niedziela, 6 września 2015

10. Potrafisz naprawić co zniszczone?


Gdy moje oczy dostrzegły, że to był Dustin, natychmiast zalały się łzami, a puls serca przyśpieszył z przejęcia. Chyba właśnie pobiłam rekord Guinessa w szybkości bicia serca, zaśmiałam się do siebie gorzko. Starałam się oddychać regularnie, ale z tych emocji wręcz krztusiłam się powietrzem. Chłopak delikatnie złapał mnie za ramiona i spojrzał na mnie niebieskimi oczami, które z wywołanych na nim, przeze mnie emocji powiększyły się maksymalnie.
— Lydia, spokojnie — wyszeptał spokojnym głosem. Próbowałam wyrównać niemiarowy oddech. Kilka łez spłynęło na jego dłonie. Zamknęłam powieki, wstrzymując tym samym na chwilę czas w moim wyimaginowanym świecie. Milczał. Nie oczekiwał tłumaczeń, nie teraz.
— Ja… — zawahałam się na moment, nie wiedząc od czego w ogóle zacząć wyjaśnienia. — Przepraszam — powiedziałam, ściągając jego dłonie z moich ramion. — Pójdę już — rzuciłam. Bo co niby innego miałam zrobić? Najpierw zachowałam się względem niego arogancko, a teraz mam go prosić o pomoc? Zresztą mieszanka strachu i stresu i tak odebrała mi możliwość tworzenia logicznych zdań.
"Rozkapryszona panienka." W mojej głowie rozbrzmiało jego określenie dotyczące mojej osoby.
— Zgłupiałaś?! — powiedział z wyrzutem. — Nigdzie cię nie puszczę, dopóki mi nie powiesz co się stało.
Westchnęłam, po czym pokręciłam głową w akcie rezygnacji.
— Od kiedy obchodzi cię moja osoba, Dustin? — wyleciało z moich ust jak z automatu. Jednak ten zamiast odpowiedzieć na atak tylko zignorował moje pytanie.
Tu jesteś, laluniu — usłyszałam skrzeczący głos. Odwróciłam głowę do tylu i ujrzałam tamtego typa z jakimś jeszcze facetem. Spojrzał na mnie bezwstydnym wzrokiem. Zrobił krok do przodu, a Dustin natychmiast zareagował.
— Zostań tu — polecił. — Coś ty powiedział? — usłyszałam jak Dustin pyta się go. Automatycznie zamknęłam oczy, jednak szybko je otworzyłam i już robiłam krok do przodu, żeby jakoś pomóc Dustinowi, ale w tym samym momencie usłyszałam dźwięk łamanego zęba czy coś podobnego.
— Chodź, wynosimy się stąd — nim się spostrzegłam, stał już przy mnie. Drugie tło było wyborne. Dwóch osiłków wycofywało się szybkim krokiem, niemalże potykając się o własne nogi, twarz tego pierwszego zdobiła niezła śliwa. Mimo, że serce nadal biło mi jak szalone, zaśmiałam się na ich widok. Nadal zszokowana, omiotłam chłopaka szybkim spojrzeniem, tym samym zauważając, że kąciki jego ust delikatnie unoszą się do góry.
— Wystarczająca ilość emocji na dzisiaj? — spytał zawadiacko. Potarłam lewą ręką o czoło, po czym pokiwałam głową. — Zatem chodźmy — rzucił w moją stronę. Nic nie mów, nie będziesz szła pieszo, Zosiu samosiu — skwitował, widząc jak się waham. Położył swoją rękę na moich plecach i natychmiast w miejscu, gdzie opuszki jego palców zetknęły się z moim ciałem poczułam niezwykle przyjemne ciepło. Skierowaliśmy się do auta, które było zaparkowane niedaleko. Wyjął kluczyki z kieszeni spodni i otworzył mi drzwi.
— Gdzie mieszkasz? — zapytał, gdy już byliśmy w środku samochodu.
— S Robertson Street — niemal wyszeptałam. — Dzięki, Dustin — dodałam cicho po chwili, chciałam uśmiechnąć się w akcie wdzięczności, ale jakby mięśnie twarzy zastygły mi na dłuższą chwilę.
— Nie ma sprawy — powiedział, wpatrując się w dal. Oparłam głowę o podgłówek. Na sekundę zamknęłam oczy. Poczułam na policzku spływającą pojedynczą łzę, więc szybkim ruchem ręki ją wytarłam. Niestety, za wolno, bo Dustin zauważył to i spojrzał na mnie pytająco. Usłyszałam jak głośno przełyka ślinę. Chyba nie wiedział co powiedzieć. Nie dziwiłam mu się.
— Nie przejmuj się mną. Jestem tylko rozkapryszoną panienką — wyręczyłam go od komentarza, pozwalając podświadomości dać się uczuciu żalu, które chowało się najwidoczniej zbyt blisko powierzchni. Skarciłam siebie w myślach za wypowiedzenie na głos zdania, które chwilowo tkwiło uparcie w mojej głowie.
Odwrócił wzrok. Ponownie zamknęłam oczy. Nagle siła odśrodkowa popchnęła moje ciało na maskę samochodu i dopiero po tym uświadomiłam sobie, że Dustin ostro zahamował, zatrzymując tym samym samochód.
— Możesz przestać?! — warknął, zaciskając dłonie na skórzanej kierownicy, tym samym prezentując wszystkie swoje żyły na dłoniach. — Musisz być taka cholernie uparta, nawet wtedy, kiedy ktoś próbuje ci pomóc, Williams?
Przepraszam, usilnie pracuję nad tym, aby stać się mniej problematyczna, ale jak widzisz na załączonym obrazku nie bardzo mi wychodzi — odpowiedziałam sarkastycznie, jednak z jakąś niemocą w głosie. Miałam dość. Chciałam znaleźć się już w domu, wziąć prysznic, przebrać się w wygodny dres i pójść spać. Ostatnie czego chciałam to się kłócić i to z nim.
— Nie jesteś kurwa problemem — zaczął podniesionym tonem, ale skończył szepcząc. Wydawać by się mogło, że ma równie mocno co ja wszystkiego dość.
Chwilę milczeliśmy, po czym usłyszałam jak ponownie uruchamia silnik samochodu. Spojrzałam się w jego stronę, wiedziałam, że kątem oka widzi, że na niego patrzę, ale nie odwrócił wzroku. Nie wiedziałam, że bierzemy udział w konkursie na najbardziej upartą osobę, ugh.
Zdążyło minąć jakieś dziesięć minut, przez ten czas wyjechaliśmy z dzielnicy w której znajdowała się nasza szkoła, kierując się teraz drogą prowadzącą na moje osiedle. Po jakichś piętnastu minutach zatrzymał się numer dalej i zgasił silnik.
— Dzięki i do zobaczenia — wyszeptałam.
— Pa — rzucił ledwo słyszalnie, gdy moje stopy spotkały się z szarą płytą chodnika. Już chciałam zamykać drzwi samochodu, jednak kiedy spojrzałam w stronę domu, zamarłam.
— Jak tak dalej pójdzie to dostanę zawału — powiedziałam, łapiąc się za głowę.
— Coś się stało? — zapytał, widząc, że nagle stałam się nerwowa.
— Mogę na moment jeszcze? — spytałam i zanim uzyskałam odpowiedź, szybko zajęłam miejsce pasażera.
Dustin nabrał pytającego wyrazu twarzy.
— Więc… stoi pod moim domem taki jeden chłopak... proszę, nie każ mi wdawać się w szczegóły, bo chyba spalę się ze wstydu… i ja nie wiem co on sobie wyobraża, ale to niemalże uosobienie stalkingu i… — urwałam w pół zdania i wypuściłam powietrze ze świstem, nie mając siły by mówić dalej.  
Dustin nic nie odpowiedział. Odwrócił się do tyłu i przez tylną szybę obserwował Dave'a. Liczyłam, że coś powie, wyśmieje, wywali mnie z auta, doradzi, bądź cokolwiek innego, ale on tylko odwrócił głowę i nagle odpalił silnik.
— Dustin, co ty robisz? — powiedziałam zaskoczona, widząc, że odpala silnik.
— No co? Zdaje się, że nie spieszy ci się, żeby z nim gadać. Chyba, że źle zrozumiałem, to zawsze możesz wysiąść z auta — wyczułam trochę goryczy w jego głosie. Albo zwyczajnie nabierał przekonania, że już większą dziwaczką być nie mogę.
Nic już nie powiedziałam. Ostatnimi czasy rzeczywistość dookoła mnie sprawiała, że miałam definitywnie dość. Czułam, że zamiast się odnajdywać, to gubię się jeszcze bardziej.
Przejeżdżaliśmy właśnie przez ścisłe centrum Nowego Orleanu, kierując się drogą prowadzącą na drugi koniec miasta. Nie miałam siły i ochoty pytać blondyna, gdzie zmierzamy. Przez całą drogę tępo patrzyłam się na otoczenie za szybą. Był to przeciętny wiosenny wieczór. Zaczęło dość mocno padać, krople deszczu uderzały o szyby samochodu. Zamknęłam oczy. Krople. Miliardy kropel uderzających o szybę, które razem tworzą deszcz. Gdyby tak mógł zmyć ze mnie wszystkie niewygodne emocje.
Kolejne rozczarowanie. Nie może, i nie będzie mógł.
Ból. Czuję... nie, ja nie czuję. Już nie.
Gdyby ktokolwiek wynalazł sposób na pozbawienie się emocji, które tak mi ciążą, oddałabym za niego każdą sumę i wszystkie kosztowności, bez jakichkolwiek zastanowień.
Zaciągnęłam się świeżym powietrzem, wpadającym przez otwarte okno. Do moich nozdrzy dostało się przyjemne, deszczowe powietrze. Przyjrzałam się jednej z wielu kropel deszczu, spływającej powoli po szybie. Być jak taka kropla deszczu. Nie obdarzona przez naturę żadnymi emocjami czy sercem. Nie narażona na żaden ból. Szczęściara.
— Jesteśmy na miejscu — głos Dustina wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałam zza przedniej szyby na budynek przed którym staliśmy. Był to jeden z budynków mieszkalnych na strzeżonym osiedlu w bardzo nowoczesnej odsłonie, sporo oddalonym od centrum Nowego Orleanu. Czerwona cegła, dużo szkła i wengowe wykończenia. Budynek w którym mieszkał chłopak przypominały lofty, które znajdowały się w okolicy szkoły, ale dookoła było jakoś przyjemniej. Surowy postfabryczny klimat ocieplał rząd zieleni i kwiatów umiejętnie wplecionych w otoczenie i obecnych na balkonach. Zauważyłam, że Dustin wysiada, więc zawtórowałam za nim.
— Mieszkasz tutaj? — upewniałam się.
Chłopak pokiwał głową w akcie odpowiedzi.
— Jeżdżą w tej okolicy jakieś autobusy nocne? — zapytałam, kiedy wchodziliśmy przez furtkę na teren posesji.
— A co, wybierasz się gdzieś? — nie krył zdziwienia.
— Jakoś muszę później dotrzeć do domu — odpowiedziałam ledwo słyszalnie, sama nie wiem czemu.
— Do domu? Mam cię puścić samą do domu o… — przerwał, żeby spojrzeć na zegarek — jakoś grubo po dwudziestej drugiej po tym jakiego mi stracha narobiłaś przy szkole? – Również spojrzałam na zegarek, okazało się, że było osiemnaście po dwudziestej. Stłumiłam uśmiech, który chciał wymsknąć się na zewnątrz, po tym jak dobiegła mnie myśl, że Dustin właśnie się zadeklarował, że jest w stanie spędzić ze mną sam na sam ponad dwie godziny. — I jeszcze ten typ pod twoim domem — w jego głosie było słychać awersję.
— Naprawdę przejmujesz się losem Lydii Willams, uparciucha, który ciągle działa ci na nerwy? — zaśmiałam się, nawiązując do tego co wcześniej powiedział w samochodzie.
— Upartość to nie taka wysoka cena za porządne towarzystwo — rzucił, siląc się na obojętnie brzmiący ton, ale nie wyszło mu tak wiarygodnie jak przewidywał, nic już nie odpowiedziałam. — wskazał ręką, bym wsiadła do windy. Chłopak wsiadł zaraz za mną i wcisnął trójkę.
Po chwili byliśmy już na trzecim piętrze. Wysiedliśmy z windy i skierowaliśmy się pod mieszkanie numer dwadzieścia jeden. Dustin przepuścił mnie w drzwiach. Wchodząc do jego mieszkania poczułam przyjemny zapach męskich perfum oraz zapach drewna? Tak, to chyba było drewno.
— Rozgość się — rzucił, zamykając drzwi. — Chcesz coś do picia? — dodał.
— Um, może być sok — odpowiedziałam krótko.
Nie ukrywałam, że czułam się nieco niezręcznie, przebywając w jego mieszkaniu, przecież ledwo co się znaliśmy, no ale.
— Idziesz? — chłopak zawołał do mnie z kuchni, kiedy ja stałam w przedpokoju zamyślona. Williams, jeśli natychmiast nie przestaniesz być taka rozkojarzona, to przysięgam, że ci walnę. Skrytykowałam sama siebie.
— Tak, tak, już — powiedziałam, po czym skierowałam się do kuchni. Odsunęłam delikatnie krzesło i usiadłam przy stole. Blondyn po chwili usiadł na przeciwko mnie, podając mi kubek z sokiem. Przez dłuższą chwilę milczeliśmy, ale o dziwo nie był to ten nieprzyjemny rodzaj ciszy. Zza okien było słychać nieustępujący deszcz.
— Jesteś głodna? — zapytał, przerywając ciszę.
— Nie, dziękuję — odpowiedziałam. — Przez te wrażenia dzisiejszego dnia nie czuję ani trochę głodu.
— Więc może przeniesiemy się do mojego pokoju? Wiesz, sofa wygodniejsza, niż kuchenne krzesła — uśmiechnął się do mnie.
— Niewątpliwie — odwzajemniłam uśmiech.
— Tędy — wskazał w którą stronę mam iść. Po chwili ukazał mi się duży i przestronny pokój z białymi ścianami. Był urządzony prosto i z klasą. Wszystkie meble były w kolorze ciemnego brązu. Po prawej stronie od wejścia mieściło się łóżko, za to na lewej stronie znajdowała się mała biblioteczka, komoda i stojak na gitarę?
— Grasz na gitarze? - zapytałam wyraźnie zaciekawiona.
— Trochę — odparł z lekkim uśmiechem na twarzy.
Pozwoliłam sobie podejść bliżej stojaka.
— Mogę? — zapytałam, zanim wzięłam ją do rąk. Blondyn kiwnął tylko głową. — Cudowna jest! — nie kryłam zachwytu. Była w kolorze jasnego brązu, marki Taylor. — Dostałam od rodziców prawie taką samą na trzynaste urodziny, tyle, że moja jest ciemno orzechowa — uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie o mojej gitarze.
— A myślałem, że wolisz pianino — stwierdził, tym samym robiąc krok w bok, dopiero teraz dostrzegłam, że niedaleko łóżka stało pianino.
— Do pianina mam duży sentyment, bo zaczęłam uczyć się na nim grać już w podstawówce, a na gitarze zaczęłam grać dopiero jakoś w połowie gimnazjum, wcześniej mnie jakoś do niej nie ciągnęło — powiedziałam.
Znowu zapanowało między nami milczenie, a ja nagle poczułam, że chyba lżej mi psychicznie. Jakbym cały ten syf ostatnich dni zostawiła przed jego mieszkaniem.
— Siadaj — chłopak wskazał na zaścielone łóżko. — Chcesz może coś obejrzeć? — zapytał sięgając z szafki nocnej po pilota.
— Czemu nie? — odpowiedziałam pytaniem.
Siedzieliśmy tak blisko siebie, z trudem ukrywałam moje skrępowanie. Dustin przełączał kolejno kanały w poszukiwaniu czegoś ciekawego. W międzyczasie podkuliłam nogi, oparłam głowę o poduszkę i zamknęłam oczy zaciągając się powietrzem.

*
— O, znalazłem chyba wreszcie coś ciekawego. Lubisz Harry'ego Pottera, prawda? — odwróciłem w jej stronę głowę, po czym zauważyłem, że brunetka powoli przysypia. —  To chyba nici z naszego oglądania - zaśmiałem się pod nosem. Podniosłem się z łóżka i skierowałem do szafy, żeby sięgnąć po jakiś dres i t-shirt dla niej.
— Lydia, śpisz? — dotknęłam jej ramienia. Brunetka otworzyła oczy.
— Nie śpię, nie śpię — zakomunikowała, przecierając prawą ręką oczy.
— Tu masz ubrania na przebranie, łazienka jest zaraz po lewo, ręczniki są w szafce przy wannie.
— Dzięki, jestem ci winna przysługę — delikatnie się uśmiechnęła. Podniosła się z łóżka i opuściła pokój. Po niespełna piętnastu minutach nagle stanęła mi przed oczami. Szybko wstałem i zaprowadziłem do pokoju w którym miała spać.
— Wiesz, myślałem, że mnie nie lubisz — zacząłem nieco zawadiacko, kiedy już miałem zamykać drzwi pokoju. Cholera, czemu ja to powiedziałem? Miałem ochotę walnąć się w czoło.
Naprawdę myślisz, że się kontrolujesz? — odniosłem wrażenie, że moja podświadomość przemówiła. Oniemiałem.
— Tak tylko udawałam — przystawiła prawą dłoń do ust i wyszeptała mi do ucha, po czym cicho zachichotała. Spodobało mi się, że podłapała mój tekst, jednak, gdy tak na nią patrzyłem coś mi się nie zgadzało. Te jej smutne oczy. Mogła zakładać, podobnie jak ja zresztą, maskę pozornego szczęścia, ale chyba zapominała o jednym. Oczy zdradzą wszystko.
Pogubione mapy, a wewnątrz ukrywany przed całym światem ból i chaos. I niemoc, bo poskładać się od nowa nie sposób. Ale nie musisz martwić się więcej, bo zagubione dusze zawsze w końcu się odnajdują.
Moja podświadomość naprawdę nagle się zbudziła.
— To dobranoc, Dustin — rzuciła cicho, tym samym sprowadzając mnie na Ziemię.
— Dobranoc — odpowiedziałem, po czym powolnym krokiem, wróciłem do siebie.
Wziąłem prysznic, a potem położyłem się do łóżka. Leżałem, ale przez tysiące myśli, kłębiących się w mojej głowie, nijak nie mogłem zasnąć. Chyba zaczynała do mnie docierać myśl, iż ta, którą w złości nazwałem niestabilną emocjonalnie, w rzeczywistości jest mi bliższa, niż ktokolwiek z tego miasta.
Bingo! — usłyszałem krótki okrzyk mojej podświadomości.
Westchnąłem głośno. Wziąłem jeszcze kilka głębokich oddechów, myśląc nadal o dniu dzisiejszym, aż wreszcie zasnąłem.
*
Obudziły mnie promienie słoneczne, coraz bardziej śmiało, wkradające się do pomieszczenia. Spojrzałam w stronę okna, Słońce już dawno wzeszło. Sięgnęłam po telefon do szafki nocnej, dochodziła dopiero szósta rano, więc postanowiłam, że jeszcze trochę poleżę w łóżku. Leżałam tak, wpatrując się tępo w sufit jeszcze przez dobre kilkanaście minut. Krążyły mi po głowie wspomnienia wczorajszego dnia. Ponownie zalało mnie morze myśli. Niekoniecznie optymistycznych.
Obserwowałam Słońce zza okna. I chmury. Słońce leniwie przebijające się przez chmury. Jaka szkoda, że nie mogłam tego nigdy doświadczyć w swoim życiu. Rozpogodzeń brak. Absolutnie brak. I ta nieustannie, prześladująca mnie pustka. Czułam ją niemal każdą komórką swojego ciała. Jak również cholerną niesprawiedliwość losu. Cholerną.
Błagania. Tysiące godzin błagań. Na nic. I tak zawsze było tak samo. Szansa? Nowa szansa? Nie było czegoś takiego, nie dla mnie. Zawód. Ciągle i ciągle. Nieprzerwanie. Zaczynałam myśleć, że może ja po prostu nie zasługuję na nic dobrego.
Chowam twarz pod poduszkę, chcąc uciec od otaczającego mnie świata. Zamykam powieki i mocno je zaciskam. Liczę w myślach do pięciu, po chwili nieśmiało otwieram oczy. Nadal tu jestem. Czemu po prostu nie mogę stąd zniknąć?! Tak byłoby łatwiej. Dużo łatwiej. Wtedy wszystko byłoby łatwiejsze. Moja poczytalność dawno już się ulotniła, a mózg rejestruje tylko drobne fragmenty.
Ból głowy. Niewyobrażalny ból głowy. Czuję, jakby zaraz miało mi rozerwać głowę. Leki. I tak nie pomagają. Jestem chora duszą, nie ciałem. Potrzebuję jakiegoś anioła, a nie lekarza…
Cóż za paradoksalny dzień, nie mogłam się nadziwić. Wypuściłam głośno powietrze z ust, po czym podniosłam sie z lóżka. Zajrzałam do torby w poszukiwaniu jakichś kosmetyków, znalazłam podkład i tusz, wiec podniosłam się z łóżka i udałam do łazienki. Umyłam twarz, wypłukałam zęby i nałożyłam na twarz podkład, a potem wytuszowałam rzęsy. Przejrzałam się w lustrze, wyglądałam nawet przyzwoicie, więc skierowałam się z powrotem do pokoju.
— Dzień dobry — usłyszałam znajomy głos, kiedy miałam wchodzić do pokoju. Odwróciłam się o 180 stopni.
— Cześć, Dustin — przywitałam się z nim.
— Długo nie spisz? — spytał
— Hm, od jakiejś szóstej, ale jeszcze trochę leżałam w łóżku — odpowiedziałam. — A ty?
— Też coś koło tego — uśmiechnął się delikatnie. — Reflektujesz na śniadanie? — spytał idąc w stronę kuchni.

— Jasne — odpowiedziałam zmierzając za nim.
Blondyn wyjął z lodówki sporo rzeczy, sięgnął też po chleb, po czym wstawił wodę na herbatę. Zajęłam miejsce przy stole.
— Jak będę mogła ci się odwdzięczyć? — zapytałam, bo naprawdę miałam dług wdzięczności względem Dustina.
— Coś się wymyśli — powiedział niby tajemniczo, ale się uśmiechnął. Zawtórowałam za nim uśmiech.

*
Siedziałam przy biurku u siebie w pokoju z kubkiem herbaty obok, tępo wpatrywałam się w ekran laptopa.
No rusz się, Williams. Napisz do niego. Poganiał mnie głos świadomości. Westchnęłam głośno.
Nagle usłyszałam dźwięk powiadomienia na Facebooku. Momentalnie poczułam jak po plecach przechodzi mi dreszcz. Zajrzałam w kartę z otworzonym Facebookiem, jednak była to tylko wiadomość od koleżanki z którą chodzę na angielski z prośbą czy nie pożyczyłabym jej swoich notatek. Odetchnęłam z ulgą.
"Nie dam rady. Może jutro do niego zadzwonię, skoro nie mogę zebrać się do napisania głupiej wiadomości na fejsie. A jak już wybiorę numer, to będę musiała coś wydukać." Stwierdziłam w myślach, po czym zamknęłam klapkę laptopa i wstałam od biurka. Podeszłam do biblioteczki z książkami w poszukiwaniu jakiegoś tytułu, który wyrwałaby mnie na moment z tej pokręconej rzeczywistości. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
— Proszę! - krzyknęłam w odpowiedzi, po czym w progu drzwi pojawiła się Mary. Trzymała w ręku jakąś kopertę.
— To do ciebie, Lydia — oznajmiła lekko się uśmiechając.
— Od kogo? — zapytałam ciekawa.
— Niewiadomo, nie ma adresata na kopercie — stwierdziła.
— Hm, dziwne — oceniłam, po czym od razu przy siostrze otworzyłam kopertę. Delikatnie wyjęłam jej zawartość. Bladoróżowy papier ze złotymi nadrukami, na środku widniał napis zaproszenie, a obok była mała złoto-srebrna maska wenecka. Otworzyłam zaproszenie i przeczytałam tekst w środku. Kiedy dotarłam do podpisu adresata poczułam jak robi mi sie niedobrze. Przemknęło mi przez myśl, że pewnie, dlatego stał wtedy przed naszym domem. Chwyciłam się za głowę. On naprawdę nie znał definicji przestrzeni.
— Coś mina ci zrzedła. Od kogo to, Lydia?
— Od Dave'a — powiedziałam cicho, spoglądając na nią. Na jej twarzy pojawił sie grymas i jednoczesne zdziwienie.
— Musicie pogadać jak dorośli ludzie, inaczej to się nigdy sie nie skończy, wiesz o tym, prawda?
Pokiwałam głową.
— Myślałam o tym i niemalże już wszystko już wiem — odparłam zdawkowo.
— Niemalże? — powtórzyła.
— Wiele dla mnie znaczy, i mimo, że znamy się stosunkowo niedługo to zdążyliśmy się naprawdę dobrze poznać, stał mi się bliski, ale nie umiem tak szybko otwierać się przed kimś, wchodzić w poważne relacje, potrzebuje do tego wszystkiego czasu. Na dodatek, te jego pędzenie jakby śpieszyło mu się niewiadomo gdzie. Nie chcę tak, rozumiesz? — wezbrała się we mnie mieszanka złości i irytacji. Nie znosiłam, gdy stawiano mnie w takiej sytuacji.
— To porozmawiaj z nim o tym.
— Rozmawiałam, nie dotarło.
— To spróbuj jeszcze raz, skoro jest ci tak bliski jak mówisz to warto. Milczenie i unikanie problemu tu nie pomoże — odparła i wyszła z mojego pokoju.
To co powiedziała siostra brzmiało tak banalnie, a ja mimo tego nie potrafiłam tego wdrożyć w życie. Zaczynałam myśleć, że byłam chyba niepełnosprawna emocjonalnie, o ile w ogóle takie coś istniało.
— A co jeśli nie umiem rozmawiać z drugą osobą, otwarcie o swoich uczuciach? — zapytałam powietrza. Opadłam swobodnie na łóżku. Zamknęłam oczy i przez moment starałam sie o niczym nie myśleć. Minęło kilka dobrych minut, aż wreszcie zmusiłam się do sięgnięcia telefonu, znajdującego się na biurku. Usiadłam na łóżku, po czym wybrałam numer Dave'a.
Marna imitacja prawdziwej relacji. Ale skoro zadawala cię wyimaginowane szczęście. Lecz jedno wiedz, takie uczucie nie przywróci światu barw.                                
Wewnętrzny głos zarzucił słowną wariacją moich rozmyślań na temat Dave’a.
— Lydia, to ty? — usłyszałam jego głos w słuchawce. Przez moment zabrało mi mowę. Otrząchnęłam, po czym wreszcie wydałam z siebie jakiś głos.
— Tak. Um, dzwonię, bo właśnie otworzyłam twoje zaproszenie.
— Tak? — głos chłopaka nabrał wesołej barwy.
— Myślę, że powinniśmy spotkać się i wreszcie normalnie pogadać — wydusiłam z siebie.
— Och, no jasne. Też na to liczyłem — stwierdził ochoczo. — Jutro ci pasuje? — zaproponował od razu.
— Może być. Szesnasta?
— Idealnie.
— To do zobaczenia, Dave — pożegnałam się.
— Lydia, poczekaj, a co z balem? — wtrącił nagle.
— To będzie chyba dobra okazja, żeby zacząć naszą znajomość od nowa, zatem przyjmuję zaproszenie — odparłam jeszcze z nutą niepewności czy oby na pewno robię dobrze, po czym rozłączyłam się.
*
Już od samego momentu przekroczenia progu szkoły, dało się wyczuć podniosłą atmosferę. Wszystko z racji co rocznego balu maskowego organizowanego przez Radę Młodzieżową Urzędu Miasta.  To już trochę taka miejska tradycja, w tym roku miał odbyć się, o ile dobrze pamiętam, po raz trzydziesty. Część pieniędzy z imprezy przeznaczane były też na cele charytatywne. Na szkolnych korytarzach w dużej mierze przeważały rozmowy o wieczornych kreacjach i tym podobne. Bal zbliżał się dużymi krokami, gdyż miał odbyć się już za trzy dni. Z tego też powodu umówiłam się późnym popołudniem na zakupy z Irmą.
Zmierzałam właśnie w stronę sali od francuskiego, kiedy usłyszałam jak ktoś z tyłu woła moje imię. Natychmiast się od odwróciłam i ujrzałam Jasona.
— O, cześć. Miło cię widzieć - powiedziałam. — Ale nie wiem czy powinnam z tobą gadać, - rozejrzałam się dookoła, — nie chce być znowu posądzona o jakieś głupoty — uśmiechnęłam się słabo. Nie przejmowałam się, a jednak to było przykre, że moja podobno dosyć bliska mi osoba uwierzyła Kate, a nie mi.
— Daj spokój. Kaitlyn musiała mieć gorszy dzień, a Kate to oczywiście wykorzystała. Kazałem jej przeprosić cię. Domyślam się, że jeszcze tego nie zrobiła, hm? — na jego twarzy pojawił się grymas.
Pokręciłam głową w akcie odpowiedzi.
— O czym chciałeś mówić? — zmieniłam temat.
— A, no tak — chłopak zreflektował się. — W sumie to nic ważnego, chciałem tylko dopytać się o bal. Jedziemy jedną grupą? To znaczy, ja i Kaitlyn i ty z... właśnie, z kim wybierasz się na bal? — zapytał zaciekawiony.
— Z Dave'em — powiedziałam pośpiesznie.
Chłopak spojrzał na mnie badawczo.
— A to ci nowina. Między wami już okej?— Dzisiaj się z nim widzę po szkole, mamy pogadać — odchrząknęłam.
— Uważaj na siebie, jego zachowanie i jego przeszłość coś o nim świadczą wypowiedział z poważniejszym wyrazem twarzy, a po ułamku sekundy zabrzmiał dzwonek oznajmiający koniec przerwy.
— Dzięki za troskę — mruknęłam, zbywając temat Dave’a, po czym skierowałam się w stronę sali, gdzie za chwilę miałam mieć lekcję języka francuskiego.
*
Z niecierpliwością wyczekiwałam końca lekcji biologii. Dzisiejsze zajęcia były wyjątkowo nudne i zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Omawialiśmy fazę jasną i fazę ciemną fotosyntezy, jakoś niezbyt interesował mnie milion nowych nazw związków chemicznych, których potem będę musiała się nauczyć. Westchnęłam cicho. Spojrzałam na siedzącego obok Jasona, chłopak mało co zaraz by nie zasnął. Automatycznie zachichotałam, na co nauczycielka zmierzyła mnie wzrokiem. Zlustrowałam spojrzeniem klasę. Moja uwagę przykuł widok Kate piłującej sobie paznokcie, zupełnie nie uważała na zajęciach. Co ona w ogóle robiła na rozszerzonej biologii? Miałam ochotę ponownie się zaśmiać. Nie dało też nie zauważyć nieobecności Dustina, coś często zdarzało mu się opuszczać lekcje, no ale, może tak tylko mi się wydawało.
— Jeżeli ona zaraz nie przestanie tak przynudzać, to przysięgam, że zasnę na siedząco — zaśmiał się do mnie brunet.
— Ja też, ja też — odpowiedziałam ziewając. Spojrzałam na zegar znajdujący się nad tablicą. Zostało pięć minut do końca lekcji. Odetchnęłam z ulgą.
— Denerwujesz się? — zapytał nagle.
— Hm? — odparłam zdezorientowana.
— No tym spotkaniem z Dave'm.
— Hm, w sumie chyba nie. Znaczy, tak myślę. W końcu to zwykłe spotkanie.
Chłopak pokiwał tylko głową.
Kiedy wreszcie zabrzmiał zbawienny dzwonek, ogłaszający koniec zajęć, zebrałam się szybko do wyjścia z sali. Pożegnałam się z Jasonem i skierowałam do swojej szafki, żeby schować niepotrzebne książki. Kiedy opuściłam mury szkoły, przywitały mnie przyjemne promienie słoneczne. Umówiłam się z Dave'm w parku, który mieścił się niedaleko naszego liceum, dlatego dojście na miejsce zajęło mi niespełna piętnaście minut. Usiadłam na jednej z ławek, wyjęłam słuchawki i włączyłam muzykę. Po niedługim czasie ujrzałam go zbliżającego się do ławki na której siedziałam. Wstałam z miejsca, schowałam słuchawki wraz z telefonem do torby i wyszłam mu na przeciw.
— Hej, Lydia — przywitał się, delikatnie mnie ściskając. Napotkałam na myśl, że chyba pierwszy raz zwrócił się do mnie pierwszym imieniem.
— Cześć, Dave — odwzajemniłam uścisk.
— Wszystko w porządku? Wyglądasz na jakiegoś zdenerwowanego — zauważyłam.
— Um, nie do końca. Muszę wreszcie ci coś wyznać, ale to nie będzie nic przyjemnego — przestrzegł, nerwowo drapiąc się prawą dłonią po głowie.
— No to mów.
Usłyszałam jak głośno wzdycha.
— Lydia... — zaczął, — to trochę skomplikowane, nie ta to miało się potoczyć, ale teraz już za późno. Boję się tylko, że zapewne wszystko sobie tym zaprzepaszczę, ale nie umiem już dłużej tego ukrywać przed tobą i...
— Jezu, Dave, mów do cholery o co chodzi, bo na zawał tu padnę. Zabiłeś kogoś czy co? — byłam totalnie zdezorientowana.
— Nasze poznanie się nie było wcale takie przypadkowe — wybełkotał wreszcie.
— Co, jak to? — byłam jeszcze bardziej zdezorientowana.
— Miałem za zadanie cię poznać — kontynuował, a ja wybałuszyłam oczy.
— O czym ty mówisz? — zapytałam jeszcze w miarę spokojnym tonem.
— Bo ja... — zaczął, jąkając się — znam się z Jackiem, — zawrzało we mnie, gdy dotarło do moich uszu to imię — w sumie to kumplowaliśmy się. A konkretnie mówiąc, byliśmy w jednej szajce narkotykowej. Jack wielokrotnie opowiadał mi o tobie najgorzej jak tylko można. Mówił, że to przez ciebie zwaliły się na niego gliny i wszystko inne co najgorsze. A, że byłem mu winny dług, to powiedział, że mogę go spłacić poznając się z tobą. Miałem się z tobą zaprzyjaźnić, rozkochać w sobie, cokolwiek by zyskać twoje zaufanie, następnie wciągnąć w dragi i całe te świństwo, a potem porzucić samą sobie i patrzeć jak upadasz na dno. Chciał byś była wrakiem człowieka.
— Nie widzisz, że już jestem? — wykrzyczałam wreszcie ze zaszklonymi oczami. Wypuściłam głośno powietrze i próbowałam nie rozkleić się na dobre. Nie chciałam płakać, absolutnie nie chciałam płakać, miałam dość czucia się non-stop krucha jak porcelana, którą jednym ruchem można stłuc się na dobre kawałeczki. Chciałam krzyczeć, rzucić się na niego i zrobić mu jakąś krzywdę, ale zamiast tego po prostu tępo wgapiałam w niego wzrok. Zdawało się jakby świat na chwilę zwolnił, a ja ugrzęzłam w chodniku, nie mogąc zrobić żadnego ruchu.
                                                                               
Sieemka. Wybaczcie ten dość długi odstęp czasowy między jednym, a drugim rozdziałem, nie był zaplanowany. Co do rozdziału, zrobiłam błąd i przeczytałam go drugi raz i teraz uważam, że jest... ale ocenę zostawię Wam. ;)
 Jeśli to czytacie zostawcie proszę po sobie komentarz, to wiele dla mnie znaczy - z góry dzięki! Piszcie co sądzicie - Wasza opinia jest dla najważniejsza, dzięki niej wiem co robię źle, a nad czym powinnam popracować. :) 
A! Jak widzicie, poprawiłam sporo rzeczy w szablonie, podstrony także mają odświeżony wygląd. Czeka mnie jeszcze zmiana nagłówka. Mam nadzieję, że wprowadzone zmiany przypadną Wam do gustu.
Przy okazji - przypominam o tym, żebyście wpisywali się na listę Informowanych, jeżeli chcecie dostawać powiadomienie o nowych rozdziałach.  

Klaudia xx

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

9. Wyjałowiona dusza.

Wdech, wydech. W myślach odliczam do dziesięciu. Na przemian tracę i nabieram sił. Moje życie jest jak parabola, nieustannie malejąca, rosnąca, malejąca, rosnąca, zero constansu. Posiałem gdzieś wszystkie mapy, dzięki którym mógłbym znaleźć choć na moment równowagę. Patrzę przed siebie i dostrzegam, że stoję nad przepaścią, silny wiatr kołysze pozostałości z istniejącego tu niegdyś mostu. Nie mam jak dostać się na drugą stronę, nie mogę, więc podnieść się i iść dalej, bo nie mam zwyczajnie gdzie. Dlatego też nie mogę pozbyć się patrzenia wstecz, wspomnienia uderzają ostro jak drzazgi w niezliczonej ilości zawsze, kiedy choć na moment odwrócę głowę do tyłu. To alegoria mojej psychiki. Porwana, zniszczona, zniedołężniała, zdemolowana. Mogę wymieniać tak długo...
Nie sztuką jest zamknąć się w czterech ścianach i odciąć się od reszty świata. Prawdziwym wyzwaniem jest przyznać się, że popełniło się kilka naprawdę sporych błędów, pobłądziło, zagubiło samych siebie w tej plątaninie natłoku słów i skrajnych emocji, dlatego też kolejnym wyzwaniem, jakie codziennie podejmuje to walka z tym, co złe wybory poczyniły w moim życiu i możliwie najskuteczniejsze cofnięcie powstałych szkód we mnie i w otaczającym mnie świecie czy ludziach. Jednak na marne moje starania, jeśli nareszcie nie odnajdę siebie i nie uda mi się zaprowadzić porządku w moim życiu. Może kiedyś wreszcie znajdę sposób jak odbudować most na drugą stronę i skończę wiecznie tkwić w tym toksycznym martwym punkcie. I choć momentami wierzę w powodzenie tego planu naiwnie jak małe dziecko, to nadal zbyt wiele we mnie chwil zwątpienia.
Żyję ze świadomością, że gdzieś tam jest lepszy świat, w którym magicznie znikają wszelkie troski i kłopoty. Może to tylko złudzenie, a może jednak jest jakiś sens w to wierzyć? Czuję się niemal jak w klatce, wytężam moją wiarę tak silnie jak tylko to jest możliwe, ale efektów nie widać. Dlaczego?
Otaczają mnie ludzie, ale cały czas brak mi jakiejś bardzo ważnej cząstki, co by uskrzydliła najbardziej na świecie. Czemu mam wrażenie, że w tamtym świecie łatwiej o osiągnięcie moich pragnień? Żyję w swojej krainie, mieszczącej się na skraju dwóch światów. Codziennie niby pod przymusem spowodowanym moimi obowiązkami wybieram drogę tego świata, w której już dawno zapomniano co to podstawowe jednostki szczęścia. Szczery śmiech, promienie słońca budzące rano, uścisk ręki z ukochaną osobą… Tu zastępuje je niewyczerpany limit samotnych chwil, obserwowanie szczęścia innych osób zza szklanej witryny i jednocześnie klatki, bo nie sposób ją zbić, niezliczone doby, które z braku słońca zamieniają się w jedną, nigdy niekończącą się noc. A nawet, kiedy zdarzy się już tak, że pojawi się na moment, to i tak dookoła wszystko wydaje się być tak szare, że człowiek znowu zastyga w miejscu, patrząc oczami pełnymi niemocy na huśtane przez wiatr pozostałości niegdyś istniejącego mostu, zupełnie jakby w twoim przeznaczeniu nie dało wykrzesać się ani jednej szansy na chociażby jeden krok do przodu. Ale i tak najgorsze z tego wszystkiego jest przeszywające uczucie pustki. Zupełnie jakby ktoś rozpruł Twoje ciało, potem dostał się do duszy i wypatroszył ją do cna, nie pozostawiając w niej nic, oprócz głuchej pustki. Skazanie na tkwienie bez wnętrza. I cóż, tu akurat idealnie się uzupełniam z tym światem, bo powiedzieć, że jest pozbawiony wnętrza to określenie w punkt. Ale może się mylę i to wszystko jest jedną wielką iluzją? Może sęk w tym, że to po prostu ja jestem taki wyjałowiony?
Jak ledwo funkcjonujący organizm po ciężkiej chorobie. Dochodzę do siebie, ale trwa to tak niesamowicie długo, leczenie jest niemalże niezauważalne. Zupełnie jakby ktoś wciąż ponawiał ten proces, przez co mam wręcz wrażenie, że będzie to dłużyć się w nieskończoność, a tego niestety już nie będę w stanie znieść, bo ileż można.
Nagle jak przez mgłę spoglądam na zegar na ścianie i wtem przerywam swoje rozmyślania, zauważając, że dochodzi dziewiąta. Pośpiesznie wychodzę z mieszkania i wsiadam do auta. Podjeżdżam na parking i za pomocą pochodnej uśmiechu staram się z całych sił ukryć moją wyjałowioną duszę.
*
 Dzisiejszego poranka brutalnie z krainy snów wyrwał mnie irytujący odgłos budzika. Nie otwierając oczu, próbowałam wymacać telefon, znajdujący się na szafce nocnej i po omacku wyłączyłam drzemkę. Po dziesięciu minutach odgłos rozbrzmiał ponownie, a ja już tym razem znalazłam w sobie wystarczająco dużo siły, aby zwlec się z łóżka. Podeszłam do szafy, sięgnęłam jakieś ubrania i wykonałam szereg innych porannych czynności. Poniedziałkowy nastrój wiszący w powietrzu wydawał się być nawet przyjemny, podobnie jak weekend, który minął mi spokojnie i nawet dosyć miło. W sobotę przyjechała siostra mamy i trochę u nas posiedziała, a potem zaproponowała, że zabierze na jakiś czas Mary i George'a do siebie, żebym miała też czas dla siebie samej, a nie ciągle opiekowała się rodzeństwem. Lubiłam spędzać z nimi czas, więc próbowałam powiedzieć jej, że sama daję sobie radę, tym bardziej, że Mary jest już prawie dorosła, jednak ta nalegała. Co za paradoks, siostra naszej rodzicielki bardziej przejmowała się naszym losem, aniżeli ona sama. Jakby to powiedzieć, nihil nobil. W niedzielę zatem zostałam sama w domu, bo mama gdzieś znowu pojechała, więc miałam czas przemyśleć sobie wszystko i zaczęłam dochodzić do wniosku, że skoro mam takie wątpliwości, to czy sens jest w ogóle nad czymś się zastanawiać? Przecież bez pewnych emocji każda relacja z góry skazana jest na porażkę. A ja nie jestem na tyle zdesperowana, by szukać bliskości w kimkolwiek. Byłaby to zresztą jedynie marna imitacja prawdziwej relacji, a mi zostałoby wówczas zadowolenie się wyimaginowanym szczęściem. Wolę już żyć w bezbarwnej rzeczywistości, aniżeli tkwić we wmawianym sobie uczuciu.
*
Przekroczyłam próg szkolnych drzwi i skierowałam się do swojej szafki. Schowałam do niej zbędne książki i zeszyty, po czym udałam się pod salę, zaczynałam lekcją rozszerzonej biologii. Przywitało mnie wrogie spojrzenie Kate, na co tylko olewacko odwróciłam wzrok. Stał tam też Dustin. Jego widok sprawił, że na moją twarz wdarło się zdziwienie, jednak tylko na krótką chwilę, za chwilę powrócił normalny wyraz twarzy. To, że rozmawialiśmy kilka razy nie sprawiało, że podpisał ze mną jakiś kontrakt lojalności. A jednak gdzieś tam w środku poczułam delikatne ukłucie goryczy.
Na zajęciach nie zwracałam na niego uwagi i w ogóle nie patrzyłam w jego stronę. Dzisiejszy dzień był kolejnym to już, kiedy myślami byłam gdzieś indziej, ciężko mi było o krztynę skupienia. Zamiast tego błądziłam gdzieś w moich myślach. Siedziałam tak w ławce zamyślona, opierając się na łokciu oraz nie przywiązując uwagi do tego co dzieje się na lekcji.
— Ziemia do Williams — usłyszałam nagle głos Jasona, który machał mi ręką przed twarzą. Siedzieliśmy razem w ławce na biologii. Natychmiast się obruszyłam.
— Jestem, jestem — powiedziałam z lekkim uśmiechem na ustach.
— Ty myślisz o niebieskich migdałach, a tymczasem kolega coś często przyciąga wzrok w Twoją stronę — zaśmiał się. Spojrzałam na niego pytająco. — Dustin — powiedział szeptem, na co na moją twarz wkradł się grymas. Dyskretnie odwróciłam głowę w bok. Faktycznie, lustrował mnie, jakby nad czymś rozmyślając. Szybko zorientował się, że również spojrzałam w jego stronę, jednak ten wcale nie odwrócił wzroku, pozwolił się przyłapać. Patrzył się na mnie badawczo. Nie było to ani złowrogie spojrzenie, ani przyjacielskie. Zupełnie jakby wyjałowione z emocji.
Jeszcze przez chwilę lustrowaliśmy się spojrzeniami, po czym ten odwrócił wzrok w stronę wołającej go Kate. Dziewczyna położyła mu rękę na ramieniu i próbowała po raz kolejny w ten niesamowicie desperacki sposób zarzucić na niego swoje sidła. Ślepy by zauważył jakie to było sztuczne. Odwróciłam od nich wzrok, aby nie zwrócić śniadania, ble.
Nagle usłyszałam dźwięk wiadomości, spojrzałam na ekran telefonu, to była wiadomość od Dave'a. Wywróciłam oczami. Czy ten chłopak ma choć trochę pojęcia o tym co to przestrzeń osobista? W ten sposób nic nie ugrasz, Brown. Jedynie moje zniechęcenie. Schowałam telefon do torby. Nie miałam zamiaru odpowiadać mu na tą wiadomość.
Reszta lekcji biologii minęła mi dość szybko. Kiedy zadzwonił dzwonek, podniosłam się z ławki i skierowałam razem z Jasonem do wyjścia.
— On ciągle co jakiś czas gapi się na ciebie — wyszeptał, gdy opuszczaliśmy salę, ekscytując się tym znacznie bardziej niż ja. Na moją twarz wkradła się mieszanka zdziwienia i podirytowania. Może powinnam mu przekazać, że jeszcze nie opanowałam czytania w myślach i jeśli chce mi coś przekazać to niech podejdzie i mi to powie bez obaw, że walnę mu w łeb. Już miałam się odwrócić, ale usłyszałam śmiech Kate za plecami, tym samym tracąc ochotę na podejmowanie jakiejkolwiek wymiany zdań. Wyszliśmy z Jasonem na boisko, aby nieco się dotlenić.
*
Szłam właśnie szkolnym korytarzem, kiedy usłyszałam jakieś nerwowe głosy. Wyszłam zza rogu i nagle moim oczom ukazała się Irma z Kaitlyn.
— Niech ja ją tylko spotkam — powiedziała Kaitlyn. Chociaż nie, w sumie to wykrzyczała.
— Nie sądzisz, że to bardzo naiwne wierzyć Kate? — mówiła spokojnie Irma.
Podeszłam do nich bliżej, chcąc dowiedzieć się co się stało.
— Cześć dziewczyny — przywitałam się z nimi, a Kaitlyn mało co nie rzuciła mi się na szyję. — Ej, wyluzuj! O co ci chodzi? — powiedziałam zirytowana. Co tej dziewczynie się stało?
— Witaj, Lydia niewiniątko Williams — wysyczała przez zęby. Przedostatnie słowo wypowiedziała ze szczególną agresją w głosie.
Nabrałam pytającego wyrazu twarzy.
— Oświecisz mnie wreszcie? — spytałam podirytowana i zdezorientowana.
— Fajnie to tak prowadzić się z moim chłopakiem i obściskiwać na szkolnym boisku, kiedy mnie już nie ma w szkole? — jej głos nadal był pełen złości. A we mnie wezbrała irytacja na te zachowanie rodem z przedszkola.
— Słucham?! — osłupiałam. — Co ty za bzdury wygadujesz — oburzyłam się.
— Mówiłam jej, żeby się tak nie wściekała, ale nie przegadasz — odparła zrezygnowana Irma. — Proszę, wyjaśnijcie to między sobą w miarę spokojnie. Ja już muszę lecieć, mam ważną sprawę do załatwienia — rzuciła i skierowała się do wyjścia.
— Skąd w ogóle takie informacje? — zapytałam się.
— Od Kate — odburknęła, na co wybuchnęłam śmiechem.
— Serio, Kaitlyn? Na bardziej wiarygodne źródło informacji w szkole trafić nie mogłaś — zakpiłam.
— Inni też widzieli — powiedziała dumnie. Zmarszczyłam czoło. Nie wierzyłam w jej głupotę. — Zaraz zadzwonię po Kate i opowie jak to się do niego śliniłaś.
— Gorszy dzień, gorszym dniem, ale nie mogę uwierzyć, że dajesz wiarę jej słowom. Co najwyżej to Kate spoufalała się do Dustina, ale widzę, że ona znacznie bardziej preferuje bajkopisarstwo, nie wiedziałam, że ty też — powiedziałam podniesionym tonem i odwróciłam się od niej napięcie, nie zwracając już uwagi na to co gada pod nosem. Od razu zauważyłam Dustina, który stał kawałek dalej pod salą. Świetnie, jeszcze on tu, pomyślałam. Patrzył na mnie swoimi niebieskimi tęczówkami w ten sam sposób co na biologii. Spojrzałam na niego lekceważąco i chciałam wyminąć.
— Wszystko okej? — spytał, o dziwo łagodnym i spokojnym tonem. Czy, aby przypadkiem w jego wzroku nie można było zauważyć nieco troski? Nie, czysta abstrakcja. Przemknęło mi.
— A ty, co? Dzień dobroci dla zwierząt? — rzuciłam oschłym tonem, mało myśląc. Zmierzył mnie złowrogo i chwycił za mój prawy nadgarstek mocno zaciskając na nim swoją dłoń.
— Auć, to boli — jęknęłam, na co rozluźnił uścisk.
— Nie powinnaś tak się do mnie zwracać — powiedział, a w jego oczy przepełniała irytacja.
— Nie będziesz mi mówić co mam robić, Gray — powiedziałam przepełniona złością.
— To ty nie umiesz panować nad emocjami, rozkapryszona panienko — tym razem poczułam psychiczny ból.
— I kto to mówi — rzuciłam niewiele myśląc i odwróciłam się na pięcie.
Skierowałam się do najbliższego wyjścia. Na dworze było już dość ciemno. W planach miałam wracać do domu razem z Kaitlyn, ale skoro ona wolała wierzyć w bajki Kate to proszę bardzo, nie zatrzymywałam jej. Wrócę do domu sama, pieszo. Nie jestem małą dziewczynką, umiem sobie poradzić.
Szłam już kawałek, obserwując okolicę w jakiej leżała szkoła. Nasze liceum choć z dość dobrą reputacją to mieściło się w specyficznym osiedlu. Jakieś szarobure, opuszczone budynki starych fabryk, część z nich odrestaurowana na drogie lofty, kontrastujące z nijakimi blokami mieszkalnymi w niedalekiej oddali. Dookoła przewijające się małe sklepiki. Mało zieleni, i jakoś tak anemicznie. Nagle usłyszałam za sobą kroki. Nie wiedzieć czemu, zanim zdarzyłam cokolwiek pomyśleć, w moim umyśle przemknęła mi myśl, że to Dustin. Momentalnie zrobiło mi się wstyd przez tą myśl.
Odwróciłam się o 180 stopni i mina mi zrzedła. Rzucił się na mnie jakiś odpychający typ, a swoje brudne ręce przyłożył mi do ust, żebym nie mogła krzyczeć. Mimo swojej postury, poruszał się zaskakująco dobrze jak na moje nieszczęście. Widząc, że ma nade mną przewagę wyszczerzył rząd krzywych zębów w jaszczurczym uśmiechu. Próbowałam się wyrwać, na marne. Odwrócił się na chwilę, a ja wykorzystując okazję kopnęłam go w czułe miejsce. Rzuciłam się do ucieczki. Moja pierwsza myśl podsunęła mi cofnięcie się do szkoły. Jak pomyślałam tak też zrobiłam. Biegnąc skierowałam się do drzwi, przez które wcześniej wychodziłam. Chwyciłam za klamkę i zamarłam. Drzwi były zamknięte. Szarpnęłam kilkakrotnie za klamkę, ale nic nie uległo zmianie. Poczułam, że w kącikach oczu zbierając mi się łzy. Tak, jasne, jeszcze tylko się rozpłacz. Krytykowałam się. I co ja teraz zrobię? Ten obrzydliwiec na pewno był już niedaleko i co gorsza pewnie zdążył w międzyczasie zwołać swoją bandę. Bóg wie czego takie typy spod ciemnej gwiazdy szukają na ulicy. Zaczęła ogarniać mnie coraz większą panika, ale po chwili udało mi się opanować. Musiałam myśleć racjonalnie.
Ostrożnie oddaliłam się od bocznego wejścia i skierowałam się na przód szkoły. Przyspieszyłam kroku. Za chwilę już biegłam. Obejrzałam się za siebie, by sprawdzić, czy czasem nikt za mną nie biegnie. I wtedy nagle poczułam, że na kogoś wpadłam. Moje serce stanęło na moment, cała się trzęsłam, wydarłam się przeraźliwie. Czułam, że to koniec. "Fajne zakończenie dnia." Pomyślałam ironicznie.     
Jeśli to czytacie zostawcie proszę po sobie komentarz, to wiele dla mnie znaczy - z góry dzięki! Piszcie co sądzicie - Wasza opinia jest dla najważniejsza, dzięki niej wiem co robię źle, a nad czym powinnam popracować. :)
Klaudia x