wtorek, 11 lutego 2014

6. Krucha duma.

"Mogę pierdolić pościel - i tak się nie wysypiam,
Nie wiem, czy przez bezsenność, czy moje tempo życia,
Widzę światło księżyca, mam jego pełnię w oku,
To skreślony apostoł wśród fałszywych proroków,
Stoję na dachu bloku, jakby na świata szczycie,
Tylko n i e  m o g ę  skoczyć - c z u j ę, że  k o c h a m   ż y c i e"

— Rozmawiałam z panią Collins o tym wstępnym pomyśle na koncert charytatywny. Mówiła, że porozmawia z dyrektorem, ale ogólnie była pozytywnie nastawiona, więc wygląda na to, że powinno się udać. Świetnie, no nie? — usłyszałam gdzieś w tle głos Jenny, która zapewne odnosiła wrażenie jakby mówiła do ściany, dzisiejszego dnia obecna byłam w szkole tylko ciałem. - Hej, słuchasz mnie w ogóle? Lydia?
I wszystko przez jedno słowo za dużo — wybełkotałam, zapatrzona w jeden punkt, jakby śpiąc na jawie. Po ułamku sekundy dotarły do mnie wreszcie słowa przyjaciółki, spojrzałam na Jennę nieco zażenowana świadomością wypowiedzianych słów.
— O czym ty mówisz? — spytała zdezorientowana.
— Nie, nic — odparłam wymijająco, po czym zacisnęłam wargi jakbym nie chciała, żeby uleciała z nich przypadkiem jakaś ważna tajemnica.
Jenna chyba domyślała się, że nie chcę ciągnąć tematu dalej, byłam niemalże pewna, że właśnie zastanawiała się, co było tego powodem.
— Co mówiłaś? - zapytałam przepraszającym tonem, lekko się uśmiechając. Za tym uśmiechem kryła się myśl o jednej osobie. Niepewności, nerwowość i wyrzuty sumienia wypełniały mnie całą, a ich nadmiar wypływał na zewnątrz zostawiając widoczne ślady na aurze. Przyjaciółka znała mnie nie od dziś, kiedy dostrzegła ten specyficzny rodzaj smutku w moich oczach, od razu domyśliła się o co chodzi.
— Meczą cię wyrzuty sumienia, co nie? — zapytała wprost. Obserwowała moją twarz, spostrzegła jak gwałtownie pojawiło się na niej zaskoczenie, rozdziawiłam na moment usta, po czym raptownie zagryzłam dolną wargę. Intensywnie myślałam nad odpowiedzią, która by w możliwie najmniejszym stopniu zdradzała stan faktyczny moich myśli.
— Nie, nieprawda — odparłam wreszcie.
— Mnie nie okłamiesz — zakomunikowała stanowczo Jenna.
Wywróciłam oczami w akcie braku pomysłów na dalsze ukrywanie swoich myśli, w końcu się poddałam.
— To nie tak — zaczęłam.
— Nie musisz się tłumaczyć — przerwała mi.
— Owszem nie muszę, wiesz o kogo chodzi — oznajmiłam.
— Czyli jednak? — upewniała się, na co jedynie kiwnęłam dwukrotnie głową. — Słuchaj, nic wielkiego się nie stało i...
— Gdyby nie on, George'owi mogłoby coś się stać. Ten kretyn Jack mógłby mu coś zrobić, a ja zachowałam się jak taka niezrównoważona emocjonalnie debilka, a gadam na niego. Hipokrytka ze mnie, jak zwykle muszę się popisać... — walnęłam się w czoło, po czym potrząsnęłam energicznie głową.
— Nie powinnaś się tak obwiniać, każdemu czasem puszczają emocje. A Dustin... zauważyłaś, że to taki trochę typ odludka.
— Który trzyma się ze szkolną elitą — wtrąciłam ni stąd ni zowąd sarkastycznym tonem, ale Jenna puściła moją uwagę mimo uszu.
— Pojawia się i znika. Rzuca chłodem, za chwilę okazuje troskę. Kto normalny daje radę żyć z takimi skrajnościami w sobie?
— Normalny, słowo klucz — mruknęłam pod nosem, a w mojej głowie pojawiła się niewygodna myśl, że przecież mi też się tak zdarza i to częściej niż bym chciała, jednak równie szybko wyparłam ją.
— Może mu coś wypadło? Szczerze wątpię byś, aż tak mu się naraziła, że nie byłby w stanie znieść Twojego widoku.
— Nie mam pojęcia, może to ze mną jest po prostu coś nie tak — rzuciłam, po czym gwałtownie wstałam i zaczęłam zbierać książki leżące na stoliku. — Czasem myślę, że gdybym to ja nagle zniknęła wszystkim dookoła byłoby lżej — przełożyłam torbę przez ramię i ruszyłam w stronę drzwi wejściowych szkoły. — Muszę iść — rzuciłam na odchodne, nawet nie czekając za przyjaciółką.
— Aha! Komuś tu się chyba włączył tryb samotnika — powiedziała na głos widocznie zirytowana moim zachowaniem, było czuć w tym tonie jednak mimo wszystko troskę.
*
Dzisiejszy temat lekcji to "Funkcjonowanie psychiki człowieka i jej zaburzenia" - nauczycielka zapisała starannym pismem na tablicy, po czym oparła się o środek swojego biurka, lustrując całą klasę karcącym spojrzeniem. Wszyscy dookoła gadali, krzyczeli, zmieniali swoje miejsce położenia nie zwracając najmniejszej uwagi na obecną już w klasie nauczycielkę.
— Jak zapewne wiecie z poprzednich lekcji biologii za emocje odpowiadają różne struktury korowe i podkorowe mózgu — kobieta zaczęła głośno mówić, przebijając się przez powstały harmider, po chwili większość rozmów ucichła. — Silne emocje - trudne lub niemożliwe do kontrolowania - mogą prowadzić do zaburzenia życia emocjonalnego człowieka. Przykładowo silny, nie do opanowania lęk i niepokój mogą być przyczyną zaburzeń psychicznych o charakterze fobii, nerwic lub znacznie poważniejszych psychoz. Z kolei przewlekłe stany złości, wrogości czy gniewu, których człowiek nie potrafi rozładować, mogą być przyczyną agresji wobec innych, a także autoagresji — nauczycielka omawiała temat lekcji. — W rozwoju osobistym emocje... —  urwała jednocześnie z odgłosem pukania do drzwi. Po ułamku sekundy drzwi się otworzyły, a w progu pojawił się pewien nieznajomy. Wysoki brunet, dobrze zbudowany, na oko wyglądający na jakieś osiemnaście bądź dziewiętnaście lat.
— Tak? — kobieta zmierzyła go przyjaznym wzrokiem.
— Dzień dobry - chłopak odchrząknął. — Nazywam się Jason Clark, jestem tu nowy. Właśnie się przeniosłem z Nowego Yorku.
— Ach, tak — zreflektowała się. — Mówiono mi o tobie. Proszę, wejdź i zajmij miejsce - powiedziała, wskazując ręką wolne ławki.
Chłopak przeszedł przez rząd pierwszych ławek i los tak chciał, że zajął miejsce nieobecnego dziś Dustina, co spotkało się z natychmiastową reakcja Kate.
— Ekhm, to miejsce jest zajęte, kolego.
— Taa, przez jej chłopaka — rzucił uszczypliwie ktoś z klasy.
— Chciałaby — dodała ktoś inny, na co cała klasa zareagowała gromkim śmiechem, w wyniku czego Kate zrobiła się cała czerwona ze wstydu.
Nowy wydawał się być nieco zdezorientowany, wcale mu się nie dziwiłam.
— Miłe przywitanie — pomyślałam. — Tu jest wolne — wykazałam koleżeńską inicjatywę, wskazując mu wolne miejsce za mną. Zareagował na to serdecznym uśmiechem.
— Dzięki — szepnął, zajmując miejsce.
— Nie ma za co — odparłam półszeptem.
— Dobrze, czy możemy już wrócić do tematu lekcji? — zapytała zniecierpliwiona nauczycielka, po czym wróciła do dalszego omawiania tematu lekcji.
Resztę lekcji odpłynęłam, pochłonęły mnie moje myśli. Nie ukrywałam, nie łatwo było pozbyć się Dustina z głowy, ale nawet nie starałam się z tym walczyć. Ten tydzień był wystarczająco wyczerpujący, nie miałam sił, żeby jeszcze walczyć z przewiercającą na drugą stronę mój mózg myślą o blondynie. Chciałam go przeprosić, znaczy chyba. Męczyły mnie wyrzuty sumienia, nie wiedziałam co się z nim dzieje, a to z kolei wywoływało u mnie jakąś tam niepewność. Nie cierpię takich niepewności, trzymają mnie w tym nieprzyjemnym stanie psychicznym, rozpraszają, plączą się nieustannie gdzieś pomiędzy każdą myślą. Może to i dobrze, że nie miałam możliwości spotkać się z nim bezpośrednio po tamtej imprezie. Gwałtowność uczuć potrafi być bardzo błędna. Czasem wystarczy wypowiedzieć tylko o  jedno słowo za dużo i nic już nie będzie w stanie tego naprawić.
*
— Przepraszam, — poczułam na swoim ramieniu czyjąś dłoń, kiedy wychodziłam z sali, a potem usłyszałam ten ciepły i przyjemny dla ucha głos, odwróciłam głowę do tyłu, a moje oczy zarejestrowały postać tego nowego, — jestem Jason, — wyciągnął do mnie prawą dłoń, - dzięki za koleżeńską pomoc.
— Lydia, miło mi — również wyciągnęłam rękę by się przywitać. Zlustrowałam jego twarz, wydawał się być naprawdę sympatyczny. Miał nietypowe brązowoszare tęczówki, w miarę jasną karnację skóry, a jego jasnobrązowe włosy były w artystycznym nieładzie. — Nie ma za co, polecam się na przyszłość — odparłam, wykrzywiając kąciki ust w uśmiechu.
— Słuchaj, mam do ciebie małą prośbę. Trochę jeszcze się nie odnajduję w tej szkole, pokazałabyś mi gdzie jest sala od hiszpańskiego? Mam za chwilę lekcję i jak sam pójdę jej szukać to pewnie tylko pobłądzę - zaczął się śmiać z samego siebie, zawtórowałam za nim.
— Nie ma sprawy — odpowiedziałam.
*
— Lydia, Lydia! — właśnie wychodziłam z lekcji historii, kiedy usłyszałam, że ktoś mnie woła. Przed moimi oczami pojawiła się Kaitlyn.
— Co jest? — odparłam. Dziewczyna wyglądała na ogromnie podekscytowaną. — A Ty co taka cała w skowronkach?
— Wracam właśnie z lekcji hiszpańskiego. Wiedziałaś, że mamy nowego w szkole? Jest z Manhattanu! A jak wygląda! — koleżanka ekscytowała się.
— Jak się nazywa? — zapytałam, gdy zrobiła przerwę w fangirlowaniu.
— Jason, Jason... Kurde, zapomniałam nazwiska — odparła zrezygnowana.
— Clark? — zapytałam.
— Tak! Tak właśnie! — wykrzyknęła radośnie. — Skąd wiesz? — zapytała nieco podejrzliwie, czym automatycznie mnie rozśmieszyła.
— Chodzę z nim na biologię — moja odpowiedź wywołała śmiech Kaitlyn.
— Niczym Edward i Bella, albo Nora i Patch.
— Nie sądzę — również się roześmiałam.
— Czyli nie będziesz miała nic przeciwko, żebym poznała się z nim bliżej? —zapytała, robiąc oczy małego kotka. Pokręciłam tylko głową, śmiejąc się głośno.
— Chodź już lepiej na boisko. Czas na lunch, może spotkamy go na zewnątrz. Kolega jak na razie nie odnajduje się w murach szkoły, więc będziesz mogła mu zaproponować swoją pomoc.  
*
Jestem równolegle w dwóch czasoprzestrzeniach.
Czuję radość i smutek, czuję ból i euforię.
Oko rejestruje światło bijące od wschodzącego Słońca, czujesz to ciepło na swoim ciele, wyciągasz dłoń, by być jeszcze bliżej źródła tego niezwykle przyjemnego ciepła. Sprawia Ci to jakąś cząstkową uciechę.  Promienie Słońca delikatnie padają także na Twoją twarz, powoli osuszając łzy pozostałe na policzkach. Bierzesz głęboki oddech. Dosłownie zachłystujesz się powietrzem. Czujesz, że żyjesz. Ż y j e s z. Masz świadomość, że zostałeś obdarowany największym darem, jakim można było Cię kiedykolwiek obdarować. Tym darem jest życie. Tak właśnie, życie. A Ty, zostałeś obarczony odpowiedzialnością, by przeżyć je godnie, przysłużyć się ludzkości, ale i popełniać błędy i grzeszyć, bo człowiek to nie jest istota idealna, nigdy nią nie był. Ale przynajmniej się staraj. I trwaj w nadziei. Nigdy się nie poddawaj. Nie po to żyjesz, nie po to się rodzisz. Musisz zdobyć ten świat, rozumiesz? Nie ważne jak bardzo będzie boleć, nie ważne jak duże cierpienie będziesz musiał pokonać. Ze łzami w oczach, ale z podniesioną głową. I z uśmiechem na twarzy. Na zawsze. Rozumiesz? Masz w sobie ogromną moc, nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy! Upadasz, to jasne, każdy nie raz miewa chwile słabości, ale nie możesz zaprzestać walki, nie możesz. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wiele potrafisz dokonać, tylko uwierz. Uwierz w siebie, w swoje możliwości, po prostu uwierz. Niech Twoja wewnętrzna siła wraz z wiarą i nadzieją będą Twoim niezniszczalnym zaprzęgiem do walki o kolejny szczęśliwy dzień. Nie stać Cię na marnotrawienie choćby jednego dnia. Walcz, wierzę w Ciebie.
Po prostu uwierz. Jeśli wierzysz, osiągniesz wszystko.
*
Szłam właśnie szkolnym korytarzem, mijałam ludzi tych bardziej roześmianych i tych bardziej pogrążonych w jakiejś apatii, pełna paleta nastrojów. Dotarłam do końca korytarza, po czym skręciłam w lewo do sekretariatu szkolnego. Otworzyłam drzwi i uśmiechnęłam się do Pani za biurkiem. Przez przeszklenia mierzące wysokość pomieszczenia, przebijało się intensywne wiosenne słońce, które sprawiało wrażenie jakby wokół znajdowało się milion małych diamencików, które mieniły się złotem.
— Pana dyrektora chwilowo nie ma, konferencja, na której był przedłużyła się, ale powinien niedługo wrócić. Proszę poczekać — oznajmiła, wskazując mi rząd krzesełek ustawionych przy ścianie. Usiadłam na jednym z nich, wyciągnęłam słuchawki, żeby posłuchać w tym czasie muzyki. Kiedy usłyszałam dźwięk otwierania drzwi automatycznie spojrzałam się w ich stronę i momentalnie tego pożałowałam, bo osobą, która właśnie przekroczyła próg sekretariatu był Dustin. Spotkaliśmy się wzrokiem i o dziwo miał neutralny wyraz twarzy, ale szybko zdjęłam z niego wzrok i przeniosłam go na ekran telefonu, nie czekając długo kliknęłam "play". Głośniej, głośniej, i jeszcze raz. Chyba będę musiała wybrać się do laryngologa, jeśli dalej będę praktykować ogłuszanie się muzyką.
*
— Kwestia dziesięciu minut, proszę zaczekać — usłyszałem od sekretarki i zgodnie z jej słowami usiadłem na krzesełkach przy ścianie. Nie była to może najmądrzejsza decyzja, ale wybrałem miejsce obok brunetki i dałbym sobie rękę uciąć, że spojrzała się na ułamek sekundy z ukosa w moją stronę. Chciała by był to niezauważalny gest, ale jej nie wyszło. Spojrzałem w jej stronę, zauważyłem jak policzek jej zadrgał. Czyżby Lydii Williams było głupio za ostatnie zmieszanie mnie z błotem? Ojej!
Och, skończ już, Panie nieomylny.
Przewróciłem oczami. A myślałem już, że mój lokator w głowie o mnie zapomniał.
Coś krucha ta Twoja duma przy tej dziewczynie - kontynuował jakby czytając mi w myślach. Bo przecież wcale nie walczyłem z chęcią odezwania się do niej. Co ze mną nie tak?
— Bo ogłuchniesz — rzuciłem, po czym skrzywiłem się, słysząc jak głośno słuchała muzyki. Nie dostałem odpowiedzi i nawet się nie zdziwiłem. Nie żebym się przejmował. —  O, ile już tego nie zrobiłaś —  dodałem ironicznie.
Dziewczyna zorientowała się dopiero po chwili, że coś do niej mówiłem. Wyjęła z uszu jedną ze słuchawek.
— Hm, mówiłeś coś? — zmierzyła mnie nadal nieco zakłopotanym wzrokiem. Miałem ochotę zapytać się jej czy zawsze tak ją gryzło sumienie.
  O, czyli jednak nie ogłuchłaś —  stwierdziłem, starając się mieć poważną minę, ale uśmiech wkrada się na moją twarz, przez co wygląda to trochę jakbym sobie kpił.
  Nie rozumiem?
  Masz wpisane w hobby ogłuszanie sie muzyką?
  Bingo, geniuszu —  odpowiada równie ironicznie co ja.
Zaśmiałem się i miałem już coś powiedzieć, ale do pomieszczenia wszedł dyrektor. Jednym głosem powiedzieliśmy mu "dzień dobry", dziewczyna wstała z krzesła i pożegnała się ze mną wzrokiem, po czym udała się za dyrektorem, który czekał w drzwiach.
*
Wyszłam z gabinetu dyrektora usatysfakcjonowana, ponieważ dyrektor zaakceptował nasz pomysł na koncert charytatywny dla najmłodszych pacjentów pobliskiego szpitala, który odwiedzam co jakiś czas w ramach wolontariatu. I tak się skupiłam, żeby ominąć wzrokiem Dustina, że aż wypadły mi słuchawki z rąk, cholera. Mentalnie walnęłam się w czoło, nikt nie ma tyle gracji co ja, to pewne. Chłopak zdążył zareagować szybciej niż ja, podniósł się z krzesełka i podniósł słuchawki z podłogi, po czym mi je wręczył. Na szczęście zadzwonił mi telefon, więc nie musiałam nic mówić, czym zapewne skompromitowałabym się jeszcze bardziej. Niewiele myśląc posłałam mu tylko delikatny uśmiech wdzięczności. Wydawało mi się, że chyba nawet go odwzajemnił.
  Tak słucham — odebrałam. W tle usłyszałam głos Mary, płakała. —  Kochanie, czy ty płaczesz? Mów szybko co się dzieje —  wydyszałam zdenerwowana do młodszej siostry po zamknięciu drzwi sekretariatu. Skierowałam się w stronę drzwi wyjściowych, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza.
— Lydia, czy możesz mi powiedzieć, kiedy wreszcie skończą się te nasze rodzinne szopki? —  zapytała z wyrzutem, cały czas szlochając. Jej głos ogarniał żal, smutek i złość na raz.
  A co się stało konkretnie? —  zapytałam, nadal nie wiedząc, o co jej chodzi.
— Zebrało mi się na szczerą rozmowę z ciocią i wujkiem, i teraz najchętniej by wnieśli sprawę do sądu o zabranie mamie praw rodzicielskich skoro i tak nas tak zaniedbuje. Lydia, ja tak nie chce. Chcę świętego spokoju, w końcu! — dziewczyna nie przestawała płakać, była jednocześnie taka bezradna, przejęta i wściekła.
— Spokojnie, Mary. Nie będzie żadnej rozprawy sądowej. Przyjadę dzisiaj po was i porozmawiam z nimi, że nie czujemy takiej potrzeby — starałam się, aby mój głos brzmiał spokojnie, ale w środku telepało mnie z nerwów.
— Obiecaj mi to, obiecaj —  dziewczyna nieco się uspokoiła, ale nadal szlochała.
— Masz moje słowo, siostrzyczko. Widzimy się dzisiaj popołudniu jak tylko wrócę z biblioteki, dobrze?
  Mhmm —  odburknęła. Już nie płakała. —  To do potem  rozłączyła się.
Zastygłam na dłuższą chwilę. Poczułam jak całą mnie ogarnia poczucie bezsensu, a jeszcze przed chwilą było już tak przyjemnie. Ugh, straciłam momentalnie ochotę na uśmiechanie się przez resztę dnia. Chciałam uciec na koniec świata, daleko stąd by się wyciszyć. Weszłam z powrotem do szkoły i skierowałam się prosto do sali muzycznej. Po drodze spotkałam Jasona. Widząc mnie w takim stanie zapytał zaniepokojony:
— Co jest, Lydia? — spytał zmartwiony Jason.
Chłopak od samego początku wzbudził moją sympatię i vice versa, bo przez dobry tydzień zdążyliśmy już się zakolegować. Zazwyczaj nie mówiłam innym zbyt wiele o swoim życiu prywatnym, no z wyjątkiem Irmy i Jenny, ale on budził we mnie zaufanie, więc postanowiłam zrobić wyjątek. Streściłam mu dzisiejszą sytuację, a ten powiedział mi parę optymistycznych słów, żeby mnie pokrzepić i przytulił krótko. Niby podziałało, ale jednak straciłam ochotę na uśmiechanie się przez resztę dnia.
— Dobra, dzięki Jason za wszystko, a teraz uciekam się wyciszyć — rzuciłam, nagle wstając z ławki.
— Na pewno już dobrze? — dopytał.
Pokiwałam głową i uśmiechnęłam się słabo.
Weszłam z powrotem do szkoły i skierowałam się prosto do sali muzycznej. Nie mogłam się uspokoić. Po prostu nie mogłam. W tym momencie emocje zbyt mną targały, bym mogła logicznie myśleć. Weszłam do sali, która na szczęście była wolna. Czując, że do kącików oczu zbierają mi się łzy usiadłam przy fortepianie, zamknęłam oczy i wypuściłam powietrze ze świstem, starając się przez chwilę nie myśleć o niczym. Musiałam wyrzucić wszystkie te negatywne emocje, które aktualnie we mnie tkwiły, żeby uciszyć moje rozproszone wnętrze. Musiałam. Na moment wstrzymałam czas w swoim wyimaginowanym świecie i zatopiłam się w dźwiękach muzyki, w kojącym moje nerwy dźwięku fortepianu. Automatycznie poleciało mi kilka łez na policzki, to nie było nic odmiennego. Ten rodzaj katharsis zawsze wiązał się ze łzami. Oto jak my mięczaki (nie)radzimy sobie z emocjami.
Cicho szlochając przy fortepianie, cóż za kunszt.
Zbudziły się krytyczne głosy w mojej głowie. Ależ proszę, rozsiądźcie się wygodnie. Uwielbiam, gdy przysypujecie mnie gruzem jeszcze bardziej.
Down to my last match fire. I'll touch just to feel. Why is it easier to burn than it is to heal? — śpiewałam cicho z zamkniętymi oczami, przemykając palcami po klawiaturze. Czułam jak stapiam się w jedno z nutami wydobywającymi się z instrumentu, a wraz z tymi łzami oczyszczenia spływało po mnie całe napięcie, złość, smutek. Uderzałam w klawisze coraz mocniej, emocje wypływające ze mnie zawładnęły intensywnością dźwięku. Coraz mocniej, coraz głośniej, by ostatecznie pozbyć się męczących myśli i trosk, które nie opuszczają mnie o krok, chociaż tak strasznie się staram. — I'm tired of being careful, tip toe, trying to keep the water warm. Let me under your skin. Uh-oh there it goes, I said too much it overflowed. Why do I always spill?
Och, smutny ten żywot mięczaka starającego zrobić z siebie za wszelką cenę twardziela, któremu i tak nie wychodzi.
Jakie to śmieszne, że krytyczne głosy zawsze potrafiły znaleźć ujście. Nawet, jeśli znajduję sobie tysiąc innych zajęć, niemal czuję je na dłoni, gdy wyrzucam je z głowy, ale one nadal wypływają na wierzch. Jak to możliwe? Ewentualnie ja jestem za słaba na postawienie im blokad, znowu nawaliłam, ojej, co za niespodzianka. Kpiłam sama z siebie.
Miałabyś taaaka silna, a skończyło się na użalaniu, brawo Ty.
— Wszystko mi jedno — wypowiedziałam na głos, tym samym kończąc grę. Wstałam od instrumentu i zebrałam swoje rzeczy.
Wyszłam z sali i oniemiałam, bo obok drzwi zastałam Dustina.
— Najpierw usiłuje zepsuć sobie słuch, a potem fortepian szkolny, tobie to chyba jednak nudzi się w życiu — nie wiedziałam czy bardziej żartował czy kpił.
— Daruj sobie — powiedziałam po chwili z głosem przesiąkniętym obojętnością. Nie znałam jego intencji, a nie chciałam znowu wyjść na niezrównoważoną wariatkę. — I mi nudzi? Dobre sobie, to nie ja cię śledzę — próbowałam się lekko zaśmiać.
— Nie schlebiaj sobie, Williams — zabijam go wzrokiem. — Czekałem, aż zwolnisz salę — powiedział ironicznie, ale w połowie zdania wkradł się na jego twarz grymas, wtem zorientowałam się, że chyba zauważył moje zaszklone oczy. Cholera, czy ten chłopak musi zawsze dostrzegać to, co staram się ukryć? — Wszystko u ciebie w porządku? — dodał po chwili głosem z nieco mniejszą zawartością obojętności i chłodu. A mnie przez te jego okazanie troski uderzyły zdwojone wyrzuty sumienia, poczułam jak spina mi się każdy mięsień, otaczając całe moje ciało blokadą zastygłam w miejscu, zacisnęłam dłonie tym samym automatycznie, wbijając sobie paznokcie w środek dłoni, skrzywiłam się na zadany sobie nieświadomie ból. Ledwo ukryłam grymas, który zdradziłby jak bardzo mnie to zabolało, bo paznokcie natrafiły się na bliznę silnego zaciśnięcia paznokci w moje urodziny.
Nie odpowiedziałam. Jakoś nie umiałam zebrać w sobie sił, by mu odpowiedzieć.
— Lydia? — ponowił pytanie, gdy nie odpowiedziałam.
Było mu mnie żal? I jednocześnie był... zły, ale czemu? Przecież przed chwilą jeszcze się uśmiechał. Chyba nigdy go nie zrozumiem. Przez chwile jakby zabrało mi mowę. Prawie już przekroczył próg pomieszczenia, kiedy moje struny głosowe wreszcie nawiązały współpracę z resztą mojego ciała.
— Pewnie — skłamałam, zdając sobie sprawę jak niewiarygodnie musiałam brzmieć. Uśmiechnęłam się słabo. — George pytał o ciebie — chcąc jak najszybciej zmienić temat rozmowy, wykradło mi się szybciej niż pomyślałam i natychmiast pożałowałam, miałam ochotę sobie walnąć w łeb.
Na twarzy chłopaka malowało się zdziwienie, po chwili wkradł się jakby mały uśmiech satysfakcji. Tak, to chyba satysfakcja.
— Miło — utrzymał ten uśmiech, ale jego głos nadal nie wyrażał żadnej emocji, był bezbarwny. — Pozdrów go ode mnie — dodał po chwili ciszy.
— Kto by pomyślał, że da się ciebie lubić, musze zapytać brata co to za czarna magia — rzuciłam z przekąsem.
— Najczarniejsza ze wszystkich — powiedział z jakąś enigmą w głosie, ale jednocześnie wykrzywiając kąciku ust w delikatnym uśmiechu.
— To zupełnie jak moja dusza, dlatego tak lubię czarny, ogłuszam się muzyką i niszczę szkolne fortepiany — zatuszowałam żartem częściową prawdę ukrytą w pierwszej części zdania.
— Zawsze wiedziałem, ze jesteś niezrównoważona, Williams — chłopak zaśmiał się pod nosem.
— Niestety tobie i tak nie da się dorównać — udałam smutny wyraz twarzy.
Ponowił śmiech.
— Masz ci los, teraz nie wiem czy cieszyć sie czy płakać. Chociaż jak tak teraz myślę, to jesteś całkiem niezłą konkurentką do tego tytułu — powiedział pogodnie.
Nasz dialog przerwał dzwonek telefonu Dustina.
— Nie przeszkadzam dalej, idę ogłuszać się i niszczyć świat dalej, miłego grania — rzuciłam, uśmiechając się słabo.
— Dzięki, uważaj na siebie. 
*
Prosto po szkole skierowałam się do biblioteki publicznej. Dochodziła godzina siedemnasta, drogi miasta były, więc dość zatłoczone. Gdy przystanęłam na światłach popołudniowe słońce oślepiało mnie, padając wprost na przednią szybę mojego samochodu. Widząc, że zielone światło szybko się nie zapali oparłam głowę o nagłówek i podgłosiłam radio, gdyż leciała akurat jedna z moich ulubionych ballad.
  To shut out being lonely, I get out of my head. Lost everything around me, not dealing with it well — automatycznie zaczęłam śpiewać pod nosem, po czym zamknęłam oczy i lekko bujałam głową w rytm utworu. Czułam, że wydobywające się z radia nuty tworzą wokół mnie swego rodzaju płaszcz ochronny, powoli otaczał mnie wszechobecny spokój, po chwili skupiłam całą swoją uwagę wyłącznie na piosence. To shut out being lonely, I get out of my head. Why would you want to love somebody when... — urwałam, podskakując na fotelu wystraszona odgłosem trzaskających drzwi i trąbienia kierowców stojących w korku za mną. Gdy otworzyłam oczy spostrzegłam, że do mojego auta wsiadł wysoki popielaty blondyn, zlustrował mnie obojętnym i nieco chłodnym spojrzeniem, w odpowiedzi zmierzyłam go złowrogo.
— Jedź! — rozkazał, wskazując na zielone światło. Szybko zreflektowałam się i wrzuciłam bieg by móc ruszyć. Powinnam go wyrzucić z samochodu, ale zbyt oszołomiona po prostu ruszyłam. Wydawało mi się, że słyszę odgłos policyjnej syreny, odwróciłam na krótko głowę do tyłu, by zobaczyć co sie dzieję.
— Nie oglądaj się za siebie, skup się na jeździe. Musimy ich zgubić, jedź! — rozkazał ponownie, a mnie ogarnęło wrażenie, że chyba musiałam przysnąć, a w tym czasie teleportowałam się do jakiejś przedziwnej krainy.
Byłam bardziej niż zdezorientowana. Przyspieszyłam szybko nie chcąc mieć żadnych zatargów z policją. O co tu chodziło? Chłopak wsiada niespodziewanie do mojego samochodu jak do swojego i jeszcze mi rozkazuje. Hola hola! Wybrałeś złą osobę.
— Hamuj się, okej? — wykrzyknęłam mu w twarz, jednocześnie gwałtownie hamując, aby wjechać w jedną z dróg bocznych. Zareagował głośnym śmiechem, zmierzyłam go groźnie, a ten tylko perfidnie gapił mi się w oczy.
— Mówisz do mnie czy do twojego samochodu? — zaśmiał się kpiąco, rzucając w moją stronę przygłupią odzywkę.
— Długo myślałeś nad tym tekstem? Wysiadaj — warknęłam, za dużo kretynizmu na metr kwadratowy jak na tak małą powierzchnię. Co za niedorozwój.
Cisza.
— Wysiadaj — powtórzyłam ciszej. — Głuchy? — dodałam po chwili. Nadal cisza. Myślałam, że coś mnie trafi w tym samochodzie. Dopiero co go poznałam, a już go nieznosiłam. Ciszę przerwało głuche echo policyjnej syreny.
— Kurwa! — zaklął ze złości, uderzając dłonią w kokpit.
Przez moment trwał w zamyśleniu, po upłynięciu paru sekund usłyszałam jak odchrząkuje jakby chciał coś powiedzieć. Westchnęłam głośno, przewracając oczami. Ruszyłam ponownie zanim zdążył cokolwiek z siebie wykrztusić.
Jesteś popierdolona, Williams — usłyszałam surowy osąd gdzieś w podświadomości.
Jechałam przed siebie, nie oglądając się w jego stronę. Zbliżaliśmy się do skrzyżowania, od którego blisko było do obrzeż miasta. Dobrze wiedziałam, że nie mogę wyjechać poza miasto, bo wtedy na pewno nas złapią. Wzięłam głęboki oddech, dodałam gazu i w ostatniej chwili, kiedy należało skręcić silnie zahamowałam i wykręciłam kierownicą samochód w przeciwną stronę. Następnie ponownie dodałam gazu i ruszyłam z piskiem opon do przodu. Policyjny wóz jeszcze zakręcał, miałam parę sekund do przodu. Ponownie przyśpieszyłam, bacznie obserwując w bocznym lusterku gdzie aktualnie znajduje się policja.
— Skręć w lewo! — poinstruował, o dziwo przyjaźniejszym tonem. Zrobiłam jak powiedział, nadal jechałam szybko, w lusterku powoli znikał pojazd policyjny. — Teraz tu — wskazał ręka jedna z bocznych ulic. — Zgubiliśmy ich — oznajmił po kilku minutach, spoglądając w boczne lusterko po jego stronie.
— Oby, bo mam już dosyć wrażeń na dzisiaj — skwitowałam krótko nie łapiąc z nim kontaktu wzrokowego. W tym momencie tępo wpatrywałam się na drogę i budynki przed nami. Wyjęłam telefon z kieszeni spodni i głośno westchnęłam widząc, że straciłam prawie pół godziny czasu. — I biblioteka poszła się.... — nie dokończyłam zdania, by nie przeklinać. Czułam na sobie jego wzrok, jednak nadal wsłuchiwałam się tylko w ciszę panującą w aucie, czekając łaskawie na jakieś wyjaśnienia.
Odchrząknął i jakby czytając mi w myślach zaczął mówić:
— Sprzedawałem dragi na ulicy, gliny to przyuważyły i zaczęły się pluć, a że to nie pierwszy raz chcieli mnie zgarnąć do paki. Nie mam czasu na więzienie ani nic w tym rodzaju, znają mnie tam i tak już nazbyt dobrze, więc sama widzisz, że to było konieczne. W każdym bądź razie przepraszam i dziękuję zarazem — wybełkotał, po czym zamilkł, gapiąc się sie w boczną szybę. A ja, aż skrzywiłam się z wrażenia, że taki ktoś posiada jeszcze w swoim słowniku jakiekolwiek zwroty grzecznościowe.
Odpowiedziałam milczeniem.
— Skoro już zmarnowałam przez ciebie niemalże pół godziny, to mógłbyś się do czegoś przydać – zaczęłam, a chłopak spojrzał na mnie badawczo. — Chciałabym się naćpać fenyloetyloaminy — odparłam po chwili, odwracając  się w jego stronę i opierając głowę o zagłówek.
— Przecież nie ma fenyloetyloaminy w czystej postaci — stwierdził. — Poza tym, nie lepiej iść na siłownię albo coś w tym rodzaju? Endorfiny w naturalnym wydaniu — dodał.
— Nie — odparłam rzeczowo.
—I tak bym ci nie dał narkotyków — powiedział nagle.
— Bo? — zapytałam nieco podirytowana jego nagłym przypływem moralności.
— Bo nie dam ci się uzależnić od tego gówna — odpowiedział nieco ostrzej niż poprzednio, a ja wybuchnęłam śmiechem, to była jakaś tragikomedia.
— Diler narkotyków z przejawami ludzkiej empatii, to dopiero — zaśmiałam się zgryźliwie, ale ten nic już nie odpowiedział.
Westchnęłam głośno. Znów zapanowała między nami cisza.
— Wysiadasz? — zapytałam wreszcie.
— Nie wspominałaś czasem coś o bibliotece? — odpowiedział pytanie.
— Mhm.
— Mogę jechać z tobą? — zapytał.
— Ty czytasz książki? Albo nie, czekaj! Ty po prostu wycinasz w nich otwory i w nich przemycasz prochy – roześmiałam się głośno. — Sprzedaż niezwykle WCIĄGAJĄCYCH książek – napisałam ręką w powietrzu, dalej się śmiejąc.
— Nawet jeżeli wyglądam to nie jestem przykładem wtórnego analfabetyzmu — zripostował. Zastanawiałam sie czy było to bardziej żartem czy na poważnie.
— Och, nie o to mi chodziło — jakby zrobiło mi sie głupio. Przez chwilę miałam wyrzuty sumienia, że jestem taka kąśliwa. Chyba spostrzegł, że poczułam się niezręcznie, bo lekko wykrzywił usta w półuśmiechu i zapytał:
— Nieważne. Jedziemy.
W odpowiedzi pokiwałam głową, po czym odpaliłam samochód. 
Jeszcze przed chwilą ścigała mnie policja, a teraz jechałam do biblioteki z agresywnym handlarzem narkotyków. Wiem, że byłam pełna sprzeczności, ale fakt, iż nie czułam żadnego strachu ani nic w tym rodzaju w pewien sposób zadziwiało mnie samą. A może to po prostu odporność na wszelkie mieszanki emocji wypracowana przez lata?
Drogę do biblioteki pokonaliśmy w niecałe piętnaście minut, zaparkowałam na placu przy bibliotece, po czym wysiedliśmy z samochodu i skierowaliśmy sie do drzwi wejściowych budynku. Nagle blondyn zniknął mi z pola widzenia. Po chwili znów się pojawił, tym razem z mała różą w ręku.
—  Dla pięknej Pani - wręczył kwiatka, obdarowując mnie uśmiechem typowego łobuza. Wywołało to u mnie gromki śmiech. — No co? — zaśmiał się nieco zdezorientowany moją reakcją.
— Ktoś chyba zapomniał wziąć swojej dziennej dawki leków. Strasznie niestabilny jesteś, wiesz? Chyba zaczynam żałować, że cię ze sobą zabrałam — powiedziałam nie do końca na serio.
— Gdybym wiedział, że jesteś taką marudą, to wsiadłbym do innego auta.
— Gdyby tak się stało, podejrzewam, że raczej nie byłbyś już na wolności.
— Sugerujesz coś?
— Nic poza tym, że przyciągam świrów, a czasem nawet im pomagam, nie wiedzieć czemu — odparłam tonem pół żartem, pół serio. Chłopak tylko się zaśmiał i otworzył mi drzwi biblioteki.
Pełne sprzeczności — usłyszałam jakieś głuche echo w mojej głowie.
Wszyscy jesteśmy pełni sprzeczności, po prostu czasem brak nam o tym świadomości — pojawił się kolejny głos w mojej głowie.
*
W bibliotece przesiedzieliśmy niecała godzinę. Wbrew mojemu pierwszemu wrażeniu chłopak okazał się sympatyczny na swój sposób, nie był może grzecznym chłopcem, ale dobrych cech w pewnych kwestiach zdecydowanie mu nie brakowało. Gdy opuszczaliśmy bibliotekę na dworze słońce powoli kierowało się ku zachodowi, a temperatura powietrza minimalnie się obniżyła.
— Tak w ogóle to mam na imię Dave. Z tego wszystkiego nie przedstawiłem się tobie — wykrzywił kąciki ust w półuśmiechu.
— A ja jestem Lydia, bądź Rita, to moje drugie imię. Mów jak wolisz, mi bez różnicy — zawtórowałam uśmiech za nim. Pokiwał głową. — Odwieść cię gdzieś? — zaproponowałam.
— Jeśli możesz — odpowiedział, po czym podał numer ulicy.
— Następnym razem ja cię odwiozę.
— Trzymam za słowo — ponownie się uśmiechnęłam, po czym odpaliłam silnik.— Nie palimy w aucie — powiedziałam pół żartem, pół serio widząc, że odpala papierosa, po czym zabrałam mu go z ust i sama wzięłam bucha.
— A ty to niby możesz — powiedział głośno się śmiejąc.
— Kierowca może wszystko — powiedziałam, a dopiero po chwili uświadomiłam sobie, iż było to nieco prowokujące.
Ludzie lubią tracić kontrolę nad swoim umysłem, oddawać się wewnętrznemu instynktowi. Nie martw się — odezwał się ponownie buntowniczy głos w mojej głowie.
— Lubisz kusić, co? — udał poważny ton.
— Kusić? — zapytałam wypuszczając dym z ust, po czym się zaśmiałam.
— Właśnie tak — puścił mi oczko, na co zaśmiałam się gromko, w wyniku tego zakrztusiłam się dymem papierosa. Wykorzystując okazję zabrał mi fajkę z ręki i sam się nią zaciągnął, nadal nie niknął mu uśmiech z twarzy.
— Karma, złotko — skwitował.
Pokręciłam głową i wrzuciłam bieg, by ruszyć z parkingu. Cały czas chichotałam pod nosem.
Wierzysz w to co widzisz, prawda?
*
Udało mi się jakoś dotrwać do końca lekcji. Po szkole zgodnie z obietnicą złożoną Mary, pojechałam porozmawiać z wujostwem. Mieliśmy odbyć tą rozmowę już tydzień temu, ale wyjechali i nie było ku temu okazji. Spodziewałam się ciężkiej konwersacji, jednak wszystko choć raz ułożyło się po mojej myśli, bowiem ciocia i wujek nie należeli oni do problematycznych ludzi i dało się z nimi dogadać, a w sumie to zawrzeć kompromis. Powiedzieli, że skoro tak to zaczną baczniej przyglądać się naszej matce, a w razie co, najbardziej łagodną drogą sądową, ustalą mnie opiekunem prawnym George'a i Mary. Pokiwałam tylko głową na to, nie miałam już siły wdawać się w jakąkolwiek dyskusję, gdyż zjadały mnie nerwy na skutek tego, kiedy widziałam jak moje młodsze rodzeństwo to odreagowuje.
Gdy przekroczyłam próg domu dochodziła już dwudziesta pierwsza. Od razu skierowałam się do swojego pokoju. Sięgnęłam z szafy dres i udałam się do łazienki. Wzięłam niedługą kąpiel. Po powrocie z łazienki położyłam się do łóżka i wyciągnęłam rękę po książkę leżącą na szafce nocnej. Przeczytałam parę stron losów Jane Benett, po czym wykończona dzisiejszym dniem zasnęłam.
*
Popijając jeszcze parującą kawę, przeglądałam lokalną gazetę. Dzisiejszego dnia miała się odbyć tak bardzo przez wszystkich wyczekiwana wycieczka szkolna z okazji pierwszego dnia wiosny. Wiązałam z tym wyjazdem głównie pozytywne myśli, tliła się jednak gdzieś tam w głębi mnie jakaś niepewność, wątpliwość. Szkolne wyjazdy bowiem były albo stuprocentowo udane albo okazywały się totalną klapą. Zdecydowanie pragnęłam by miejsce miała ta pierwsza opcja. Nastawiałam się na miło spędzony dzień, nie chciałam by ktoś niemądry i chyba zbyt znudzony własnym życiem, by uprzykrzać innym osobom życie, zepsuł mi wyjazd, na który czekałam z tak wielką niecierpliwością.
Wbrew pozorom nie jestem aspołeczna.
Gdy na zegarze kuchennym pojawiła się 8:00 leniwie spakowałam torbę, pożegnałam się z rodzeństwem i zakluczyłam drzwi. Wsiadłam do auta i głośno włączyłam ulubioną składankę piosenek, która zawsze miała za zadanie wprawić mnie w pogodny nastroić. Pierwsze na mojej playliście było "Can't Fight The Moonlight" LeAnn Rimes, po chwili śpiewałam już razem z wokalistką. Po upłynięciu jakichś dziesięciu minut byłam już pod szkołą. Założyłam okulary przeciwsłoneczne na włosy i skierowałam się w stronę drzwi wejściowych, przed którymi miało być miejsce zbiórki. Na miejscu stały już dziewczyny, nasi wspólni znajomi, szkolna elita, ale i ku mojemu zdziwieniu sam Dustin. Gdy tylko go dostrzegłam przeszedł mnie gorący dreszcz. Spojrzał na mnie krótko obojętnym wzrokiem, ponownie wróciły do mnie wszystkie wyrzuty sumienia, wzięłam jednak po chwili głęboki oddech i przysięgłam sobie w myślach, że nie pozwolę się dzisiaj zdołować żadnym myślom, a tym bardziej osobom. Nie jestem przecież winna całemu złu na świecie. Basta.
*
Pierwsze na drodze była wizyta w Galerii Sztuki. Lubię sztukę, ale tym razem miałam większą ochotę na wyłączenie się i zatopienie się w dźwiękach ulubionych wykonawców aniżeli na zwiedzanie. Po około dwóch godzinach skierowaliśmy się do autokaru, wszyscy w autobusie z powrotem siadali na swoje miejsca. Siadając na fotel, nagle odłączyły mi się słuchawki od telefonu w wyniku czego w autobusie na moment rozbrzmiało "Love me" Justina Bieber’a, Irma żartobliwie zaczęła śpiewać fragment tej piosenkę. W wyniku tego "królowa" Kate zabrała głos: 
Boże, Lydia. Cóż za gust, można było się tego po tobie spodziewać — zapytała chichocząc. Zignorowałam jej głupią odzywkę. Irma spojrzała na mnie znacząco. 
— Irma, możesz jej zakleić buzię, proszę? — odparłam zirytowana do przyjaciółki.
— Jak masz kochanie coś do powodzenia to mów głośno, a nie burczysz pod nosem — zwróciła się do mnie kpiącym tonem. Zmierzyłam ją wzrokiem.
— Nie mówię do byle kogo — powiedziałam nie wiele myśląc. Udała, że się śmieje.
— A ja nie słucham byle gówna — zripostowała.
— Faktycznie, dużo tracę słuchając tego pozbawionego melodii i rytmu techno — odgryzłam się. — Dwa do zera, koleżanko — powiedziałam nieco głośniej niż miałam to w planach. Cześć osób w autobusie zaczęła się śmiać. — Ups... — dodałam, po czym wróciłam do słuchania muzyki.
To co masz teraz może nie być tym ostatecznym, tym prawdziwym, rozejrzyj się… on może być bliżej niż myślisz.
*
Następnym i jednocześnie ostatnim punktem wyjazdu miał być pobyt w kompleksie rozrywkowo - wypoczynkowym nad jeziorem położonym w niedalekich okolicach. Do dyspozycji mieliśmy park wodny, kręgielnię, boisko do gry w tenisa i kilka innych gier zespołowych. Na początku skierowałyśmy się z dziewczynami trochę popływać i poplotkować w jacuzzi, następnie przerzuciłyśmy się na kręgielnie, po upływie dobrej godziny opuściłam je informując, że idę chwilę odpocząć oraz napić się czegoś i trochę poczytać.
Siedziałam w restauracji sącząc kakao. Zesztywniałam, gdy zauważyłam, że Dustin odsuwa krzesło przy moim stoliku i siada na przeciw.
— Widzę, że lubisz się z Kate jak nikt inny — zagaił.
— To moja BFF numer jeden — odpowiedziałam sarkastycznie, na co tylko zaśmiał się cicho.
Amplituda między temperaturą kubka a moich dłoni nagle silnie wzrosła. Zignorowałam to.
Zapanowała miedzy nami cisza, przerwałam ją pytaniem:
— Przysłała cię tu Kate? — klepnęłam niezbyt mądrze. W myślach walnęłam się w czoło.
Przyjrzał mi się badawczo. Trwaliśmy przez moment w ciszy. Przerwała nam kelnerka, która przyszła się zapytać czy Dustin coś zamawia. Też zamówił kakao. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Miałam to traktować jako zwykły zbieg okoliczności, prawda?
— Moja babcia robi najlepsze na świecie, no ale! — przyłożył rękę i udał, że szepcze.
Pokręciłam głową i upiłam łyk.
— Wracając do twojego pytania — zaczął. — Nie, nie przyszedłem tu z rozkazu Kate. Ona mi nie rozkazuje. My się nawet nie kumplujemy, ani nic z tych rzeczy — oznajmił jakby ostrzejszym tonem, a może tylko mi się wydawało? Znów ogarniały mnie niepewności.
— Nie? Z boku wygląda to inaczej.
— Czyżby? - zapytał mnie, a może siebie? — Ale nie moja sprawa, więc.
Spojrzałam mu prosto w oczy. Do tej pory unikałam jego wzroku. Znów zapanowała cisza.
— Długo mieszasz w Nowym Orleanie? — zmienił nagle temat.
— Już trochę czasu minęło. Od rozwo... od 2011 — zreflektowałam się szybko, nie chcąc zdradzać mu szczegółów dotyczących mojej rodziny. Zawsze w ten sposób odpowiadam na to pytanie, ale dla niego to było za dużo. Nie chciałam się z nim dzielić, aż takimi intymnymi sprawami.
— Rozwodu — zaczął, a ja poczułam, że robi mi się gorąco, — twoich rodziców?
Przeklnęłam w duchu. On ma wbudowany jakiś dodatkowy zmysł, że domyślała się każdej rzeczy? Nie ma niczego co by umknęło jego uwadze? Beznamiętnie pokiwałam głową.
— Tak — odwróciłam głowę w bok. Tamten czas nie był dla mnie dobry. Nie chcę go wspominać, nigdy więcej.
— Też przeżyłem rozwód rodziców — powiedział cicho.
— Nie potrzebuję litości — wypaliłam oschle, jakby chłód był moim mechanizmem obronnym przed złymi wspomnieniami, po czym odwróciłam wzrok.
— Och, tu jest nasza królewna! — rzuciła ze sztucznym entuzjazmem. — Duss, wszystko w porządku? Nic ci nie zrobił nasz wyjątkowy płatek śniegu? — zapytała go królowa świty, Kate.
Dustin zmierzył ją chłodno, ale nic nie powiedział.
"Czemu?" Wykrzyknęłam w myślałam i natychmiast podniosłam się z krzesła.
— Kate, zrób przysługę ludzkości i zamilcz chociaż na trochę — zripostowałam i skierowałam się z kierunku wyjścia nie czekając dłużej na reakcję Dustina. Nagle poczułam, że oczy nieco mi się zaszkliły. Co ta dziewucha się tak mnie uczepiła? Ugh.
Minęłam kręgielnię, wyszłam z budynku i usiadłam na schodach wejściowych. Wyjęłam telefon z torby i włączyłam jedną z radosnych piosenek na mojej playliście, by sztucznie wymusić uśmiech na swej twarzy.


Jeśli przeczytałaś/przeczytałeś ten rozdział proszę zostaw po sobie ślad w formie komentarza. Dzięki!
Klaudia x