niedziela, 8 września 2013

5. Posprzątaj po sobie.

               — „Wczorajszy koncert Justina Biebera w Dallas nagle odwołany. Wielu fanów zawiedzionych. Co się dzieje z nastoletnią gwiazdą?” — przeczytałam nagłówek artykułu na jednej ze stron plotkarskich, popijając poranną, a w sumie południową kawę, gdyż zegar wskazywał 12:37.
               Gdy otworzysz oczy wydaje ci się już, że widzisz.
News ten wydał mi się dosyć nietypowy. Nie śledziłam jego kariery, ale chyba pierwszy raz o czymś takim słyszałam, wydawało mi się do tej pory, że koncerty dla Justina to bardzo ważna rzecz, coś jak spotkania z przyjaciółmi. Z tego co wiedziałam to zawsze przecież powtarzał, że to dzięki jego fanom jest tu gdzie jest. Nie przypominam sobie, aby olewanie takich rzeczy nie jest w jego stylu. Próbowałam dociec czy to prawda.
W międzyczasie zalogowałam się na Facebooku i pierwsze co ujrzałam to zdjęcia z mojej wczorajszej urodzinowej domówki. Zlecając Irmie zaproszenie gości nie miałam pojęcia, że tym samym ściągnie do mojego domu połowę miasta. Przewijałam stronę główną w dół, na której co jakiś czas pojawiały się zdjęcia z wczorajszego wieczoru.
*
— Stój — Irma zablokowała mi drogę ręką. —  Serio, warto sobie psuć humor? Przyszedł na twoją domówkę jak każdy inny. Była jakaś mowa o czarnej liście, Lydia? — spojrzała się na mnie karcąco. — Co on ci takiego zrobił? Nadal masz mu za złe tamto wtedy na korytarzu? — dziewczyna próbowała mnie powstrzymać przed kolejną sprzeczką z Dustinem.
— Może masz rację, po co sobie psuć nerwy — powiedziałam po chwili namysłu. Nałożyłam na twarz sztuczny uśmiech i ruszyłam w jego kierunku bacznie go obserwując. Kiedy dzieliło nas zaledwie pół metra nieco zwolniłam, zdjął wzrok ze swojej rozmówczyni i spojrzał się na mnie badawczo. Czekał na moją reakcję, ale się jej nie doczekał, gdyż przyśpieszyłam kroku i wyminęłam go. Zdjęłam uśmiech z ust, miałam zamiar sprawdzić co u Georga, ale w ostatnim momencie zatrzymały mnie znajome głosy wykrzykujące moje imię.
— Rita, Rita! — spojrzałam się w stronę, z której dobiegały wołania, a moim oczom ukazało się grupa kilku osób, z którymi należałam do jednej grupy tanecznej.
— Jej, nawet wy! — skomentowałam skuteczność Irmy. Ich obecność wywołała na mojej twarzy uśmiech, tym razem stuprocentowo prawdziwy.
— Miło cię nareszcie zobaczyć, minęły chyba wieki — skomentowała Alex, po czym mocno mnie uścisnęła.
— Faktycznie — potwierdziłam, odwzajemniając uścisk.
— Ile to już minęło? — głośno myślała.
— Mistrzostwa zimowe były w połowie stycznia, więc minął już dobry rok —stwierdził Andy.
— Czyli zdecydowanie zbyt długa przerwa! — oznajmiła.
— Obiecuję, że następnym razem nie będzie trwała ona tak długo — wysiliłam się na uśmiech, w środku czując goryczę i żal na wspomnienie o śmierci babci, która zmarła w połowie lutego. W odpowiedzi usłyszałam grupowe „trzymamy cię za słowo”.
— Prezent zanieśliśmy jak reszta do Twojego pokoju, Irma wszystkim się zajęła — zdradziła mi Loren.
— Och, nie trzeba było! — uśmiechnęłam się szerzej.
— Trzeba, trzeba — podchwycił Benny.
— Dziękuję, jesteście kochani. Opowiadajcie lepiej jak tam atmosfera w tanecznym świecie po ostatnich mistrzostwach w Montgomery? — zapytałam zaciekawiona, gdyż sama nie byłam na bieżąco.
— Ally ma ból dupy, bo to my, a nie jej drużyna zgarnęła wyróżnienie specjalne — relacjonowanie podjęła Maggie. — Ostatnio, gdy byliśmy z Connorem na mieście udawała, że nas nie zna — wybuchnęliśmy śmiechem. Ally zawsze miała tendencję do obrażania się o takie rzeczy, nie umiała przegrywać z godnością. Co lepsze, uważała się za niewiadomo jaką dobrą tancerkę, kiedy tak naprawdę ledwo nadążała za poziomem jej grupy. — A tak ogólnie to wszystko w porządku. Za jakiś tydzień znów zaczynamy zajęcia, możemy na ciebie liczyć? — zapytała roześmiana blondynka.
— Hm, powinnam znaleźć czas — stwierdziłam.
Wymieniliśmy jeszcze parę zdań, śmiejąc się z różnych rzeczy, a po jakimś czasie zapytałam:
— Jest coś, co mogę dla Was zrobić?
— Wiesz, nie obrazilibyśmy się, gdybyś doniosła trochę piwa, bo właśnie się skończyło — odparł wesoło Andy.
— Andy! — upomniała, go Maggie.
— No co? — roześmiał się, rozkładając ręce w akcie niewinności.
— Już się robi — odparłam. — Mam jeszcze zapasy w garażu. Tędy — wskazałam ręką kierunek, po czym poszłam z Andy’m i Benny’m przynieść piwo i napoje, przy okazji uzupełniając szwedzki stół z przekąskami. Kiedy już ustawiłam wszystko na swoje miejsce, pożegnałam się ze znajomymi i skierowałam się po schodach go góry, by wreszcie sprawdzić co u Georga. Chwyciłam za klamkę jednego z pokoi u góry, a moim oczom ukazał się dość niesmaczny obraz. Jakaś para obściskiwała się w pokoju mojego brata. Zamarłam na moment. Odkrząknęłam, potem drugi raz, łaskawie raczyli mnie zauważyć.
— Serio? W pokoju sześciolatka? — wskazałam ręką na zabawki i kolorową tapetę w samochody na ścianie. — Co Wy sobie wyobrażacie? To nie jest jakaś tania speluna, wypieprzajcie! — poczułam jak wzbiera się we mnie irytacja. — Gdzie jest mały? —  powiedziałam po chwili, łapiąc się za głowę, w której zaczął rozprzestrzeniać się ból. Nieskutecznie próbowałam opanować nerwy.
— Jaki mały? — odparł zdezorientowany chłopak, sięgając po t-shirt leżący na podłodze. Myślałam, że zaraz im walnę.
— Mój sześcioletni brat, George. Miał tu siedzieć i się bawić — zrobiłam chwilę przerwy, żeby wziąć oddech. — No tak, ale pewnie byliście tak zajęci sobą, że nawet go nie zauważyliście — podniosłam głos.
— Pokój był pusty, gdy tu weszliśmy — tym razem odpowiedź uzyskałam od nieco skrępowanej całą sytuacją dziewczyny. Szybko wrzuciła na siebie zieloną sukienkę, małą torebkę przełożyła przez ramię, a szpilki wzięła w rękę.
— Naprawdę był pusty — dodał chłopak, gdy opuszczali pokój.
Kiedy już zniknęli z mojego pola widzenia przyłożyłam dłoń do ust, zamykając na chwilę oczy i przykucnęłam. Wzięłam głęboki oddech i starałam się jakoś zwalczyć kłębiącą się we mnie mieszankę irytacji i przerażenia. Kilkadziesiąt licealistów w moim domu, a gdzieś w tym tłumie mój mały brat. Wzdrygnęłam się na samą myśl, przecież nie mogłam pozwolić, by coś mu się stało, tak więc czym prędzej zrobiłam dokładny obchód pomieszczeń u góry, a potem na dole. Na nic. Zapytałam kilku znajomych, w tym dziewczyn czy go nie widzieli, znowu nic. Zrezygnowana i prawie ze łzami w oczach przecisnęłam się przez tłum licealistów i uwalniając się od imprezowego hałasu wyszłam przed dom. Usiadłam na krawężniku, głęboko oddychając, starałam się pomyśleć logicznie nad tym gdzie teraz może być George.
— Patrzcie kogo my tu mamy! — moje rozmyślania przerwał mi znajomy głos. Podniosłam głowę do góry i od razu tego pożałowałam.
— Jack –— powiedziałam z pogardą w głosie.
— Rita, witaj — posłał mi szyderczy uśmiech. I co on tu w ogóle robił? Zabawa w stalkera czy jak? — Szukasz kogoś? — uśmiechnął się tajemniczo.
— Nie, znaczy… — przerwałam podnosząc się z krawężnika. Przecież nie będę się mu tłumaczyć. — Co to za pytanie w ogóle? I co ty tu robisz? Nikt cię nie zapraszał — starałam się, by mój głos brzmiał pewnie.
— Och Rita, ta moja niespodziewana wizyta to z tęsknoty — zakpił. — Pomyślałem, że może chciałabyś spędzić swoje urodziny jak kiedyś — cofnęło mi się na myśl o czasach, kiedy tworzyliśmy parę. — I gdybyś nikogo nie szukała, — zachowując tajemniczy ton, zbliżył się do mnie o kilka kroków tak, że teraz dzieliło nas niecałe pół metra, — wątpię, że siedziałabyś teraz tu zamiast bawić się na swojej urodzinowej domówce. — Zbliżył się jeszcze bardziej. — Czyż nie, skarbie? — to ostatnie szepnął mi do ucha. Natychmiast się od niego odsunęłam. Zapomniałam, że tuż za mną jest krawężnik i prawie zaliczyłabym glebę, ale Jack w ostatniej chwili złapał mnie w pasie. — Uważaj na siebie, nie chcemy przecież, żeby coś ci się stało, nieprawdaż? — zacisnął uścisk, sprawiając mi ból.
— Zostaw mnie natychmiast — syknęłam, wbijając mu obcas w stopę. Podziałało. Chłopak odskoczył ode mnie jak oparzony, ale po chwili znów się zbliżył, niepostrzeżenie chwytając moją prawą dłoń tak silnie, że prawie ją złamał. — Niczego się nie nauczyłaś, zdziro — stwierdził, puszczając moją dłoń wolno. Zagotowało się we mnie, gdy usłyszałam jak mnie nazwał. Jakim prawem? — Ptaszki ćwierkają, że rodzinka Ci chyba rozwala, co? Ups, już rozwaliła.
— Nie twoja sprawa, pieprz się, Jack. Zresztą, ty nie masz jej wcale, czyż nie? — odgryzłam mu. Nie lubiłam zniżać się do takiego poziomu, ale musiałam pokazać, że się mu nie dam. I pomyśleć, że kiedyś potrafiłam patrzeć na niego w inny sposób.
— Nie widzę samochodu twojej matki, więc pewnie szukasz tego małego gówniarza, co nie? Biedna, mała Rita, której nawet matka nie interesuje się jej losem. Jak zwykle skazana na samą siebie, nawet we własne urodziny — puścił moją uwagę mimo uszu i zaatakował słowem w mój najsłabszy punkt.
— Jak śmiesz! — wrzasnęłam. Nie wytrzymałam i po prostu rzuciłam się na niego z rękoma. Mimo mojej dobrej formy, chłopakowi i tak udało się mnie powstrzymać. Ścisnął moje ręce jeszcze mocniej niż poprzednio, uniemożliwiając tym samym jakiekolwiek ruchy.
— Czekaj, jak on miał na imię? — ciągnął. Śmiał mi się prosto w twarz, kiedy próbowałam się oswobodzić. Bawienie się ze mną w kotka i myszkę sprawiało mu więcej radości niż zwykła kłótnia.
— Gdzie jest George? — zapytałam, próbując ukryć moją panikę. Jeśli banda Jacka dopadła mojego małego brata mogli mu zrobić wszystko w akcie zemsty na mnie.
— Właśnie, George! Wiedziałem, że miał jakieś idiotyczne imię — kpił sobie.
— Nadajesz się do psychiatryka, Jack! Ty i ta twoja cała banda — podsumowałam. Sprawiał mi tyle bólu zarówno psychicznego, ja i fizycznego, ale robiłam wszystko by to ukryć, a jednocześnie nadal mieć siłę, którą sukcesywnie mi odbierał.
— To co, chcesz odzyskać braciszka czy nie? — zapytał tajemniczo.
— Jeszcze jedna groźba w moją stronę, a przysięgam, że tego naprawdę gorzko pożałujesz — przełamałam na chwilę swój lęk. Nie mogłam mu pokazać, że się boję, on był zdolny do wszystkiego, a okazywanie słabości jeszcze bardziej go nakręcało.
— Lydia! — nagle usłyszałam za sobą głos brata. Oniemiałam na kilka sekund, wykorzystałam moment, kiedy chłopak w szoku poluźnił uścisk by się uwolnić. George podbiegł do mnie i przytulił się na moment.
— Wszystko w porządku? — odskoczyłam do tyłu jak oparzona, gdy usłyszałam jego głos.  Zabrakło mi powietrza, kiedy zobaczyłam Dustina, a obok Georga. Łzy napłynęły mi do oczu, ale nie pozwoliłam ulecieć żadnej z nich. Czułam, że byłam bliska wybuchnięcia, ale powstrzymałam się przed osiągnięciem apogeum. Dusiłam cały ból w sobie, dając ulecieć jedynie złości i wmawiając sobie, że potem to odreaguję.
— Mówiłem, że rodzinka Ci się rozwala, mała suko — Jack kontynuował swoją gadkę. Chciał mi sprawić ból. Doskonale wiedział, że rodzina to mój słaby punkt i to, że po dzieciństwie jakie przeszłam rodzeństwo jest dla mnie najważniejsze na świecie.
— Powtarzasz się — rzuciłam groźnie. Świadomość, że z George’m wszystko w porządku dodała mi odwagi. Nagle zebrałam w sobie wszystkie siły i ponownie rzuciłam się na niego, byłam zdolna nawet wydrapać mu oczy. Dustin nie dał mi się jednak wykazać. Odsunął mnie na bok i sam walnął go pięścią w twarz tak mocno, że z jego nosa zaczęła lecieć krew, a pod prawym okiem pojawił się spory siniak.
— Zbieramy się – oznajmił Dustin jakby to on był tu szefem. Byłam zła, że tak się rządzi, ale czym prędzej chciałam zabrać Georga do domu i móc przestać patrzeć na fałszywą gębę Jacka, więc zrobiłam jak powiedział. Jack pożegnał nas złowrogim spojrzeniem. Zgadywałam, że skończyły mu się odzywki, bo odszedł nie wypowiadając już ani jednego słowa.
W milczeniu odprowadziliśmy małego do pokoju, poleciłam mu wykąpać się i położyć spać. Dodałam jeszcze, że za parę minut przyjdę sprawdzić czy wszystko okej, po czym opuściliśmy pomieszczenie, a ja zakluczyłam drzwi.
— Rada na przyszłość, nie wtrącaj się w moje życie — ulokowałam w nim swoją złość. Chociaż po części to była też jego wina. Co on robił z małym poza moim domem i czemu mówił mi co mam robić? Zacisnęłam pieści, wbijając paznokcie we wnętrze dłoni. Czułam, że zaraz z moich oczu wypłynie fontanna. Próbowałam udawać twardą, ale zbyt ciężko było mi oddychać pod gruzem wszystkich słownych ciosów jakie zadał mi dzisiaj Jack. Nagle nasunęło mi się myśl ile z oszczerstw, które wypowiedział słyszał Dustin.
— Rada na przyszłość, pilnuj swojego rodzeństwa dokładniej. Gdybym go w porę nie zauważył nie wiadomo gdzie mały, by powędrował. Ale okej, niech będę tym złym. Żegnam — skwitował chłodno. Poczułam gęsią skórkę na ciele, po czym złość, irytację, żal i smutek na raz. Zastygłam w miejscu, nieruchomo patrzyłam jak się oddala, aż wreszcie straciłam go z pola widzenia. 
Muszę pomyśleć, lecz nie mam jak. Bałagan w umyśle, natłok spraw.
Nie tego chciałam. Cholera! Spojrzałam na korytarz, na którym nie było już śladu po blondynie. Otworzyłam dłonie, czując pieczenie, a moim oczom ukazały się na obydwu dłoniach dosyć spore rany, z których ciekła krew, zamknęłam, więc dłonie ponownie, po czym pozwoliłam nareszcie ulecieć łzom.
*
Kliknęłam myszką „zamknij”. Nie będę czytać takich bzdur. Wstałam od biurka i skierowałam się do pokoju Georga. Mary miała wrócić dziś około dziewiętnastej, tak, więc postanowiłam odpokutować niezbyt przyjemny wczorajszy wieczór, spędzając całą sobotę z bratem. Stanęłam przed uchylonymi drzwiami do jego pokoju i delikatnie zapukałam.
— Mogę? — zapytałam, zaglądając do pokoju, chłopiec właśnie układał klocki.
— Jasne. Właśnie buduje zamek, pomożesz mi? – przywitał mnie uśmiechem.
— Oczywiście — usiadłam na dywanie po turecku i chwyciłam w rękę jeden z klocków, szukając dla niego odpowiedniego miejsca w budowli brata. — Wyspałeś się? Dobrze się czujesz? — zagadnęłam.
— Tak, bardzo dobrze — odparł, kiwając głową.
— Słuchaj, George. Bardzo cię przepraszam za wczoraj. Nie chciałam żeby tak wyszło. Obiecuję ci, że to już nigdy przenigdy się nie powtórzy.
— Nie powtórzy? Ale Dustin jest bardzo fajny! — odpowiedział entuzjastycznie, co mnie nieco zdziwiło.
— Fajny? — dopytywałam.
— Tak! Mogę ci wszystko opowiedzieć — zaproponował dziewięciolatek.
— A więc opowiadaj — uśmiechnęłam się do niego.
— Siedziałem w swoim pokoju, ale zapomniałaś mi zostawić coś do picia. Prosiłaś żebym siedział w pokoju i w razie co dzwonił do Ciebie, ale telefon mi się rozładował, a nie mogłem znaleźć ładowarki, więc zszedłem na dół do kuchni. Nie do końca mogłem sobie poradzić, bo soki są na tej półce, gdzie nie dosięgam. W kuchni było pełno starszych ludzi, ale nikt się mną nie zainteresował. Nagle podszedł do mnie Dustin i zapytał się czy nie potrzebuje pomocy. Powiedziałem mu więc, czy nie może sprawdzić czy w tej szafce u góry nie ma soków i wiesz co?
— No co? — spytałam.
— Soku nie było — chłopiec zasmucił się.
— Przepraszam, George. Bardzo przepraszam — zaczęłam, lecz brat mi przerwał.
— Ale Dustin zaproponował mi, że może iść ze mną do sklepu go kupić — odparł radośnie.
— Naprawdę? — wykrzywiłam usta w półuśmiechu.
— Naprawdę — uśmiechnął się. Odniosłam wrażenie, że naprawdę był radosny. Niesamowite, przewinęło mi się przez myśl.
— No i poszliśmy. Gdy wracaliśmy zauważyłem, że z kimś się kłócisz, Dustin też to zauważył, chciał Ci pomóc. On nie jest taki jak myślisz i… — nagle przerwał, gdy zauważył, że wycieram łzy z policzka, —  Lydia, wszystko okej?
— Wszystko okej — uśmiechnęłam się przez łzy. Mentalnie walnęłam sobie w łeb za swoją bezmyślność.
Ale ja jestem głupia. 



Po miesiącu w końcu udało mi się usiąść w pierwszy weekend szkoły i napisać piąty rozdział, który muszę przyznać ma coś w sobie co sprawia, że jestem zadowolona z tegoż rozdziału. Ciekawa jestem jaka będzie Wasza opinia. Słowem wyjaśnienia - rozdział byłby już 18 sierpnia, ale dość poważnie rozchorowałam się, a potem do 28 sierpnia nie było mnie w Polsce.
Jak już widzicie akcja powoli nabiera tempa, Rita i Dustin coraz więcej ze sobą rozmawiają, a z rozdziału na rozdział ich dialogi będą jeszcze dłuższe :)
Dzięki za wsparcie. Mam cudownych czytelników xx
W razie jakichkolwiek pytań piszcie do mnie na Twittera/Aska - linki w zakładce 'Kontakt'.

Klaudia x