środa, 22 lipca 2015

7. Coś pomiędzy.

Nie wierzyliście, że wrócę, prawda? A jednak! 
Wcale nie odeszłam z bloga, po prostu miałam sporo obowiązków itd., ale od dzisiaj będę trenować moją systematyczność. Obiecuję!

Obserwowałam jak płomyki ognia kołyszą się według podmuchów wiatru. Raz w prawo, raz w lewo. W prawo, w lewo, w prawo, w lewo... i tak w kółko. Siedziałam na drewnianej ławce opatulona miękkim, fioletowym kocem z kubkiem malinowej herbaty w ręku. Czułam przyjemne podmuchy wiatru muskające mnie po policzkach. Spoglądałam na ludzi siedzących wokoło ogniska. Czułam także mimo wszystko wypełniającą mnie pozytywną energię od środka. Zaśmiałam się w myślach. To ja wariuję czy może otaczająca mnie rzeczywistość normalnieje?
Gapiłam się tak na ognisko, powili siorpiąc herbatę, kiedy nagle poczułam wibracje mojego telefonu, wyjęłam więc go z kieszeni dżinsów. Na wyświetlaczu widniał komunikat: "masz 1 nową wiadomość", kliknęłam w niego szybko będąc ciekawa kto się odezwał. Widząc, że wiadomość jest od Dave'a automatycznie wyszczerzyłam zęby w uśmiechu. 
"Witaj Lydia. Utknąłem na posłudze u ojca, a Ty jak tam? Mam nadzieję, że nie nudzisz się tak jak ja." — przeczytałam, tym samym przypomniało mi się nasze poprzednie spotkanie, tym razem już w normalnych okolicznościach i o dziwo przy książkach. Chłopak zaprowadził mnie na spotkanie klubu książki, i to nie byle jakiego, bo tworzyły go Panie emerytki z jego osiedla, był on kimś na pobodę ich koordynatora, pomagał w doborze listy lektur i w zdobyciu odpowiedniej ilości egzemplarzy książki tygodnia. Uśmiałam się co nie miara w towarzystwie rezolutnych emerytek. Na drugim spotkaniu z kolei zaprowadził mnie do miejscowej fabryki czekolady mówiąc, że teraz mogę naćpać się fenyloetyloaminy ile mi się żywnie podoba. To była zdecydowanie jedna z najbardziej zaskakujących znajomości w ostatnim czasie.
"Witaj Dave. Czym nazywasz posługę? U mnie w porządku, tylko trochę sobie allienuję." — wystukałam tekst na klawiaturze i kliknęłam "wyślij".
Odpisał po niespełna minucie.
"Pracuję w firmie ojca, żeby odrobić swój dług względem niego, i jak się domyślasz "tryskam entuzjazmem". Mogę się urwać i przyjechać do Ciebie, jedno zrzędzenie ojca w tą czy w tamtą, niewielka różnica”
"Nie kłopocz się, dam sobie radę. Mam herbatę i koc, jeszcze nie umieram z nudów.”
"A gdzie Ty w sumie jesteś?"
"Nad jeziorem. "
"Sama?"
"Nie, na wyjeździe ze szkołą.”
"No właśnie! I co, nie ma tam innych ludzi?”
"Właśnie, innych, nie takich jak ja.”
"Dowcipna jak zwykle."
Zapatrzona w ekran telefonu uśmiechnęłam się. Kliknęłam "odpisz", ale zanim zdążyłam coś napisać usłyszałam nad głową jakiś znajomy głos. Podniosłam głowę do góry i zobaczyłam Jasona, uśmiechał się do mnie, trzymając w ręku plastikowy kubek, prawdopodobnie z jakimś napojem.
— Wolne? — zapytał, wskazując na miejsce na drewnianej ławce obok mnie.
— Oczywiście — odparłam, posyłając mu uśmiech.
— Widzę, że jesteś czymś rozbawiona — zagaił.
— Znajomy mnie rozbawił.
Pokiwał głową.
— Mhm, a który?
Zaśmiałam się cicho.
— Nikt stąd. Nie jestem fanką tego towarzystwa — uśmiechnęłam się, żeby nie wyjść na snobkę, której nie pasuje żadne towarzystwo.
— Rozumiem. Więc może chcesz się przejść? — zaproponował.
— W sumie... czemu nie? — odpowiedziałam, podnosząc się z miejsca bardzo energicznie. Zbyt energicznie. Wstając, szybko odwróciłam się do tyłu i zderzyłam się z przechodzącym właśnie Dustinem. Ponownie to samo. Niechcący wylał na mój koc zawartość dwóch kubków, które niósł w dłoni, kiedy w niego uderzyłam. Szczęście w nieszczęściu, że i ja go nie oblałam herbatą, chociaż i tak czułam jak cała płonę ze wstydu.
— Przepraszam — odezwał się pierwszy, zanim ja zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
— Nie, to ja przepraszam — odpowiedziałam. Było mi strasznie głupio. A mimo to walczyłam ze sobą, żeby nie parsknąć śmiechem, to zdarzenie musiało wyglądać komicznie. Taka wtopa na oczach całej szkole. Genialnie, Williams. — Powinnam uważać jak łażę. Wybacz — posłałam mu delikatny uśmiech i wyprzedziłam, by udać się z Jasonem na krótki spacer. Przeszłam dwa kroki i zatrzymałam się, by ten dorównał mi kroku.
— Wszystko w porządku? — zapytał.
— Jak najbardziej. Dzień jak co dzień — rzuciłam ironicznie, po czym się zaśmiałam. 
Chłopak zawtórował śmiech.
Byłem obserwatorem i mogę cię zapewnić, że to była jego wina dodał jako wytłumaczenie, po czym ponownie się uśmiechnął. Choć, pokażę ci coś powiedział i ruszył na przód. Pokierowałam się za nim. Po drodze przewiesiłam mokry koc przez balustradę przy wejściu do naszego domku, po czym poszliśmy dalej.
— Dokąd idziemy? — zapytałam, bo nie bardzo rozeznawałam się w tym ośrodku.
— Nad brzeg jeziora — odparł krótko. — Spójrz — polecił, kiedy weszliśmy na most położony wzdłuż brzegu.
— Faktycznie pięknie — oceniłam spoglądając na gwieździste niebo. Blask księżyca odbijał się w lustrze wody, jednocześnie oświetlając tą ciepłą wiosenną noc. Chwilę się zamyśliłam. — Sądzisz, że możliwym jest, by ludzkim życiem rządziła kwestia przypadku? — zapytałam nagle.
— Szczerze? Nie mam pojęcia. Czemu pytasz? — odparł spokojnie.
— Myślę o tym, i o tamtym, i... Przepraszam, nieważne... - machnęłam ręką. Odsunęłam ideę rozmowy z Jasonem na ten temat, coś ze mną nie tak czy jak? — Słuchaj, umiesz dochować tajemnicy? - nasunęło mi się nagle, chcąc zmienić temat.
— Oczywiście, a o co chodzi? — odparł zdezorientowany.
— Zdążyłeś już poznać Kaitlyn? — zapytałam.
— Tak, a co? — wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Knujesz coś? — roześmiał się.
— Tak jakby — odwzajemniłam uśmiech.
— Co z tą tajemnicą? —dociekał.
— Kaitlyn bardzo chętnie poznałaby cię bliżej i cóż, może byś tak jej w tym pomógł? — zapytałam zawadiacko.
 Skąd wiedziałaś? — ogarnęła go radość.
— Skąd wiedziałam? — na chwilę zgubiłam wątek. — Och, nie wiedziałam. Rozmawiałam z Kaitlyn — odparłam ucieszona, że Jason również jest zainteresowany blondynką. Zmierzył mnie przyjaźnie, po czym uścisnął.
— Dziękuję Lydia, jesteś najlepsza — biła od niego taka radość, aż mi się zrobiło cieplej na sercu. — To ja pójdę jej poszukać — oznajmił, po czym pożegnał się promiennym uśmiechem.       
Kiedy zniknął gdzieś w ciemności wieczoru odwróciłam się twarzą do jeziora i przez długi moment patrzyłam na niebo. Po chwili poczułam jak pojedyncze łzy spływają mi z policzków. W pewien sposób lubiłam ten stan. Nie radość. Ale i nie smutek. Coś pomiędzy.
W mojej głowie pojawił się obraz Dustina. Mój mózg mnie nie znosił najwidoczniej.
Na początku trochę nie wiedziałam jak się zachowywać względem niego, w końcu nie chciałam, żeby tak to wyszło, a po rozmowie z George'm było mi już kompletnie głupio. Domyślałam się, że chyba puścił niemiłe wspomnienia z moich urodzin w niepamięć, bo nasze dotychczasowe dialogi generalnie toczyły się całkiem nieźle, a jednak nadal nie mogłam go rozgryźć. Z jednej strony pogodne, czasem wręcz empatyczne nastawienie względem mnie, a jednak z drugiej strony ta obojętność i uprzedzenie.
Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek telefonu. Sięgnęłam do kieszeni spodni po telefon, po czym zauważyłam na wyświetlaczu znajome imię.
— Hej Dave, co słychać? — powiedziałam do telefonu, podziwiając widok jeziora nocą.
— A wiesz, dzwonię, żeby ci powiedzieć, że w sumie już skończyłem na dzisiaj, i jeśli nadal się tak nudzisz to mogę do ciebie podjechać, tylko powiedz mi gdzie jesteście dokładnie — zaproponował mówiąc pogodnym tonem.
— Um, w sumie czemu nie — odparłam, przeglądając się w lunie wody. Weszłam na pomost i zrobiłam parę powolnych kroków do przodu, by jeszcze lepiej ujrzeć wieczorny urok okolicy. — Ten ośrodek nazywa się, eee, nazywa się... — powtórzyłam się, bo na śmierć zapomniałam nazwy ośrodka, w którym teraz przebywaliśmy. — Głupia skleroza, wybacz. Zaraz sprawdzę w Internecie, daj mi tylko chwilę i…
— Już nie trzeba — Dave nagle mi przerwał.
— Co powiedziałeś? — zapytałam zdezorientowana.
— Po prostu się odwróć — polecił. Usłyszałam, że rozłączył się.
Nie bardzo rozumiałam jeszcze o co mu chodzi, ale zrobiłam co powiedział. Obróciłam się o 180 stopni, a kilka kroków przed sobą ujrzałam jakąś postać, konkretniej jakiegoś chłopaka, oniemiałam ze zdziwienia, gdy blask Księżyca wreszcie oświecił twarz Dave’a.
— Dave! – otworzyłam szeroko oczy. — Co ty tu robisz? — zapytałam wielce zdziwiona zaistniałą sytuacją.
 To samo pytanie mógłbym skierować do ciebie — zaśmiał się, po czym dodał po chwili: Gdybym tylko wiedział, że będziecie w tym właśnie ośrodku...
Roześmiałam się.
— Intrygujące — obdarzyłam go szczerym uśmiechem, cały czas niedowierzając, że właśnie przede mną stoi. — Czyli mam rozumieć, że ten ośrodek jest twojego taty? — upewniłam się.
— Dokładnie rzecz ujmując jest współwłaścicielem — uśmiechnął się łagodnie.
Chwilę tkwiliśmy w zamyśleniu. Nasze zaskoczenie powoli ulatywało gdzieś w przestrzeń.
— Więc, co tu robisz? — chłopak przerwał ciszę.
— Szukam drugiej gwiazdy na prawo, a ty? 
— Chcesz się dostać do Nibylandii? — zapytał, a na jego twarzy pojawił się nieco enigmatyczny uśmiech.
— A kto nie chce? — odpowiedziałam pytaniem. Obdarowałam go półuśmiechem. 
— Ja i już na Ziemi jestem wiecznym dzieckiem, nie mówiąc o naturze zagubionego chłopca — odpowiedział po chwili. Również się uśmiechnął.
Znowu zapadła między nami cisza. W tle było słychać odgłosy nocy. Cichy szum wody i gdzieś w trawie grające świerszcze.
— Cóż za zbieg okoliczności — tym razem ja przerwałam ciszę.
— Prawda? — odpowiedział pytaniem.
Wymieniliśmy się uśmiechami.
— Wszystko w porządku, Rita? Masz jakąś taką zatroskaną twarz. Męczy cię coś?  — dodał po chwili.
— I tak i nie, ale nieważne. Nie mówmy o tym.
— Na pewno?
W akcie odpowiedzi pokiwałam twierdząco głową.
— Jak wolisz. Ale jakby co to mów. Możesz na mnie liczyć.
— Wiem, wiem — powiedziałam cicho.
— Mogę ci coś pokazać? Myślę, że pomoże to ci się rozpogodzić — powiedział nieco tajemniczo.
— Okej, zaryzykuję — zaśmiałam się cicho.
— A więc chodź ze mną — odparł, gestykulując ręką. Pokierowałam się za nim, przeszliśmy kawałek, po czym znaleźliśmy się przy jakimś budynku, wyglądał na jakąś salę czy coś w tym rodzaju.
— Co ty kombinujesz, Dave? — rozmyślałam na głos.
— Przekonasz się za moment — wyjął z kieszeni spodni parę kluczy, po czym jednym z nich otworzył drzwi wejściowe budynku. — Zapraszam do środka — przepuścił mnie pierwszą w drzwiach. Kiedy zapalił światło moim oczom ukazała się sala taneczna. Jedna ściana była cała pokryta lustrami, wzdłuż której w połowie przymocowany był długi, metalowy drążek. Przy drugiej ścianie w kącie stała mała półka, na której umieszczony był odtwarzacz płyt, parę książek oraz skromna dyskografia. — Lubisz tańczyć? — zapytał.
— Pytanie... uwielbiam! — uśmiechnęłam się od ucha do ucha. — Znaczy... trochę hip-hop, jakiś czas temu, tylko tyle... — nieco ujęłam sobie na entuzjazmie jakby wiedząc co może się wydarzyć.
— A ty? — dodałam po chwili.
— Ja swego czasu modern i trochę towarzyski.
Automatycznie wybałuszyłam oczy. Ten człowiek chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Zaśmiałam się na głos.
— No co? — zapytał, podchwycając mój śmiech.
— Chyba nigdy nie przestaniesz mnie zaskakiwać — dalej się śmiałam.
— A czy nie o to chodzi? — zapytał, a gdy spojrzałam w jego oczy napotkałam na ten typ spojrzenia. Te spojrzenie, którym lustruje się tylko jedną osobę.
Zagryzłam dolną wargę na skutek powstałej nieco napiętej atmosfery i natychmiast zdjęłam z niego wzrok.
Zrobił krok do przodu i wręcz wyszeptał mi do ucha: Po prostu wczuj się w rytm. W reszcie ja cię poprowadzę.
Co prawda zrobił to niesamowicie subtelnie, ale i tak nie mogłam trochę pozbierać faktów. Nieco ta sytuacja mnie zaskoczyła. Znaliśmy się doprawdy niedługo, i od razu złapaliśmy dobry kontakt, ale czy ja czasem czegoś nie przegapiłam?
Kiedy któryś już raz tego wieczoru pochłonęły mnie własne rozmyślania, Dave podszedł do odtwarzacza, by włączyć muzykę.
— Udzielisz mi tego zaszczytu? — zapytał rozkładając przede mną dłoń, delikatnie się uśmiechając.
Ledwo zauważalnie pokiwałam głową.
— I rozluźnij się — polecił.
— No z otwarciem to już u mnie gorzej — odparłam nieco zmieszana.
— Serio? Odniosłem inne wrażenie — powiedział odważnie, po czym rozbrzmiała muzyka.
To świadczy o tym jak słabo ją znasz — usłyszałam złośliwy głos podświadomości.
Usłyszałam pierwsze nuty piosenki, byłam już bliska odgadnięcia wykonawcy, kiedy Dave zapytał:
— Lubisz Shakin' Stevens'a?
— Całkiem — odpowiedziałam krótko. Położyłam swoją dłoń na jego ramieniu, a on na moim, po czym chwyciliśmy się za ręce. Wolnym krokiem poruszaliśmy się po sali.
Powolne, subtelne kroki. Nasz taniec był delikatny, ale zarazem bardzo energiczny. Dźwięki nas otulały, a my wtapialiśmy się w nie krok po kroku.
Zamknęłam oczy. Zawsze tak robiłam, gdy chciałam coś bardziej poczuć.
Po chwili usłyszałam jak po cichu Dave zaczyna śpiewać, oniemiałam, tym bardziej, że wychodziło mu to całkiem nieźle. Chłopak musiał zauważyć zaskoczenie i zdziwienie malujące się na mojej twarzy, bo zapytał:
— To, że potrafię śpiewać zadziwiło cię jeszcze bardziej, niż to, że czytam książki, co? — zażartował.
— Nieprawda — odparłam zdawkowo i odwróciłam głowę w bok czując, że się czerwienię. Ponownie zamknęłam oczy.
And I cry just a little bit, cry just a little bit. Well, I pray just a little bit, pray just a little bit. I pray nobody wants your loving to keep, and you stray just a little bit, stray just a little bit. Don't let temptation fill your heart with dream. Don't let your mind run away. Forbidden love is never what it seems kołysałam się w rytm muzyki, słuchając śpiewu Dave'a. — Nie bój się, śpiewaj! — chłopak polecił z uśmiechem.
— No nie wiem.
— Czego się boisz? Nie masz nic do stracenia.
And you cry just a little bit… zaczęłam nieśmiale. Ledwo było słychać mój śpiew.
Cry just a little bit, cry just a little bit. You're the light that brightens all of my day śpiewaliśmy po chwili już razem. Dave słysząc, że się przyłączyłam szeroko się uśmiechnął.
Byliśmy teraz nieco bliżej siebie niż przed chwilą. Lubiłam Dave’a, bardzo lubiłam, ale nie wiedziałam, czy zbliżanie się do niego, aż tak bardzo to na pewno dobry pomysł.
Dalej kontynuowałam delikatne kołysanie się w rytm muzyki, śpiewając już nieco głośniej. Chłopak nagle odważył się odgarnąć jedno z pasma moich włosów, opadających prosto na moją twarz. I zrobił to tak cholernie subtelnie, w środku mnie walczyły ze sobą dwa skrajne fronty, jeden żądał puszczenia blokady, drugi wręcz zakazywał jakiegokolwiek obnażania emocjonalnego. Po chwili poczułam jego usta na mojej szyi.
Boże, on naprawdę mnie całuje — coś krzyczało w mojej głowie.
Teraz dzieliły nas tylko milimetry. Przekroczyliśmy wszelkie granice przestrzeni osobistej, a Dave nie przestawał. Kiedy był na granicy linii twarzy, a policzka po plecach przeszedł mi jakiś gorący dreszcz. Dotknęliśmy się nosami. Cały czas nie otwierałam oczu, wolałam to przeżywać bardziej wewnętrznie. Poczułam delikatne muśnięcie na ustach. Wtulaliśmy się w siebie, a kiedy brunet mnie pocałował poczułam nawet przyjemne ciepło, ale coś we mnie krzyczało NIE NIE NIE. Pod wpływem chwili odwzajemniłam pocałunek, wewnętrznie cały czas niedowierzając w przebieg wydarzeń. Wszystko to, każdy jego dotyk, pocałunek był niezwykle przyjemny, coś jednak mnie blokowało.
Nagle poczułam jak ramiączko bluzki opada na moje prawe ramię. Nie, to było zbyt wiele. Wspomnienia zaczęły mnie atakować. Ten gest przelał we mnie szalę goryczy, czując, że już dłużej nie wytrzymam rosnącego we mnie nagromadzenia emocji, wyrwałam się z tanecznego uścisku. — Czy ty właśnie zamierzałeś mnie rozebrać? — podniosłam głos. — Nie życzę sobie, rozumiesz? — krzyknęłam ze zaszklonymi od emocji oczami, po czym biegiem ruszyłam do wyjścia.
— Rita, poczekaj! — zawołał za mną.
— Zostaw mnie, Dave — powiedziałam nieco ciszej, ale nadal podniesionym, stanowczym głosem. Przekroczyłam próg budynku. Szybkim krokiem poszłam w stronę ogniska, oglądałam się po drodze za dziewczynami, ale jak na złość żadnej nie widziałam. Doszłam do ogniska, trochę głupio to rozegrałam, bo siedziała tam już tylko szkolna elita i Dustin. Kate zmierzyła mnie, dostrzegając chyba, że mam zaszklone oczy przybrała sztuczną minę współczucia i rzuciła kąśliwie: 
— Och, Lydia! Co się stało?
— Kate, skończ — upomniał ją Dustin. Aż oniemiałam ze zdziwienia. Spojrzał się na mnie i lustrował przez moment. Rzuciłam mu krótkie spojrzenie i oddaliłam się od ogniska, kierując się jak najdalej od nich.
Usiadłam na drewnianej ławeczce przy jednym z wielu domków, skrzyżowałam nogi po turecku, wyjęłam iPoda z kieszeni spodni.
— Co ja kurwa robię z własnym życiem, jestem beznadziejna. Jestem w chuj beznadziejna. Boże,  musisz mnie chyba naprawdę nienawidzić skoro nadal w moim życiu taki syf. Jeśli już na taki los mnie skazałeś, to pozwól mi po prostu zniknąć — mówiłam do siebie pod nosem, wściekła na siebie i cały świat dookoła, nie wiem na co bardziej. W słabym świetle nocnej lampy, znajdującej się obok domku próbowałam rozplątać słuchawki.
Oho, autoagresja zawsze w modzie mój wewnętrzny głos się obudził.
Kliknęłam "play", a w słuchawkach rozbrzmiała muzyka. Zamknęłam oczy, oddychając głęboko i powoli. Staram się uwolnić umysł od nadmiaru emocji.
— Lydia? — usłyszałam znajomy głos. Niechętnie otworzyłam oczy, jednocześnie wyciągając słuchawki w uszu.
— Dustin. Co... ty tu robisz? — nie kryłam zdziwienia. Cóż, tym razem chociaż się za mną wstawił.
— Wszystko w porządku?
— Szczerze? Nie do końca.
Spojrzał na mnie, po czym zajął na ławce miejsce obok mnie.
 — Chcesz o tym porozmawiać? — zapytał cicho. Jego głos był taki niesamowicie spokojny, cały był taki zrównoważony, nie widziałam go jeszcze w takim wydaniu.
— Nie bardzo mam siłę. 
— Mam iść?
Spojrzałam na niego swoimi, zapewne jeszcze zaczerwienionymi oczami, o ile można było to dostrzec w tym słabym świetle. Czekał tak z dobrą minutę, a ja cały czas milczałam. W końcu po chwili kątem oka zobaczyłam, że niepewnym krokiem się cofa.
— Zostań — powiedziałam cichym, ledwie słyszalnym głosem. Czułam się już i tak wystarczająco zażenowana. Spojrzałam się na niego i momentalnie tego pożałowałam, bo on się delikatnie uśmiechnął, a wtedy z moich oczu wypłynęła dosłownie fontanna łez. Nie mogłam jej powstrzymać. Szybko odwróciłam głowę w bok, wtem Dustin chwycił mnie za rękę. Z powrotem spojrzałam się na niego.
— Już dobrze — najdelikatniej jak to było możliwe przytulił mnie do siebie. 
— Możemy pomilczeć, okej? — zapytał, na co tylko pokiwałam głową.