niedziela, 4 sierpnia 2013

4. Walczę z dawnym ja.

Tak, wiem. Dłużej na ten rozdział nie można było czekać. Wybaczcie, serio. Niech wynagrodzeniem będzie fakt, że zrobię wszystko, by rozdział piaty pojawił się już w ten piątek. Dzięki za cierpliwość. Kocham


Świat jest piękny, życie jest piękne.
Głośno parsknęłam śmiechem. Przetarłam oczy, pośpiesznie związałam włosy w kitkę, po czym poszłam do sąsiedniego pokoju po Georga i Mary. Kilkulatki siedziały na środku pokoju w całym tym bałaganie, brudzie, kumulacji złości, słuchając setnej już kłótni naszych rodziców. Dorośli obrzucali się najróżniejszymi obelgami, zupełnie nie zważając na to, że kolejno ich półtora letnie, siedmioletnie i czternastoletnie dziecko słucha ich niecenzuralnej i całkowicie poniżej jakiegokolwiek poziomu wymiany zdań, o ile to w ogóle wymianą zdań można było nazwać.
— Chodźcie — zwróciłam się łagodnym tonem do rodzeństwa, wyciągając w kierunku malców ręce. Maluchy podniosły się, Mary silnie chwyciła mnie za prawą dłoń, a w swoją drugą rączkę wzięła ulubioną lalkę, z którą nigdy się nie rozstawała i mocno przytuliła ją do ciała. George spojrzał na mnie swoimi słodkimi oczkami i wskazał ręką na rodziców, którzy zdawali się nawet nas nie zauważać. Zebrały mi się łzy do oczu. Powstrzymałam je. Nie chciałam rozpłakać się przy nich, bo wiedziałam, że wtedy i one zaczęłyby płakać. Wiedziały, że coś jest nie tak, ale niewiele z tego wszystkiego rozumiały. Ba, nawet ja już nie ogarniam całej tej chorej sytuacji, która miała miejsce w naszym domu od kilkunastu miesięcy.
Z zewnątrz porządna rodzina, przykładni rodzice i wzorowe dzieci, doskonale się ze sobą dogadujący, a przede wszystkim zawsze mogący na sobie polegać. Cóż, pozory często mylą. Nasza rodzina zdecydowanie odbiegała od standardu. I to całkowicie w tą negatywną stronę. Tata wkręcił się w jakiś brudny interes, musieliśmy sprzedać dom i zamieszkać w mieszkaniu, dodajmy, że ledwo było ich stać na czynsz, do tego doszły jego zdrady. Mama to samo. Co prawda nie do tego stopnia, ale świętą też nie była. Na jej liście spraw najważniejszych my znajdowaliśmy się na szarym końcu. My, jej własne dzieci. Potrafiła jechać na drugi koniec kraju zapominając o tym, że w ogóle posiada jakiekolwiek potomstwo, najczęściej wykorzystując wtedy babcię, która miała w takich sytuacjach zostawić wszystko i szybko przybiec zaopiekować się nami, kiedy to ona będzie sobie hulać, podobno w służbowych sprawach. Potrząsnęłam głową nie chcąc o tym więcej myśleć. Malec chwycił mnie za dłoń i skierowałam się w kierunku drzwi.
— Co robisz? — ojciec zapytał mnie oschle, kiedy przekroczyłam próg pokoju.
— Nie widzisz? Wychodzę — odpyskowałam.
— Dokąd? — kontynuował wywiad. Nagle zdał sobie sprawę z istnienia jego dzieci?  Żałosne.
— Tam gdzie was nie ma – powiedziałam podniesionym tonem, jednocześnie walcząc, żeby ze zaszklonych oczu nie upłynęła mi ani jedna łza. — Chodźmy — mruknęłam do rodzeństwa.
Kiedy wyszliśmy przed budynek zatrzymałam się na moment, aby wziąć głęboki oddech. Spojrzałam się na George'a i Mary. Ich wzrok mówił o tym, że zupełnie nie wiedzieli, co się dzieję w naszym domu, a tym bardziej dlaczego. Nikt im niczego nie wytłumaczył, rodzice tak często traktowali nas jakbyśmy w ogóle nie istnieli.
Skierowałam się w miejsce, które zawsze odwiedzałam w takich momentach. Na początku jeszcze zabierałam je do babci, ale teraz zaprzestałam. Babcia miała swoje lata i nie mogłam pozwolić na to, żeby wszystkim się przejmowała. I tak robiła co w jej mocy, by nam pomóc. Nie chciałam jeszcze jej stracić, i tak nie mieliśmy już nikogo więcej, na kogo moglibyśmy liczyć. Po raz kolejny już dzisiejszego dnia powstrzymałam łzy i otworzyłam drzwi kościoła. George'a i Mary puściłam pierwszych, po czym zamknęłam drzwi i udałam się za nimi. Kościół był pusty. Spojrzałam na zegarek, dochodziła szesnasta. Usiedliśmy w jednej z końcowych ławek w nawie bocznej. Zakryłam twarz w dłoniach, tym razem już nie powstrzymując łez. Pozwoliłam by poczucie bezsensu, które we mnie siedziało, choć w małej części wyparowało na zewnątrz. Starałam się tego nie pokazywać, ale to naprawdę mnie pogrążało. Świadomość, że, gdy wracasz do domu jedyne, co możesz w nim znaleźć to uczucie nienawiści, złość, smutek. Zero wsparcia. Zero miłości. Zero radości. Zero uśmiechów. Nic. Zupełna pustka.
Nieraz modliłam się do Boga pytając się, jaki sens ma moje życie, jaki sens ma takie życie? Chciałam uzyskać odpowiedź, tak bardzo. Zdążyłam się już przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy, ale nigdy tego nie zaakceptuje. To nie jest normalne, to nigdy nie było normalne. Chciałabym jakiejś zmiany, jakiejkolwiek. Choćby trochę na lepsze. Choć trochę.
Nie chcąc, by maluchy słuchały tych kłótni rodziców zabierałam je do kościoła.  Szwendanie po ulicy z takimi małymi dziećmi nie wydawało mi się zbyt dobrym pomysłem, a tu przynajmniej nikomu nie przeszkadzaliśmy. Siedzieliśmy tu zawsze z jakaś godzinę, z oddalonej od ołtarza ławki słuchając mszy. Potem na chwilę szłam się przejść z nimi po dzielnicy, w ciepłe miesiące robiliśmy też czasem przystanek na plac zabaw i lody, po czym wracaliśmy do domu. Zazwyczaj przez te kilka godzin rodzice zdążyli się już uspokoić, a raczej opuścić mieszkanie. Wchodząc do domu można było potknąć się o szklane butelki po wódce albo innych tego typu pochodnych z dodatkiem etanolu, które zostawiał tata. Mamy najczęściej już wtedy nie było, domyślałam się, że jechała nocować do którejś ze swoich koleżanek, albo jeszcze gdzieś indziej. Ojciec za to szedł do swoich kumpli od chlania, ewentualnie sprowadzał ich do naszego mieszkania. A my jak zwykle byliśmy zdani sami na siebie. Krótko mówiąc norma.
*
Otworzyłam oczy i tym samym powróciłam do teraźniejszości. Spojrzałam jeszcze raz na zdjęcie, które trzymałam w ręku i łzy stanęły mi w oczach. Na fotografii była uśmiechnięta babcia, trzymająca George'a na rękach oraz ja z Mary wtulające się w nią.
— „Lato 2009” — przeczytałam napis w prawym, dolnym roku zdjęcia. — Brakuje mi cię, Babciu – szepnęłam pod nosem.
Nigdy nie mogłam wieść normalnego, spokojnego życia. Najpierw w dzieciństwie rodzice nieustannie się kłócili, bili, nie obchodząc się naszym losem ani trochę, potem w 2011 roku, cztery lata po narodzinach George'a, gdy wreszcie wnieśli do sądu wniosek o rozwód wydawałoby się, że w końcu będzie lepiej. Cóż, nie do końca. Sąd zadecydował, że naszym wychowaniem zajmie się mama, tata mógł nas odwiedzać parę razy w miesiącu, ale i tak tego nie robił. Na początek zmieniliśmy miejsce zamieszkania i z dotychczasowego Woodmere przeprowadziliśmy się do Nowego Orleanu. Co prawda tych miast nie dzieliła wielka odległość, ale mama nalegała na zmianę zamieszkania, więc nie robiliśmy ku temu przeszkód.
Nowy Orlean. Tu nabrałam nieco sił. Nieco, bo moje życie było uboższe tylko o kłótnie i bijatyki rodziców. Nadal byliśmy zbędnym balastem dla naszej rodzicielki, ale bez konieczności uciekania z domu było lepiej. Mama za wszelką cenę chciała się od nas odciąć. Poświęcała nam minimum z minimum  czasu, traktowała nas jak obcych, a nie jak własne, rodzone dzieci. To było straszne. Na szczęście zawsze mogłam liczyć na babcię. To była jedyna rzecz, która wywoływała uśmiech na mojej twarzy, choć przez moment. W każdej sprawie mogłam na nią liczyć, pocieszała mnie, dawała rady i inne takie. Szkoła także nie była nigdy dla mnie czymś przyjemnym. Ludzi, których spotykałam w niej nie mogłam nazwać przyjaciółmi, część z nich była jakby odlana z innej masy, inni jeszcze kompletnie pozbawieni empatii, ludzkiej serdeczności, a jeśli już zdarzyła się jakaś znajomość to i tak czułam się w ich gronie jak jakiś alien. Zastanawiałam się nie raz, co takiego niewybaczalnego zrobiłam, że teraz spotykają mnie takie rzeczy? Aż tak bardzo zgrzeszyłam w poprzednim wcieleniu? Kiedy nastąpi wreszcie jakaś przełomowa zmiana? A może to po prostu ze mną było coś nie tak, w końcu ciągle nie mogłam odnaleźć się w otaczającym mnie świecie, znaleźć swojego miejsca na świecie. A może po prostu zwyczajnie go nie było?
To było rok temu, nieśmiało stawałam kroki w nie takim już nowym miejscu zamieszkania. Mój stan się polepszał, powoli, ale polepszał. Mama nadal nas ignorowała, ale babcia i nareszcie porządni znajomi z nowej szkoły sprawiali, że z dnia na dzień wydawało się być lepiej, jednak kiedy babcia zmarła cały mój świat legł w gruzach. Nie miałam już nikogo z rodziny, w kim mogłabym szukać oparcia. Nikogo. Po raz kolejny zostałam sama z Georgem i Mary. Po raz kolejny dotknęło mnie do kości uczucie samotności. Tym razem miałam przy sobie znajomych, ale to i tak nie pomagało.
Ostry nurt melancholii porwał mnie na samo dno. Znowu.
Chodziłam przybita, codziennie rozsyłałam spotykanym ludziom sztuczne uśmiechy. Nie chciałam się z nimi dzielić własnym smutkiem.
— Lydia Rita Williams, słyszysz mnie? — pokręciłam głową, wracając do rzeczywistości. Zauważyłam machającą mi ręką przed twarzą Irmę.
— Tak, tak słyszę — wybełkotałam, wkładając zdjęcie w swoje miejsce, po czym odłożyłam album na półkę nad biurkiem.
— Wszystko okej? — przyjaciółka zapytała troskliwym tonem widząc, że znów się zamyśliłam.
— Jak najbardziej. Chodźmy do szkoły, bo się spóźnimy — nieco popędziłam Irmę widząc, że zegar wskazuje już 7.40.
Dzisiejszego dnia kończyłam osiemnaście lat. Urodziny pobudzały tylko moje wspomnienia. Jak na złość, bardziej te negatywne, tych zresztą było znacznie więcej. Automatycznie do mojego umysłu napływały przeważnie same ponure myśli, było to niezależne ode mnie. Starałam się temu zapobiec, naprawdę się starałam, ale one zawsze znalazły jakąś szczelinę, słaby punkt, przez który mogły się przebić. Sprawiało to, że niejednokrotnie szargała mną irytacja i jednocześnie bezsilność, którą tak bardzo starałam się ukryć przed całym światem. Nie znosiłam okazywać słabości, nie chcę, żeby inni ludzie mnie żałowali.
— Znów zamyślona — skwitowała mnie Irma, kiedy czekałyśmy na pierwszą godzinę lekcyjną. Odpowiedziałam jej półuśmiechem.
— Sto lat, jubilatko! — powitały mnie okrzyki dziewczyn. Ponowiłam uśmiech. Dziewczyny zdążyły wręczyć mi prezent i zadzwonił dzwonek oznajmujący początek lekcji. Nagle usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Na wyświetlaczu widniało "Mama". Odebrałam.
— Cześć Lydia, dzwonię do Ciebie, żeby Ci przekazać, że wyskoczyło mi ważne spotkanie biznesowe i musze jechać do Nowego Jorku. Wracam za tydzień, pa — rozłączyła się zanim zdążyłam wydać z siebie jakikolwiek dźwięk. Poczułam jak łzy napływają mi do oczu. Opadłam powoli na ścianie. Bum. Słyszycie? To dźwięk gruchnięcia z hukiem o dno moich skrawków nadziei na to, że tym razem może być jednak inaczej. No tak, zapomniała o moich urodzinach. Co ja się dziwię? Mogłam to przewidzieć, przecież to norma. A jednak łudziłam się, że tym razem będzie inaczej. I znów się zawiodłam. Straciłam już rachubę, który to raz z kolei…
Musze przestać wierzyć w ludzi.
— Coś nie tak? — zapytała Jenna, widząc, że mój uśmiech nagle ulotnił się gdzieś do atmosfery.
— Nic specjalnego. Tylko mama znów zapomniała o moich urodzinach, norma —wykrzywiłam kąciki ust w ironicznym uśmiechu.
— Och..., — zaczęła Nathalie, — nie przejmuj się nią.
— Właśnie. Same należycie opijemy Twoją osiemnastkę. Twoja mama nam do tego absolutnie nie potrzebna. No, uśmiech proszę! — Margaret podjęła próbę pocieszenia mnie.
— Jasne — zapewniłam starając się, by ton mojego głosu brzmiał możliwie jak najpogodniej.
— Witajcie — nagle usłyszałam głos pani Roosevelt, naszej biologiczki. — Zapraszam do klasy — odparła otwierając drzwi sali biologicznej. — O, Lydia, witaj! - nauczycielka obruszyła się, zauważając, że wchodzę do klasy. — I najlepszego! Ptaszki rano mi doniosły, że obchodzisz dziś osiemnaste urodziny — posłała mi szczery i promienny uśmiech.
— Tak, to prawda. Dziękuję - zwróciłam się do nauczycielki, wysilając się na uśmiech, po czym usiadłam w swojej ławce, zdjęłam torbę z ramienia i wyjęłam podręcznik oraz zeszyt od biologii, chcąc sprawdzić w międzyczasie ostatni temat lekcji. Nie uczyniłam tego jednak, bo przerwał mi pewien znajomy głos.
— Dzień dobry — w sali pojawił się nagle jakiś chłopak. Stał tyłem do klasy i rozmawiał z naszą nauczycielką. Nie musiał się odwracać, bym zgadła kim był. Jego głos zapamiętałam doskonale.
— Jednak rozszerzona biologia, Dustin? — podsłyszałam z ich rozmowy. Świadomość, że właśnie poznałam jego imię wywołała dreszcz na moich plecach.
— Tak, ale tylko biologia. Nie przepadam za chemią — odpowiedział i skierował się do ławki. Przechodząc obok mnie zmierzył mnie badawczo, przewróciłam oczami w akcie irytacji. Jeszcze brakuje, żeby on zupełnie popsuł mi urodziny. 
— Dzisiejszy temat lekcji to charakterystyka somatycznego układu nerwowego, ale zanim przejdziemy do lekcji to zaśpiewajmy naszej dzisiejszej jubilatce "Sto lat!" — ogłosiła z ogromnym entuzjazmem biologiczka. — Dla niedoinformowanych, naszą dzisiejszą jubilatką jest oczywiście Lydia Williams. Wszystkiego najlepszego! — wiedziałam, że nauczycielka mnie lubiła, ale jej entuzjazm, aż mnie śmieszył. Wywróciłam oczami i mentalnie walnęłam się ręką w czoło. A jakby tak nagle stąd zniknąć? Alicjo, niech Kapelusznik wstawi wodę na herbatę.
Wszyscy obecni w klasie wstali. Dustin siedział za mną, więc niestety nie mogłam obserwować jego reakcji. Po chwili i ja podniosłam się z ławki. Odwróciłam dyskretnie głowę do tyłu, siedział w sąsiednim rzędzie. Wyglądał na nieco zdezorientowanego, a może bardziej zaskoczonego? Odwróciłam głowę z powrotem do przodu zanim zdążył się zorientować, że go obserwuję.
Po chwili wszystkie śpiewy zamilkły, ludzie usiedli z powrotem na swoich miejscach i zaczęliśmy nareszcie lekcję biologii. Nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł. Margaret miała rację, moja mama mi nie potrzebna, sama doskonale uczczę swoje urodziny. Co ona tam wspominała? Wraca za tydzień? Doskonale. Czas się zabawić. Choć trochę.
Natychmiast wyciągnęłam swój telefon z torby i napisałam sms do Irmy o treści: „Mój dom. Dziś wieczór. Urodzinowa domówka. Goście to Twoja działka, ja zajmę się cała resztą.” Wystukałam tekst na klawiaturze, po czym kliknęłam "wyślij". Poszło. Przyjaciółka momentalnie zareagowała na smsa, odwracając się w moją stronę z szerokim uśmiechem na twarzy. Ochoczo pokiwała głową, potraktowałam to jako twierdzącą odpowiedź. 
*
Dochodziła osiemnasta. Irma napisała wszystkim, że impreza zaczyna się o dziewiętnastej. Miałam jeszcze godzinę na ogarnięcie domu i przygotowanie samej siebie. Moim jedynym problemem dzisiejszego wieczoru było to, że Mary nocowała u koleżanki, więc nie było komu zająć się sześcioletnim George’em. Ostatecznie poleciłam mu bawić się u siebie w pokoju i pod żadnym pozorem nie wychodzić z pokoju bez wcześniejszego kontaktu ze mną. Miałam nieco wyrzuty sumienia z racji, że byłam zmuszona zostawić go tak samego, ale obiecałam mu, że będę do niego zaglądała możliwie jak najczęściej.
Na zegarze wybiła dziewiętnasta, usłyszałam pierwszy dzwonek do drzwi. Minęło może dwadzieścia minut, a nasz dom po czubki wypełniony był szkolną społecznością. Miałam nadzieję, że przeżyje spotkanie z taką ilością licealistów, zaśmiałam się w myślach.
— Skuteczna jesteś — zaśmiałam się do Irmy.
— Dla ciebie wszystko — zawtórowała mój śmiech.
— Dziewczyny, dziewczyny!  — wykrzyczała zziajana Kaitlyn, ciężko oddychając jakby dopiero co przebiegła  dwie długości szkolnego boiska. — Nie uwierzycie kto tu jest! — jej ton nie tracił na podekscytowaniu. Gdyby w księdze rekordów Guinnessa pojawiła się kategoria fangirlowanie Kaitlyn zdecydowanie byłaby jej laureatką - Adonis stąpił z niebios! — wykrzyczała jeszcze głośniej niż poprzednio, wskazując na kogoś palcem, na co my zareagowałyśmy gromkim śmiechem. Odwróciłyśmy się we wskazywanym przez nią kierunku, jednak kiedy zobaczyłam o kogo chodzi równie szybko przestałam się śmiać.
— Dustin — wypowiedziałam jego imię na głos. Wyjątkowo nie w towarzystwie Kate ani innego członka szkolnej śmietanki towarzyskiej, jednak i to nie zmieniało faktu, że nie był tu mile widziany. Chyba poczuł jak nieprzyjacielskim wzrokiem na niego patrzę, bo spojrzał się w moją stronę. Mierzył mnie tym samym świdrującym wzrokiem co na biologii. Chciałam utrzymać spojrzenie, jednak po chwili odwróciłam wzrok. To są moje urodziny i ja tu ustalam zasady, stwierdziłam, po czym poszłam mu naprzeciw.
                                                                                                        Zanim coś powiesz - posłuchaj...
                                                                                                        Zanim zareagujesz  - pomyśl...
                                                                                                        Zanim się poddasz - spróbuj...



Siemka! Jesteście pewnie źli, że tak długo musieliście czekać na ten czwarty, słusznie. Mam nadzieję, że mi wybaczycie. Taka przerwa między rozdziałami już się nie zdarzy, przysięgam. Absolutnie nie chcę zostawiać tego opowiadania! Mam do niego spore plany i mam nadzieję, że będziecie nadal przy mnie. Jeśli już przeczytaliście ten rozdział, napiszcie choćby krótkie "czytam", cokolwiek. Bo to jest tak, ciągle nabijają mi się wyświetlenia, a komentarzy nie jest tyle co informowanych. Mało tego, nie raz nawet mam czytelników o których nie mam pojęcia! Także, jeśli czytacie moje opowiadanie proszę was bardzo WPISUJCIE się na listę INFORMOWANYCH!  
PS. POLECAM waszej uwadze bardzo ciekawe opowiadanie, pisane naprawdę dobrym językiem. Zajrzyjcie na http://the-cueball.blogspot.com/ :) To fanfiction o snookerze, nie mniej zaciekawi na 100% nie tylko fanów snookera ;)
Klaudia x