyczną, w pozostałą część tygodnia od niedawana stawałem się Dustinem Gray’em. Poza trasą poświęcałem się temu jeszcze mniej.
Po co to wszystko? Nie byłem już niczego pewny. Wiedziałem tylko, że nie chcę opaść na dno i nie móc już wstać. Tak bardzo pragnę znaleźć na to wszystko lek, moje antidotum. Te długie i bezskuteczne poszukiwania sprawiają mi ogromny ból. Coraz bardziej utwierdzam się w tym, że nikt chyba nie będzie potrafił złożyć mojego serca w jeden kawałek. Codziennie, gdy się budzę spoglądam w lustro i dzień w dzień zadaje sobie te same pytanie: "Kim tak naprawdę jestem?" Wątpię. Wątpię w istnienie jakiekolwiek szczęścia, które byłoby przeznaczone dla mnie. Zachowuję się jakbym nie potrafił już cieszyć się z pełni życia. Boję się przyznać, że tak jest.
Chciałbym w jakiś sposób pozbyć się tego bólu, smutku, wszelkich negatywnych emocji, które gnieżdżę w sobie od tylu już miesięcy. Z każdą sekundą, minutą, godziną, dniem, tygodniem ta warstwa narasta i narasta, a ja boję się spojrzeć głębiej w siebie, bo obawiam się, że utopię się w tym gównie rozpaczy. Wolę udawać, że wszytko jest okej. Tak jest lepiej. Tak, zdecydowanie, kłamstwa muszą mi wystarczyć.
Sięgnąłem plecak i wyszedłem z mieszkania. Wsiadłem do mojego Jeepa i odjechałem z podjazdu. Dzisiejszego dnia miałem spędzić w szkole osiem pełnych godzin, w sumie to myśl ta budziła we mnie szczątkowe poczucie radości. W końcu w jakimś małym procencie przypominała mi o moim życiu przed początkiem tego wszystkiego. Znów mogłem poczuć się jak zwyczajny nastolatek.
*
— O Dustin, jesteś! — Moim oczom ukazała się Kate. Naczelna szkolnej śmietanki towarzyskiej, mająca większe ego niż powierzchnia tego miasta. Żałosne, pomyślałem, niechętnie machając jej ręką na przywitanie.
— Słuchaj, pamiętasz jak wczoraj rozmawialiśmy o samorządzie uczniowskim? — Pokiwałem głową. — Tak, więc witamy w składzie, chętnie przyjmiemy Cię w nasze szeregi — posłała mi zmanierowany uśmiech.
— Okej, dzięki – odpowiedziałem i poszedłem dalej, zostawiając ją samą. Szczerze mówiąc niewiele obchodził mnie jakiś samorząd, a tym bardziej spoufalanie się ze szkolną królową próżności.
Ostatnie dni spędzone w towarzystwie jej i pozostałej części tutejszej elity zupełnie mi wystarczyły, by dokonać oceny jej osoby. Kate cierpiała na manię wyższości. Nie grzeszyła pięknością, inteligencją zresztą też nie, mimo to uważała za gorszych wszystkich ludzi nienależących do jej świty, a w każdej osobie znajdowała dobry powód do obrobienia mu dupy. Godne pożałowania.
Nagle rozbrzmiał dzwonek na kolejną lekcję, spojrzałem na swój plan dnia. Rozszerzona matematyka, sala numer dwanaście. Powolnym krokiem udałem się, więc w jej kierunku. Lekcja minęła mi całkiem przyjemnie, nauczyciel okazał się naprawdę dobry. Taki powrót do normalnego wyglądu lekcji był dla mnie miłym doświadczeniem.
— Dustin! — Usłyszałem jak ktoś mnie woła. Przewróciłem oczami, gdy zobaczyłem ponownie Kate. Na szczęście w jej towarzystwie byli jeszcze Camile i Philip.
— Słuchaj, zamiast na lekcje idziemy dopracować szczegóły wyjazdu wiosennego klas drugich, a potem ogłosimy dokładny termin wyjazdu, idziesz z nami? — spytała.
Spojrzałem na swój plan lekcji. Na planie lekcji widniało słowo „chemia”.
— Okej, w sumie mogę iść, tylko zostawię podręcznik od matmy w szafce — oznajmiłem po krótkim namyśle. Nigdy nie przepadałem za chemią.
*
Po tym, gdy ustaliliśmy szczegóły szkolnego wyjazdu z okazji pierwszego dnia wiosny, dyrektor zwołał spotkanie organizacyjne, abyśmy mogli przekazać trzecim klasom konkretną datę wycieczki i wszystkie ważne informacje z nią związane.
Przez cały czas, gdy Philip i dziewczyny przekazywały informacje zebranym w auli, wzrok miałem skierowany w dół. Nagle spojrzałem nieco wyżej zauważając, że niedaleko siedzi nieznajoma spotkana w sali muzycznej. Szeptała coś do koleżanki siedzącej obok niej. Chichotała.
— Lydia, wiesz co! — usłyszałem jak mówi do niej średniego wzrostu blondynka, która również się śmiała.
— Lydia, – powtórzyłem w myślach, — w końcu znam twoje imię.
Spoglądałem na nią przez moment. Przybrała z powrotem poważnego wyrazu, gdy spostrzegła, że ją obserwuję. Jej wzrok był łagodniejszy niż ostatnio, ale nadal z wyraźną nutą obojętności. Po chwili przerwałem spojrzenie, odwracając głowę w innym kierunku.
— Więc to by było na tyle — moje uszy zarejestrowały głos Philipa. Zorientowałem się, że skończyli już dzielić się z uczniami informacjami, które mieli im przekazać w imieniu Samorządu Uczniowskiego. Miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, co w domyśle oczywiście oznaczało tą dziewczynę, ale już się nie odwracałem. Muszę się kontrolować.
Kontrolować siebie? napomknął mój wewnętrzny głos. – Jesteś śmieszny. Przecież Ty już dawno straciłeś kontrolę nad swoim życiem, już dawno dołączyłeś do grona zagubionych dzieci XXI wieku. Nie wiedziałeś? zripostował.
Nie zareagowałem na kolejne durne wywody tworzące się w mojej głowie. Myślami powędrowałem do dzisiejszego wieczoru i koncertu w Los Angeles, niechętnie rozmyślając nad tym jak będzie wyglądał koncert Justina Biebera.
*
— Padam z nóg po dzisiejszym dniu — powiedziałam do dziewczyn, siadając na jedno z drewnianych krzesełek umieszczonych na szkolnym korytarzu.
— A tu jeszcze historia i w-f — odparła Irma.
— O rany, nie wytrzymam. Na bank zasnę na tych lekcjach, zobaczycie, jeszcze wspomnicie moje słowa — śmiałam się.
— Pewnie jeszcze zapyta parę osób, norma — wtrąciła się Nathalie.
— I tak nie zdążyłam się nauczyć, bo popołudniu miałam zajęcia w muzycznej, a potem cały wieczór poświęciłam na dzisiejszy sprawdzian z fizyki — tłumaczyłam swoje nieprzygotowanie do jakże fascynującej lekcji historii.
Irma zaśmiała się przyjaźnie.
— Za dużo na siebie bierzesz — skomentowała.
— I tak mam wystarczająco dużo czasu, by popadać w czarną rozpacz, —  pomyślałam ironicznie, ale na głos powiedziałam: Daję radę. W weekend nadrobię jakoś – uśmiechnęłam się.
Zabrzmiał dzwonek oznajmiający koniec przerwy, niebawem ku mojego zdziwieniu zamiast pana Castle przy sali pojawiła się pani Clarke.
— Pan Castle musiał pilnie zwolnić się z pracy, więc ja was zajmę na tej godzinie – oznajmiła nam nauczycielka. Otworzyła za pomocą klucza drewniane drzwi. Niechętnie wstałam i weszłam do środka sali. Dwie lekcje języka angielskiego w ciągu dnia to zdecydowanie za dużo.
— Przepraszam Państwa na moment, muszę iść Wam skserować materiały na zajęcia – odezwała się zanim zdążyliśmy wszyscy dobrze usiąść. - Tylko cichutko – dodała wychodząc z klasy.
Spojrzałyśmy na siebie z Irmą porozumiewawczo, z naszej kochanej pani Clarke nie można było się nie śmiać. Kiedy tylko nauczycielka wyszła wszyscy zaczęli głośno rozmawiać, błąkać się po sali i śmiać. Po niedługiej chwili usłyszałam za sobą głos pani Clarke.
— Moja szanowna inteligencjo, co jest? – powiedziała, ogarniając wzrokiem utworzony w klasie harmider. Rozdała nam kserówki i usiadła za swoim biurkiem. — Dzisiejszy temat lekcji to: Raskolnikow, jako przykład „człowieka podziemnego" — zapisała na tablicy.
— „ Człowiek podziemny" to pojęcie pochodzące z „Notatek z podziemia" Fiodora Dostojewskiego, jest to forma autocharakterystyki, — zaczęła nam dyktować notatkę, —  „Człowiek podziemny" to człowiek zły, nienawidzący świata i ludzi, żyjący na granicy szaleństwa i normalności, bezsensownie mówiący o koszmarnej rzeczywistości. To człowiek nadwrażliwy, dręczący się własną niemocą i zawiścią. Samoudręczenie wynika z bezczynności – notowałam i mimo, że „Zbrodnie i Karę" przeczytałam z przyjemnością czułam, że powoli pogrążam się w śnie. Moje powieki stawały się coraz cięższe, pisałam coraz wolniej i coraz bardziej niestarannie. Nagle usłyszałam głos Irmy.
— Słucham, co mówiłaś? — zapytałam zdezorientowana. Wykrzywiła kąciki ust w lekkim uśmiechu się na mój nieco zaspany widok.
— Mówiłam, że może ten nowy to taki „człowiek podziemny", co? — śmiała się.
— Być może — odpowiedziałam zdawkowo, uśmiechając się. Skończyliśmy chwilowo notować, na co odetchnęłam z ulgą, bo zaczynała już mnie boleć ręka.
— Teraz zaczniemy pracę na fragmentach lektury — oznajmiła pani Clarke. —  Przeczytam Wam najpierw fragment, od którego zaczniecie, a potem sami go jeszcze przeczytacie. — Wzięła do rąk kserówkę i zaczęła czytać, ogromnie wczuwając się w tekst jak to miała w zwyczaju. — „ Czemuż się dręczyłem? Bo się nudziłem. Obrażałem się, cierpiałem, choć w głębi duszy nie wierzyłem, że cierpię. Tak naprawdę to mogę światu pokazać jedynie moją jałową duszę... Nadmiar świadomości to choroba." —  ostatnie zdanie wypowiedziała ciszej. Ponownie uderzyły mnie słowa Irmy, które przed chwilą wypowiedziała, tym razem do mnie dotarły. Czy tak zachowuje się człowiek, który się czymś męczy? Który przez jakiś czynnik nie może normalnie funkcjonować? Zastanawiałam się przez dłuższą chwilę.
— Przeczytajcie dalszą część fragmentu utworu i stwórzcie konspekt eseju — moje rozmyślania przerwał głos pani Clarke. Nie wracałam już do nich tylko wzięłam się do pracy. Zanim się obejrzałam do końca lekcji została niepełna minuta. Pani Clarke też się zorientowała ile nam czasu zostało i zabrała głos.
— Podsumowując drodzy Państwo, Rodion wierzy w swą teorię, ma jednak świadomość, że zrodziła się ona z bezczynności. Zatraca się w nienawiści do otaczającego go świata tracąc do tej pory przestrzegane przez niego wartości i wszelkie zasady. Mam nadzieję, że żadne z was nigdy nie pójdzie drogą Rodiona i nie zabije własnych zasad, nie zabije własnych siebie — zakończyła dość dramatycznie. Takie wykłady były zdecydowanie w jej guście, ta kobieta utknęła w współczesności, choć jej epoką zdecydowanie nie były nasze czasy. Zabrzmiał dzwonek oznajmujący koniec zajęć.
— Dziękuję Państwu i życzę miłego popołudnia — rzuciła na pożegnanie.
Kiedy wyszłam z sali przez moment jeszcze rozbrzmiewały mi w głowie słowa nauczycielki. Skierowałyśmy się z dziewczynami w kierunku hali gimnastycznej. Przebierałyśmy się, kiedy nagle do szatni weszła nasza w-fistka.
— I jak dziewczyny, przebrane? Raz, raz — pośpieszała.
— Co dziś będziemy robić? — zapytała jedna z dziewczyn.
— Siatkówka — nauczycielka odpowiedziała krótko. — Lydia, — zwróciła się do mnie widząc, że jestem już przebrana, - idź proszę z Irmą do kantorka po piłki do siatkówki i zanieście je na ostatni sektor. Pokiwałam głową.
— Powiedz mi, czy należenie do szkolnej świty zobowiązuje do chodzenia jak takie roboty? — zapytałam żartobliwie przyjaciółki, bacznie obserwując ich dziwaczny chód na korytarzu. Zaśmiała się.
— O, nie. Minęłyśmy właśnie dwie z nich, a my nie upadłyśmy na kolana i nie zaczęłyśmy bić im pokłonów, jak ja będę teraz z tym żyć? — powiedziała, udając dramatyzm.
— Och, i co one teraz z nami zrobią? — teatralnie przyłożyłam rękę do ust udając zszokowaną. Głośno wybuchnęłyśmy śmiechem, po czym Irma otworzyła drzwi kantorka. Zabrałyśmy piłki do siatkówki i skierowałyśmy się w kierunku ostatniego sektora hali gimnastycznej.
— Ktoś cię obserwuje — szepnęła.
— Kto? — spytałam nieco zbyt głośno, omiatając wzrokiem wszystkich dookoła. —  Aaa, — dodałam po chwili, gdy zauważyłam jak rozmawia ze swoimi kumplami, —  no to chyba chciałaś powiedzieć „Ktoś Cię mierzy wzrokiem." — Irma zaśmiała się krótko, kręcąc głową. — Nie moja wina, że nie ma humoru i potrafi okazywać szacunek tylko tym ważniakom. - Stwierdziłam mówiąc równie głośno jak poprzednio. — Ups, chyba usłyszał – dodałam ironicznie.
— Czy ja wiem, — zaczęła Irma, — nie wygląda mi na takiego — odparła, przyglądając się mu.
— Ale jest — trzymałam się swego. Po chwili odważyłam się ponownie spojrzeć w jego stronę. Ku mojemu zdziwieniu jego wzrok był łagodny, jakby smutny, można było odnieść wrażenie, że obecny jest tu tylko ciałem, a duszą odległy o lata świetlne. Świadomie spojrzał na chwilę, zawieszając na mnie swój wzrok i przyglądając się mojej postawie. Z jego oczu wylewał się jakiś rodzaj zmartwienia, przygnębienia — i kto tu ma dwie twarze, co? — powiedziałam pod nosem.
*
 — No jak tak dalej pójdzie zamiast na wiosenny wyjazd śmiało będziemy mogli pojechać co najwyżej wycieczkę objazdową — stwierdziła Nathalie patrząc za okno. Po jej słowach odwróciłam się w stronę okna, by popatrzeć na tegoroczną anomalię pogodową.
— Piękna jesień tej wiosny, kto by pomyślał — skomentowałam na głos wywołując tym samym ciche śmiechy u dziewczyn.
— No droga młodzieży, to kiedy używamy Le passé composé? — wsłuchałam się przez moment w głos naszego nauczyciela francuskiego.
— Prze Pana, źle się czuję, i tak nic z tego nie rozumiem — oświadczyła Maggie z nieco mizerną miną, podtrzymując głowę na lewej ręce.
— To chluśnij se nalewkę, Maggie – poradził z typowym dla niego humorem. Spojrzałyśmy na siebie z Irmą porozumiewawczo przewracając oczami.
— Ja Panu powiem, że whisky jest o wiele lepsze – do rozmowy włączyła się Agnes, która zwykła klepać trzy po trzy. Jej rezolutne wypowiedzi zawsze wywoływały śmiech całej klasy.
Jeszcze kilka osób włączyło się do jakże zaciętej dyskusji o trunkach, a ja w tym samym czasie ponownie spojrzałam się na widok za oknem. Padało, intensywnie padało. Zbyt intensywnie jak na marzec.
Rozmyślałabym jeszcze tak chwilę, ale zauważyłam, że z drzwi wejściowych z nowego segmentu wychodzi ten nowy, więc przyjrzałam się uważnie gdzie zmierza. Pokierował się na szkolny parking, wyjął kluczyki z kieszeni spodni i jednym ruchem otworzył samochód, po czym wsiadł do środka odjeżdżając w dość szybkim tempie. Odwróciłam się przodem do klasy i spojrzałam na zegar, dochodziła dopiero dwunasta. Czemu musiał wyjść ze szkoły w środku lekcji, o tej godzinie? Zresztą, nieważne. Co mnie to obchodzi, obruszyłam się.
*
Zwolniłem się w połowie geografii i skierowałem się na szkolny parking. Wyjąłem kluczyki z kieszeni spodni i kliknąłem na przycisk otwarcia na pilocie. Wsiadłem do środka i wycofałem auto z parkingu, po czym wrzuciłem gaz i odjechałem nabierając prędkości. Zastąpiłem zwykle okulary tymi przeciwsłonecznymi i włączyłem głośno radio, by zagłuszyć moje splątane myśli. Skierowałem się w kierunku drogi szybkiego ruchu i ruszyłem w kierunku lotniska Nowy Orlean-Louis Armstrong, które było odległe o dziewiętnaście kilometrów od Nowego Orleanu. Kiedy już dotarłem na miejsce zaparkowałem auto, założyłem bluzę z kapturem, poprawiłem włosy i zadzwoniłem po Ryana, który miał zjawić się z kumplem, mającym zająć się moim samochodem. Po rozmowie założyłem kaptur, zakluczyłem wóz i wypatrywałem Ryana, zjawili się po chwili. Oddałem jego znajomemu kluczyki, powiedziałem najważniejsze rzeczy i ruszyliśmy do miejsca odpraw, gdzie miał na nas czekać James, mój menager.
— Nic mu nie mówiłeś, prawda? — upewniłem się, że jego znajomy był przekonany, iż ma zająć się samochodem nie jakiego Dustina Greya, a nie Justina Biebera.
— Coś Ty — chłopak zaśmiał się.
Dotarliśmy na płytę główną lotniska, tam gdzie miał na nas czekać James. Kiedy tylko go zauważyłem, pomachałem do niego ręką, na co ten spojrzał zdezorientowany, a gdy podszedł bliżej zaczął się głośno śmiać.
— Nie mów, że mnie nie poznałeś? — rozśmieszył mnie.
— No, no. Cóż za błękitnooki blondyn — zmierzył mnie wzrokiem. — Pomysłowy jesteś — nadal się śmiał. Wykrzywiłem usta w półuśmiechu. Zamieniliśmy parę zdań, po czym ruszyliśmy w kierunku miejsca, gdzie miała odbyć się odprawa.
Mimo, że lot nie należał do krótkich, minął mi dość szybko. Z Nowego Orleanu do Los Angeles było 1 892 mil, co daje dwadzieścia siedem godzin jazdy autostradą, samolotem tą trasę przebywało się znacznie szybciej. Na lotnisku w Los Angeles czekała reszta mojego teamu, wsiedliśmy do Mercedesa z zaciemnionymi szybami, gdzie czekali już moi ochroniarze. Zająłem tylne siedzenie i powoli zdjąłem soczewki, perukę oraz resztę mojej "charakteryzacji", chowając je do specjalnie przeznaczonej do tego torby, po czym przebrałem się.
Do gmachu studia nagraniowego dotarliśmy w niecałe czterdzieści minut. Zakładając, że jak zwykle korki były ogromne było to całkiem krótko. W między czasie jeszcze tweetnąłem z mojego oficjalnego konta o tym, że czeka mnie dziś praca w studiu. Jednym bezsensownym tweetem wywołałem falę spamu. Moich interakcji z sekundy na sekundę było coraz więcej. Kliknąłem w zakładkę „powiadomienia" i na niektóre z tweetów odpisałem, a niektóre retweetnąłem. Spostrzegając, że dotarliśmy już pod samo studio wylogowałem się z Twittera, poprawiłem włosy i założyłem okulary przeciwsłoneczne. Przez zaciemnione szyby zauważyłem tłum fanów. Gdzieś w głębi mnie coś się poruszyło. Zawsze, gdziekolwiek i kiedykolwiek, ich obecność poruszała we mnie jakąś wewnętrzną strunę. Przed oczami stawały mi obrazy z 2008 roku, kiedy to wszystko się zaczynało. To nieprawda, że ich ignoruję. Jak mógłbym ignorować kogoś, kto daje mi siłę do jakiejkolwiek egzystencji? Nigdy bym nie ignorował ludzi, którym tyle zawdzięczam. Bo kim bym przecież był bez nich?
Bycie popularnym to nie same przyjemności. Kiedy wchodzisz do tego zachłannego i brutalnego świata show - biznesu twoje życie zmienia się nie do poznania. Nagle jesteś pozbawiony jakiejkolwiek prywatności, całkowicie i to bezpowrotnie. Paparazzi potrafią ganiać za tobą cały dzień, a kiedy jesteś już na skraju wytrzymania i z całej tej złości przeklniesz na drugi dzień znajdujesz o sobie artykuł w milionach gazetach i portalach plotkarskich o tym, że jesteś chamskim, rozpieszczonym i wulgarnym gwiazdorem.
Ciężko byłoby nawet w najlepszym reportażu obiektywnie ukazać drugie dno popularności. Osiąganie sukcesu, spełnianie swoich marzeń to nic innego jak długa wspinaczka i niestety dzieje się tak, że podczas jej trwania wiele osób traci to, co można nazwać pozytywnymi wartościami. Część ludzi myśli, że to jest to, co im ciąży, dopiero, kiedy zatracają się w ciemnych stronach sławy, dostrzegają, że to były rzeczy, które najbardziej są im potrzebne. Tyle, że czasem zwyczajnie jest już za późno, by móc naprawić swoje błędy. Nie chciałbym się dowiedzieć, że i dla mnie minął już czas na odkupienie.


No więc, jak widzicie nareszcie pojawił się trzeci rozdział. 
Tak jak obiecałam, praktycznie połowę dłuższy niż poprzedni. :)
Na razie rozkręcam fabułę, a więc wybaczcie mi tą lekką zamułę, no ale przecież od razu nie wprowadzę ich dialogów. Musicie trochę poczekać. 
Wybaczcie, że dodaje go w tak dalekim odstępie od daty dodania drugiego rozdziału, ale w minionych dniach cały mój wolny czas zabierała mi nauka. Zarówno do normalnej szkoły, jak i do muzycznej. 
Dziękuję wam za każde miłe słowo o tym opowiadaniu i o polecaniu je innych osobom.  ♥ 

Klaudia x