wtorek, 15 sierpnia 2017

11. Bez maski.



— Rita, ja... — chłopak chciał coś powiedzieć, ale natychmiast mu przerwałam. Poczułam gdzieś w środku, że czas najwyższy by zakończyć erę Lydii mięczaka, któremu zawsze mięknie serce, nawet przy najbardziej nieodpowiednich osobach. Jak to możliwe, że po tym wszystkim co do tej pory miało miejsce w moim życiu nadal się nie nauczyłam? Uh
— Nie Dave, nie chcę tego słyszeć — uniosłam rękę do góry, podnosząc głos. Wzięłam głęboki oddech. — I nie mów do mnie drugim imieniem! — obruszyłam się, słysząc jak wraca do drugiego imienia. Chciałam zwrócić obiad, bo złośliwe myśli przypomniały mi, że zawsze tak wołał na mnie Jack. — To koniec. Koniec, rozumiesz? — chciałam już odwrócić się i odejść, ale brunet ponownie podjął próbę wyjaśnienia wszystkiego. — Do widzenia — powiedziałam pewnie podniesionym tonem i korzystając z okazji, dopóki nie zmięknę jak to zwykłam czynić, odwróciłam się napięcie i odeszłam szybkim krokiem.                                                                                               
Widząc, że w oddali nadjeżdża autobus, przyśpieszyłam kroku i skierowałam się na przystanek. W takie ciepłe dni często wracałam ze szkoły pieszo, ale w wyniku zaistniałej sytuacji chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu. Zdążyłam dojść do przystanku i akurat nadjechał autobus. Wsiadłam do środka i usiadłam na pierwszym lepszym wolnym miejscu. Czekało mnie zaledwie dziesięć minut podróży.
Wysiadłam z autobusu. Od domu dzieliło mnie tylko parę kroków. Wyjęłam z torby klucze, otworzyłam furtkę i skierowałam się do drzwi wejściowych. Przekraczając próg od razu poczułam unoszący się w powietrzu zapach gotującego się obiadu. Pierwsze co pomyślałam to to, że ciocia znowu do nas przyjechała, ale gdy zrobiłam kilka kroków do przodu ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam mamę. Przetarłam oczy, zastanawiałam się czy czasem nie mam jakichś halucynacji spowodowanych nerwami, jednak gdy moja matka mnie dostrzegła od razu rzuciła w moja stronę: — Cześć, Lydia.
— Hej mamo — nadal spoglądałam na nią niepewnie.
— Andrew ma dzisiaj wpaść na obiad - powiedziała, widząc zapewne zdziwienie na mojej twarzy.
— Ach, no tak — odpowiedziałam, krzywiąc się. Wiedziałam od początku, że taki przejaw matczynego zachowania jest u  niej niemożliwy. — Idę do siebie — rzuciłam, kierując się w stronę schodów.
— Jak chcecie, to możecie zjeść z nami — powiedziała, kiedy postawiłam nogę na pierwszym stopniu schodów.
— Obiad z litości? Podziękuję. Zjedz go sobie ze swoim towarzyszem, przecież doskonale wiem, że robisz to tylko z uwagi na niego. Wybacz, ale nie mam dzisiaj ochoty grać przed nim członka szczęśliwej rodzinki — odparowałam kąśliwie.
Weszłam do góry, nie czekając na odpowiedź mamy.
Otworzyłam drzwi swojego pokoju i kiedy już je zatrzasnęłam, pozwoliłam ulecieć łzom na zewnątrz. Zacisnęłam silnie dłoń, po czym ją otwarłam, czując pieczenie wywołane nową raną. Zaczęłam głośno przeklinać wszystko, jakby to miało mi pomóc pozbyć się nadprogramowej ilości wściekłości, irytacji i żalu. Ucichłam na moment, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Chwyciłam za klamkę, uchylając drzwi, a moim oczom ukazał się George. Wtem zacisnęłam dłoń ponownie, by brat nie zauważył krwi.
— Wszystko dobrze? — zapytał zatroskany.
— Nienajlepiej, ale polepszy mi się — mocno wysiłam się na uśmiech, wszystko dla braciszka.
— Jestem tego pewien — podbiegł i mnie przytulił. Jego mądrość mnie urzekała.
— Widziałaś? Mama gotuje obiad, nie pamiętam, kiedy ostatnio gotowała coś w domu.       
— Tak, tak, widziałam. Jakiś kolega mamy przychodzi na obiad. Mówiła, że możemy z nimi zjeść, jeśli chcemy.
  Jesteś pewna, że nie ryzykujemy zatruciem? — braciszek próbował powstrzymać śmiech.
— George! — wybuchnęłam śmiechem, po czym spojrzałam na niego znacząco.
            Malec ukrył twarz w dłoniach, z trudem powstrzymując śmiech. — Pomóc ci w odrobieniu lekcji? — zapytałam, kiedy już przestaliśmy chichotać.
— Mało mieliśmy dzisiaj zadane, więc wszystko już zrobiłem — odpowiedział z pogodnym wyrazem twarzy.
— To świetnie, w takim razie idę przygotować się na jutrzejsze zajęcia, bo potem wychodzę z Irmą na miasto — powiedziałam, a krótko po tym chłopiec opuścił mój pokój.                                                                                                              
Opadłam swobodnie na łóżko. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, żeby zrezygnować z balu skoro zostałam bez partnera, ale w sumie czemu miałam tracić tą przyjemność?
Daj sobie wreszcie cieszyć się życiem, ileż można chować się przed ludźmi?
Z głębin świadomości rozbrzmiał dobrze znany mi głos.
Sięgnęłam do torebki po telefon, aby zadzwonić do Irmy, że się spóźnię. Niechętnie pogodziłam się z myślą obecności na „rodzinnym” obiedzie, tylko ze względu na rodzeństwo.
Złapałam za pilot od wieży, leżący na szafce nocnej i włączyłam muzykę. Rozbrzmiała dość głośno w pokoju, a ja leżałam i nie myślałam o niczym.
                                                                       *
Wstałam z łóżka, przeczesałam włosy i poprawiłam makijaż. Schodziłam właśnie po schodach na dół, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Skierowałam się, więc w ich kierunku, ale mama mnie uprzedziła.
            — Ja otworzę — rzuciła mi jakąś pochodną uśmiechu.
            Poszłam do kuchni i nalałam sobie soku. Skontrolowałam godzinę na telefonie, miałam jeszcze niecałe 40 minut. Za plecami usłyszałam jakiś męski głos, a potem cichy chichot mamy.
            — Lydio, poznaj Andrew — odwróciłam się w ich stronę. Moim oczom ukazał się szatyn w średnim wieku, ubrany był w granatową koszulę i czarne, materiałowe spodnie. Miał całkiem pogodny wyraz twarzy.
            — Miło mi poznać — uścisnął moją dłoń.
            — Mi również – wysiliłam się na uśmiech.
            — Zawołasz rodzeństwo, aby zeszli na dół? — zapytała mama.
            — Mary jest jeszcze na zajęciach w szkole muzycznej — odparłam.
            — Ach tak, zapomniałam — powiedziała beznamiętnie. Typowa mama. Wspominałam już, że takie zachowanie to nic nowego?                                                            Nagle usłyszałam dźwięk przekręcania klucza w drzwiach. W progu pojawiła się moja młodsza siostra.
            — Dobrze, że jesteś — mama zwróciła się do mojej siostry. Oho, ktoś już zdążył dobrze wejść w rolę troskliwej matki, zakpiłam.
            Mary rzuciła mi pytanie, mając przy tym bardzo zdezorientowany wyraz twarzy: — Podmienili nam matkę czy coś? — brunetka nabrała zdezorientowanego wyrazu twarzy.
            Zaśmiałam się z komizmu sytuacji.
            — Nie pytaj. Chyba chce zrobić dobre wrażenie na swoim nowym koledze — zaakcentowałam ostatnie słowo, po czym przewróciłam oczami.
            — A ja myślałam, ze już nic jej nie ruszy. A tu niespodzianka — powiedziała z nutą kpiny w głosie, zdejmując buty.
            — Pójdę po Georga, a ty siadaj do stołu — poleciłam. Pokiwała głową w akcie odpowiedzi.
            Siedząc przy stole usilnie starałam się zachować pozory, że wszystko jest w porządku, chociaż wszystko we mnie buzowało. Miałam ochotę sobie coś zrobić, ale paradoksalnie miałam w sobie zbyt wielką chęć by żyć. Nienawidziłam się za tą dziecięcą naiwność co do tego, że kiedyś mogłoby być lepiej, co do tego, że kiedyś mogłabym wreszcie odnaleźć siebie.
                                                                       *
— Wybacz spóźnienie, wypadł mi rodzinny obiad — wytłumaczyłam się Irmie.
— Czekaj, co takiego? Powiedziałaś rodzinny obiad? — jej wyraz twarzy przypominał minę Mary, kiedy weszła do domu.
— Nie pytaj, zostałam tylko ze względu na George’a i Mary — machnęłam ręką. — Mama chyba sobie kogoś znalazła i chciała zrobić na nim dobre wrażenie. Dziwne, zawsze zabiera wszystkich do jakichś drogich restauracji, a tu nagle rodzinny obiad w domu. Nie wnikam – oznajmiłam.
— Tak, masz rację — przyjaciółka mi przytaknęła, na jej twarzy nadal malowała się mieszanka zdezorientowania i zdziwienia.
                                                                    *
Po przekroczeniu progu centrum handlowego, weszłyśmy najpierw do Zary i zaczęłyśmy krążyć między wieszakami. Przeglądałyśmy po kolei asortyment sklepu. Wieszaki między innymi pełne były pastelowych sukienek, wymyślnych fasonów dżinsowych spodni i eleganckich topów skrojonych z tkanin o żywych barwach.
— Odnoszę wrażenie, że chcesz mi coś jeszcze powiedzieć — stwierdziła po dłuższej chwili.
— Dave zna Jacka — rzuciłam bez owijania w bawełnę. Przyjaciółka zatrzymała się w pół kroku.
— Tego Jacka? Ale jak to? — na jej twarzy malowało się zdezorientowanie jeszcze większe niż wcześniej.
— Pamiętasz jak ci wspominałam o tym w jaki dziwaczny sposób poznałam Dave'a? I, że miał zatargi z policją i tak dalej z powodu maczania palców w handlu narkotykami?
— Mhm — Irma kiwnęła głową.
— Razem z Jack’iem byli w jednej szajce — przewróciłam oczami. — A ten kretyn chciał wysłużyć się osobą Dave'a do zemsty na mnie. Cytuję Dave'a: "Chciał żebyś była na dnie". Żyję wśród wariatów, no nie? — zaśmiałam się gorzko.
Irma zrobiła zatroskana minę.
— Teraz mi głupio, że byłam na tyle łatwowierna, żeby uważać Dave'a za takiego porządnego gościa.
— A przestań. Nie tylko ty — położyła rękę na moim ramieniu.
— Nieważne, nie zamierzam płakać nad rozlanym mlekiem — powiedziałam, siląc się na pewnie brzmiący głos, z drugiej strony uciszając szepty mojej podświadomości, która wiedziała, że będę musiała się nieźle natrudzić, by nauczyć się nie pękać tak łatwo.
— Czyli jak zgaduje dzisiejsze spotkanie z Dave'em było zerwaniem kontaktu, a nie spróbowaniem od początku? Cóż za przewrotność - stwierdziła, przewracając oczami. — Ale z drugiej strony cieszę się, że tak na to reagujesz — przybiła ze mną piątkę.
Po tych słowach ponownie ruszyłyśmy na przegląd sklepów w poszukiwaniu odpowiednich sukienek na bal maskowy. Niezbyt szybkim krokiem przechadzałyśmy się alejkami centrum handlowego, bacznie lustrując wystawy sklepowe, pełne wymyślnych kreacji. Niektóre z nich wręcz kipiały kolorem, inne z kolei ograniczały się do podstawowych kolorów z niewielką domieszką niebieskiego bądź czerwonego. W pewnym momencie moim oczom ukazała się niezbyt duża wystawa jednego z butików. Sukienki okalające manekiny wręcz mieniły się naprzemian złotem lub srebrem, tworząc idealny duet z czarnym i białym jedwabiem czy aksamitem. Natychmiast przekroczyłyśmy próg sklepu. Przyglądałyśmy się każdej sukience kolejno, próbując znaleźć kandydatkę idealną. Nie mogłam jednak zbyt długo skupić się na zakupach, bo znowu przerwał mi głos w mojej głowie.
I co zrobisz, zamkniesz się w sobie jeszcze bardziej, gdy ktoś cię zrani?
Próbowałam go ignorować, ale z uwagi na to, że to co mówił było prawdą, wiele trudu przynosiło mi zbywanie go.
— Raz, dwa, trzy... — odliczałam pod nosem podczas przeglądania sukienek, ale niewiele to dawało. Głos w mojej głowie zdawał się coraz bardziej krzyczeć, teraz niemalże już się darł.
Żeby uleczyć dawne rany, trzeba najpierw otworzyć się na świat. Nie uleczysz ich wlewaniem w nie goryczy i ignorancji.
— Przestań natychmiast! — krzyknęłam podirytowana do mojej podświadomości i dopiero po chwili zorientowałam jak bardzo debilnie się zachowałam, krzycząc tak naprawdę do wieszaka z sukienkami. Obejrzałam się za siebie, Irma patrzyła na mnie zdezorientowana, a ekspedientka lustrowała mnie jakby uważała mnie za największą wariatkę jaka chodzi po Ziemi.
Uśmiechnęłam się słabo.
— Ćwiczę do przedstawienia szkolnego — odpowiedziałam głupio, po czym w ekspresowym tempie skierowałam się w stronę wyjścia, nie zważając na to czy przyjaciółka idzie za mną. Zrobiłam kilkanaście kroków i usiadłam na jednej z ławek w holu galerii.
— Lydia, co jest? — zapytała zdezorientowana, kiedy dobiegła do mnie po chwili.
— Ja... — zaczęłam, nie wiedzieć jak wytłumaczyć jej moje problemy w głowie — chyba po prostu za mało dzisiaj spałam. Dokończysz zakupy beze mnie?
Przyjaciółka pokiwała głową.
— Miałaś dzisiaj ciężki dzień. Wróć do domu i prześpij się, dobrze ci to zrobi. A ja jeszcze zajrzę do paru sklepów. Jak tylko zauważę jakąś ciekawą kieckę, to podeślę ci zdjęcie — uściskała mnie, spojrzałam na nią z wdzięcznością.
— Gdyby to tylko o ciężki dzień chodziło — pomyślałam. — Ugh, wypad mięczaku z mojej głowy, dam sobie radę — powiedziałam do siebie, powtarzając to jeszcze parę razy w drodze do domu i starając się zapomnieć jak wielką debilkę zrobiłam z siebie w galerii.
*
Czy nie mógłby pan mnie poinformować, którędy powinnam pójść? mówiła dalej.
To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść odparł Kot-Dziwak.
Właściwie wszystko mi jedno.
W takim razie również wszystko jedno, którędy pójdziesz.
Chciałabym tylko dostać się dokądś dodała Alicja w formie wyjaśnienia.
Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo.”
Leżąc na łóżku, słuchałam muzyki i gapiłam się na niebo za szybą. Średniej wielkości szara chmura pożerała właśnie większą biała i kłębiastą. Myślałam o wszystkim i o niczym. O błahych rzeczach i tych bardziej poważnych. Zatopiona w świat własnych myśli nieświadomie izolowałam się od otoczenia. W sumie nie sprzyjał mi dzisiejszego dnia nastrój, (ani wczorajszego dnia, cóż, w sumie to podczas całego tego tygodnia), więc moja izolacja była błogosławieństwem dla otoczenia prawdę mówiąc. Próbowałam dokonać jakiejś zmiany, ale fakty były takie, że toksyczne myśli nie potrafiły dać mi spokoju i zrobić sobie choć tygodnia wolnego od zatruwania mi życia. No trudno, jakoś to będę musiała przeżyć. Wzięłam głęboki oddech i podniosłam się z łóżka. Widząc, że za oknem zaczął zbierać się wiatr, przebrałam szorty na długie spodnie dresowe, niezgrabnie przeczesałam włosy, sięgnęłam do szafy po bluzę i wyszłam pobiegać, aby odświeżyć umysł. Gdy moje stopy spotkały się z płytą chodnika, włożyłam do uszu słuchawki i już za chwilę moja ulubiona muzyka niemalże mnie ogłuszała, sprawiając, że prawie już nie słyszałam wszystkich tych toksycznych myśli. W tej chwili byłam jak w jakiegoś rodzaju transie. Wyłączałam umysł, tylko moje ciało pozostawało w kontakcie z tym światem. Jestem, ale jakby mnie nie było. Pogłośniłam muzykę jeszcze bardziej, jednocześnie przyśpieszając bieg. Trwało to wszystko jeszcze jakieś kilkanaście minut. Przerwał mi sms od Jasona. W treści wiadomości oznajmił, że rozmawiał z Irmą o wczoraj, i że martwi się o mnie. Pytał też czy nie chciałabym porozmawiać. Jeśli nie chcę mógł to być też zwykły wypad na miasto, albo maraton głupawych komedii na poprawę humoru. Przez nagły przypływ chęci pobycia z kimś, odpisałam twierdząco. Zawróciłam, stwierdzając, że na dzisiaj wystarczy mi już biegania i skierowałam się w stronę domu.
*
  Przyszłaś — Jason przywitał mnie w drzwiach promiennym uśmiechem.
— To jakie komedie przygotowałeś na dzisiejszą noc? — uśmiechnęłam się do przyjaciela, przekraczając próg jego domu.
Podążyłam za nim do kuchni, gdzie chłopak wstawił popcorn do mikrofali i wyjął szklanki do coli. Głośno westchnęłam nieco zmęczona wydarzeniami ostatniego dnia. Oparłam głowę o rękę i tępo wgapiałam się w blat. Widziałam kątem oka, że chłopak mnie lustrował.
— Jeżeli nie czujesz się na tyle, żeby o tym mówić to zrozumiem. Jeśli jednak miałabyś jakiś problem i chciała pogadać, możesz na mnie liczyć jak coś —  powiedział w końcu.
  Dziękuję Jason, serio — wykrzywiłam usta w uśmiechu.
— Nie ma za co, będę się cieszył, jeśli będę mógł w jakiś sposób pomóc.
Nic na to nie odpowiedziałam, jedynie uśmiechnęłam się słabo.
— To co dzisiaj oglądamy? Mam dość swojego nędznego życia i zagłuszania toksycznych myśli zbyt głośną muzyką, niech tym razem będzie to jakaś banalna, ale zabawna komedia — przerwałam ciszę ironiczną wypowiedzią.
— Przygotowałem parę propozycji, możesz wybrać — odparł, kiedy kierowaliśmy się w stronę jego pokoju. — A tak w ogóle — chłopak ciągnął — co z balem, szukasz zastępstwa na miejsce tego palanta, ekhm... przepraszam, Dave'a? — chłopak zapytał, mając zniesmaczony wyraz twarzy, gdy powiadał jego imię.
— Może powinnam, ale jakoś nie mam na to ochoty - odpowiedziałam.
— Powiedz słowo, a pójdę z Tobą zamiast z Kaitlyn — uśmiechnął się zawadiacko. Wywołał tym samym mój śmiech.
— O nie, nie. Wolę już sobie — zrobiłam cudzysłowie w powietrzu — nie grabić u niej.
— Mówię serio jak coś.
— Głupi jesteś — nadal się śmiałam, uderzyłam go otwartą dłonią w ramię. — Zabierajmy się lepiej już za te oglądanie, bo znowu przegadamy... — przerwałam w pół zdania, bo przyjaciel wtrącił:
— Wiedziałem, że o czymś zapomniałem! — wydał z siebie nagle okrzyk, po czym podskoczył z sofy jak oparzony i skierował do biurka, podnosząc stosik kartek, które okazały się wywołanymi fotografiami. — Jeszcze pachną — zażartował chłopak, po czym podał mi je. Objęłam je spojrzeniem, zauważając, że to zdjęcia z obozu na którym byliśmy niedawno całym rocznikiem. Kartkowałam zdjęcia powoli, pozwalając wspomnieniom ponownie napłynąć do mojego umysłu. Słyszałam jak przez mgłę to co mówi do mnie Jason, dając zgodę na to by myśli zabrały mnie z powrotem na obóz.
 
*
 
Williams, otwórz te drzwi! obudziło mnie dobijanie się do drzwi wejściowych naszego domku. Otworzyłam leniwie oczy, wstałam pośpiesznie z łóżka, zakładając na piżamę bluzę i starając się nie stracić po drodze równowagi, podeszłam do drzwi. Odkluczyłam je, a moim oczom ukazała się Kate. Zdecydowanie ta persona, której nie  chciałam zobaczyć dzisiejszego poranka. Zmierzyła mnie krzywo, a ja w tym samym momencie zorientowałam się jak strasznie muszę wyglądać po wczorajszym wieczorze.
Widzę, że u Was na wsi modne jest chodzenie spać z rozmazanym tuszem do rzęs zakpiła.
Mieszkam w tym samym mieście co ty, inteligentko odgryzłam jej.
Mniejsza, stan umysłu się liczy teraz to ja ją zmierzyłam. Te bezmózgie dziewczę doprawdy nie wiedziało co robiło, lepiej, żeby dała mi spokój, bo czułam, że zaraz nie ręczę za siebie.
To co takiego pilnego się stało, że z samego rana budzisz mnie dobijaniem się do moich drzwi? Złamałaś ostatnią parę szpilek, a może skończył ci się eyeliner? wykrzywiłam usta w uśmiechu, po czym zostałam zmierzona po raz drugi, posłała mi też sarkastyczny uśmieszek.
Matt złamał nogę, konieczna jest wizyta w szpitalu, miejscowa pielęgniarka niewiele zaradzi.
No i co w związku z tym? Ty jesteś w samorządzie uczniowskim, nie ja.
Ale ja nie mam prawa jazdy przewróciła oczami.
Westchnęłam głośno.
I co, mam uwierzyć, że nikt z naszego rocznika oprócz mnie nie ma prawa jazdy? zaśmiałam się.
Owszem, mają. Ale cytując Pana Castle: ma pojechać ktoś odpowiedzialny.
Czyli tym bardziej byś się nie kwalifikowała zakpiłam z niej.
Lepiej być nieodpowiedzialną, aniżeli taką nudziarą jak ty.
Lepiej być nudziarą z mózgiem, aniżeli plastikowym bezmózgiem.
Dziewczyny! - usłyszałam głos Pana Castle. Co jest? Obóz miał polegać na integracji, a nie wzajemnym krzywdzeniu się słowem wypuścił powietrze ze świstem. Lydia, to ważna i nie cierpiąca zwłoki sprawa, mogę na ciebie liczyć? Tutaj nic na to nie poradzimy.
Um, dobrze, proszę Pana. Ale mam jechać całkiem sama?
Nie. Pojedzie z tobą jakiś chłopak.
Tylko nie Dustin, tylko nie Dustin powtarzałam w myślach.
Co prawda wczoraj pozytywnie mnie zaskoczył, ale nadal go nie lubiłam. No i dodatkowo było mi jeszcze głupio po wczorajszym. Ciągle natrafiał mnie w niezręcznych sytuacjach, to było doprawdy frustrujące. Miałam dość tego, że ludzie uważali mnie za wariatkę. Dustin nie musiał dołączać do tego grona.
Zawsze zapomnę jego nazwiska, um, a tak Gray, Dustin Gray pojedzie z Tobą. Zaoferował się od razu, jak tylko zobaczył w jakim stanie jest Matt.
Wywróciłam oczami.
Skoro Panu obiecałam zrobiłam kwaśną minę. Mogę prosić o dwadzieścia minut? Muszę się ogarnąć.
Nauczyciel pokiwał głową, powiedział gdzie mam przyjść i zostawił nas same.
Żebyś sobie nie myślała, że Dustin polubi cię przez ten wyjazd, czy co gorsza coś miedzy Wami się wydarzy zaśmiała się, nabierając pewnego siebie wyrazu twarzy.
Spokojna głowa, wcale tego nie chcę. W końcu nie nazywam się Kate Nixon uśmiechnęłam się ironicznie. Dziewczyna zaniemówiła. Nie mówiąc już nic więcej, odwzajemniła ironiczny uśmieszek i odwróciła się napięcie.
Zamknęłam drzwi, udałam się do łazienki, wzięłam szybki prysznic, umalowałam, ubrałam i po upływie czasu pojawiłam się na miejscu zbiórki. Kiedy Dustin mnie zobaczył, zmierzył mnie obojętnie, zignorowałam to. Przecież nie zamierzałam zabiegać o jego sympatię, a to, że wczoraj się za mną wstawił czy przyszedł do mnie, gdy na chwilę straciłam panowanie nad drugą twarzą... nic nie znaczyło przecież.
Pomogliśmy zająć Matt'owi miejsce na tylnej kanapie, ja z kolei zajęłam miejsce pasażera. Ruszyliśmy w stronę szpitala, który znajdował się w mieście oddalonym o trzydzieści kilometrów od naszego obozu.
Na początku w samochodzie panowała niezręczna cisza, ale po chwili Matt podjął próbę zagadywania nas. Odpowiadałam mu zdawkowo, przez większość czasu ignorując obecność Dustina i Matt'a, w zamian wgapiając się tępo w widoki za oknem i dając się pochłonąć własnym myślom. Nim się zorientowałam byliśmy na miejscu. Pomogliśmy koledze doczołgać się do rejestracji, gdzie od razu zajął się nim personel, a my zajęliśmy miejsca na szpitalnej poczekalni. Męczyła mnie panująca między nami cisza, więc wyjęłam z torebki słuchawki i podłączyłam je do telefonu. Miałam już klikać "play", kiedy usłyszałam, że Dustin coś do mnie mówi.
Hm? Mówiłeś coś? mruknęłam, wyjmując jedną słuchawkę z ucha.
Nadal nic lepiej u ciebie? wybałuszyłam oczy. Serio go obchodzi co u mnie?
W sensie? zadałam pytanie, bo byłam nieco zdezorientowana tym jego przejawem troski.
Jesteś dzisiaj taka nieobecna, zupełnie jakbyś była własnym cieniem zauważył.
Posłałam mu półuśmiech.
Taka już jestem, nie przyzwyczaiłeś się jeszcze? wydałam z siebie jakąś pochodną śmiechu.
Wydaje mi się jednak, że prawda jest inna powiedział spokojnie, lustrując mnie.
Kiedyś owszem skitowałam krótko, siląc się na uśmiech.
Chłopak chciał coś dodać, ale w tym samym momencie podszedł do nas lekarz, przedstawił się i oznajmił, że z naszym kolegą wszystko w porządku, ale noga okazała się być pęknięta w dwóch miejscach i najlepiej, żeby został dzisiaj na oddziale. Popatrzyliśmy na siebie z blondynem i zgodnie pokiwaliśmy głowami. Weszliśmy jeszcze na chwilę zobaczyć się z chłopakiem, a potem opuściliśmy szpital.
Zajęliśmy miejsca w samochodzie i ruszyliśmy przed siebie. Dustin włączył jakąś muzykę, a ja zbierałam się, żeby rozpocząć jakiś sensowny temat rozmowy, co by nie wychodzić na aspołeczną. Mijaliśmy niezbyt zabudowane tereny, ale za to z ładną zielenią, którą można było nacieszyć oko. Otworzyłam nieco okno i pozwoliłam przednim pasmom włosów kołysać się w rytm podmuchów wiatru.
A ty, gdzie twój uśmiech, pogoda ducha? wypaliłam bez większego zastanawiania się.
Chłopak natychmiast spojrzał w moją stronę, patrząc na mnie przez dłuższą chwilę.
Liczę, że znajduje się w magicznej krainie zwanej jutro roześmiał się. Cóż, kontynuował może nie będzie to jutro, które przypada następnego dnia, ale te, które wydarzyć się ma dopiero za kilka tygodni, a może i lat? Kto wie. Liczę, że kiedyś wreszcie się doczekam nieco spoważniał.
Ciekawa teoria uśmiechnęłam się szczerze.
A ty, co z tobą? Zamierzasz jakoś odtworzyć te dni, kiedy stać było cię na kilkanaście uśmiechów dziennie?
Skąd wiesz, że było ich kilkanaście, a nie na przykład kilkadziesiąt? zaśmiałam się.
Chłopak zawtórował za mną.
A tak na serio, to skończyły mi się herbatki od Szalonego Kapelusznika i stąd ten brak uśmiechu. Muszę niedługo wybrać się do Krainy Czarów, bo nie byłam już tam parę ładnych lat.
"Ja... ja naprawdę w tej chwili nie bardzo wiem, kim jestem, proszę pana. Mogłabym powiedzieć, kim byłam dziś rano, ale od tego czasu musiałam się już zmienić wiele razy."
W takim razie będziesz potrzebowała kogoś, kto będzie cię ochraniać przed strażnikami Królowej Kier zauważył.
A po co by Królowej zwykła śmiertelniczka?
Ale ty nie jesteś zwykłą śmiertelniczką... Alicjo.
Skąd wiedziałeś?
Skąd wiedziałem? To widać.
Ach, czyli bardziej zagubiona ze mnie dziewczynka niż myślałam?
Alicja to coś więcej niż zagubienie. To poszukiwanie własnej tożsamości, walka z przeciwnościami losu oraz własnymi słabościami. A w twoim wypadku dochodzi jeszcze ukrywanie wszystkich swoich słabości pod maską i obawa... zrobił nagle przerwę.
Spojrzałam się na niego pytająco, ale z moich ust nie padło żadne pytanie. Nagle zapragnęłam, by nic juz nie mówił. By skończył bawić się w psychoanalityka, nie bawiła mnie ta jego zabawa. Nie bawiły mnie te zmiany nastrojów. Mogłam się założyć, że nie minie kilka minut jak jakaś iskierka rozpali w nim agresję i fuknie jak mała, obrażona dziewczynka, że znowu coś jest nie tak. Nie lubiłam tego w nim. Normalni ludzie się tak nie zachowują. Rozumiem pewne zmiany humorów, przecież nie można być wiecznie radosnym, bądź wiecznie złym, ale on zdawał się zachowywać tak jakby jakiś przełącznik mu się przepalił i teraz non-ston owy przełącznik wariował na skutek jakiejś wewnętrznej awarii, sprawiając, że on sam zachowuje się jak jakiś wariat.
Przed samotnością wydukał wreszcie.
Spojrzałam na niego spode łba.
"Zabierzcie go ode mnie." Wydałam z siebie niemy jęk.
A najbardziej boli ciebie samotność w tłumie ludzi kontynuował monolog. Zastanawiałam się czy nadal mówi o mnie, czy aby czasem to nie pretekst do wyrzucenia z siebie to co niewygodne i to co boli. - Prawda jest taka, że cały czas boisz się tego pierdolonego poczucia samotności w tłumie ludzi. Co zabawne, czasem nawet wśród tych najbardziej ci bliskich. Potrzebujesz ludzi, by normalnie funkcjonować i to jest twoje przekleństwo. Bez nich, bez odpowiednich ludzi nigdy nie pozbędziesz się tego pierdolonego uczucia pustki i bezsensu jakim w środku ciągle siebie katujesz. Dławisz się tym, niedługo utopisz się w tym kompletnie, nie będzie już co ratować, ale okej, noś sobie dalej te twoje pieprzone maski – zakończył nagłym atakiem w moją stronę. Chciałam mu już powiedzieć, że jeżeli to ma być troska, to wyraża ją w doprawdy dziwny sposób.
A ty co nagle taki filantrop, świat chcesz zbawiać? Zacznij od siebie rzuciłam, nie wytrzymując z podirytowania. A nie mówiłam?
Blondyn gapił się na mnie przez chwilę. Niedługo pobijemy rekord Guinnessa w niemym gapieniu się na siebie.
Typowa, Williams. Jak zwykle odpycha od siebie ludzi. Cóż za paradoks, kiedy pomyśli się, że to właśnie w samotności funkcjonowanie idzie ci najgorzej.
Możesz się ode mnie odczepić? Prosiłam o pomoc? NIE. Więc z łaski swojej zajmij się najpierw swoim bałaganem wylazła ze mnie cała zbierana do tej pory irytacja. Odwróciłam się do niego plecami, ponownie zaczęłam wgapiać się w świat za oknem, jednocześnie przygotowując się na jakąś nerwową reakcję Dustina, jednak z jego ust nie padło już ani jedno słowo. I znowu milczeliśmy, pokonując kolejne kilometry. My chyba serio wygramy ten konkurs Guinnessa, zakpiłam z nas w myślach. Przez to, że poszłam wczoraj późno spać, a dzisiaj zostałam zerwana z samego rana z łóżka zaczęłam czuć jak coraz bardziej zaczyna mnie nużyć sen, jednak nerwy nie pozwoliły mi zmrużyć oka ani na ułamek sekundy. Nagle dotarł do mnie głos chłopaka.
Cholera, bateria do GPS padła, no to jesteśmy skazani na mapę. Wyjmiesz ją ze schowka? o dziwo nie mogłam stwierdzić, że gdyby mógł to zabiłby mnie wzrokiem.
Jasne odpowiedziałam krótko. Daleko jeszcze? zapytałam nie bardzo interesując się do tej pory drogą. Zdałam się na Dustina.
Jesteśmy w połowie drogi, czyli teoretycznie zostało nam do obozu już tylko 15 kilometrów.
O ile trafimy rzuciłam, na co Dustin mnie zmierzył. Podaj mi to, powiedziałam, wskazując na mapę postaram się znaleźć gdzie jesteśmy.
Lustrowałam mapę przez dobre pięć minut, starając się znaleźć nasze miejsce położenie, aż w końcu mi się udało. Po chwili odnalazłam też punkt gdzie znajdował się obóz.
Musimy skręcić na następnym rondzie w prawo oznajmiłam.
Jesteś pewna?
No z tego co tu widać, to powinien być właściwy kierunek.
Minęło piętnaście minut, dotarliśmy do ronda, ale droga zdawała się nie kończyć, a drogowskazu informującego o obozie znajdującym się niedaleko też nie było śladu.
Musieliśmy źle skręcić. Daj mi to blondyn powiedział nerwowym głosem, wskazując na mapę. Chwilę nad nią dumał. Hm, mam! Nie te rondo, tylko dopiero następne powiedział na głos.
Cóż, Alicja też zgubiła się w Krainie Czarów podjęłam się próby rozluźnienia atmosfery.
Nieśmieszne rzucił chłodno. Zmierzyłam go krzywo.
Raczy Pan wybaczyć, zapamiętam sobie, żeby więcej w Pana obecności nawet nie próbować żartować odburknęłam, ale chłopak nic juz na to nie odpowiedział, odwróciłam się zatem do okna i wróciłam do poprzedniej czynności.
Minęło kolejne dwadzieścia minut, ale drogi zdawało się jeszcze przybywać, a nie maleć. W końcu chwyciłam za mapę, powoli i dokładnie ją lustrowałam.
Skręciłeś na rondzie w prawo, tak? upewniałam się.
Chłopak pokiwał głową w akcie odpowiedzi.
Bo tutaj wyraźnie widać, że trzeba skręcić w lewo zauważyłam.
Nieprawda odburnknął, nawet na mnie nie spoglądając.
No tak, sam spójrz powiedziałam, wręczając mu mapę.
Dustin analizował przez dłuższą chwilę mapę, a potem usłyszałam jak przeklina cicho pod nosem, a następnie zawraca.
Tym sposobem nigdy nie trafimy do obozu powiedział podniesionym głosem, po czym walnął nerwowo w kierownicę.
Chłopak wjechał w jedną z bocznych ulic, prowadzącą do jakiegoś domostwa i lasu, żeby móc zawrócić. Kiedy chłopak chciał wrzucić pierwszy bieg i ruszyć do przodu, koła nagle odmówiły posłuszeństwa.
Co jest do cholery? ponownie przeklnął.
Nie myśląc wiele, wyszłam na chwilę z samochodu, by sprawdzić co było przyczyną, że nie mogliśmy ruszyć na przód. Nie musiałam długo się rozglądać, od razu zauważyłam opony, które ugrzęzły w błocie.
Otworzyłam drzwi i poinformowałam chłopaka o tym. Ten od razu wyłączył silnik i coraz bardziej zły podszedł do mnie. Spojrzał na opony i walnął ręką o samochód.
Szlag by to zmierzwił włosy dłonią.
Tam jest chyba jakiś dom, można by było przejść się i poprosić o pomoc zaproponowałam. Chłopak spojrzał na mnie, nic nie mówiąc. Widać było, że przez chwilę myśli.
Przejdę się rzuciłam nagle.
Co? Nie! Ja się przejdę.
No przecież ja też bym mogła powiedziała zirytowana.
Poradzę sobie odparł chłodno.
Jak wolisz powiedziałam podniesionym głosem.
Chciałam już wsiadać do auta, kiedy zauważyłam, że Dustin jednak się cofa. Zmierzyłam go wzorkiem zdezorientowana. Podszedł do mnie, wziął kluczyki i zamknął auto.
Chodź, Williams polecił, chwytając mnie za rękę.
A samochód? zapytałam zdezorientowana, pokazując ręką na nie.
Jest zamknięty, najwyżej ktoś nam je ukradnie, i tak jak na razie nie wiemy jak trafić z powrotem do obozu, więc po co nam ono.
Nic by mi nie było, gdybym została przy ulicy, nie jestem małą dziewczynką rozbawił mnie ten nagły przypływ troski Dustina. Chłopak nie skomentował już tego co powiedziałam.
Kiedy doszliśmy do domu, zadzwoniliśmy do drzwi, u progu powitał nas mężczyzna wyglądający na jakieś sześćdziesiąt pięć lat. Okazał się naprawdę gościnny, bo od razu zaprosił nas do środka, a jego żona od razu zrobiła nam herbaty i poczęstowała swoim ciastem, nie sposób było odmówić. Po krótkiej wizycie w domu tego Państwa, starszy Pan odpalił ciągnik, przypiął linki do naszego auta i po dłuższej próbie wszystko zakończyło się sukcesem. Nareszcie mogliśmy ruszać w dalszą trasę, ale jeszcze przed wyruszeniem w drogę, zapytaliśmy się go o drogę do obozu. Okazało się, że dzieliło na tylko sześć kilometrów. Po kilkunastu minutach wjeżdżaliśmy już na teren obozu.

*

Lydia? głos Jasona przerwały moje zawieszenie w próżni, spowodowane powrotem wspomnień.
Sorka, zamyśliłam się - rzuciłam zmieszana.
Przygotowałem już DVD, oglądamy? posłał mi uśmiech, w akcie odpowiedzi pokiwałam głową.
Chłopak już nic nie odpowiedział, po chwili zdecydowaliśmy się na jeden z filmów i oprócz śmiechu, milczeliśmy przez większość filmu. Obecność przyjaciela i głupawe komedie poprawiły mi skutecznie humor. Chwilowo zniknął ten cały balast, który wlókł się za mną. Włączyliśmy drugi, potem trzeci film. Nadal panowała ciemna noc, daleko do świtu. Gdzieś w połowie filmu zasnęłam, opierając głowę o ramię Jasona. Delikatnie wtuliłam się w niego i natychmiast przez głowę przemknęła mi myśl jak bardzo jego obecność ogrzewała moje ciało i umysł. Świadomość, że po prostu jest obok mnie, a ja nie muszę nic mówić. Bez silenia się na zbędne dialogi. Idealny przyjaciel dla takich jak ja, stwierdziłam krótko przed zaśnięciem.
                                                                       *
 
BRAK JEDNEGO AKAPITU, BŁĄD W WORDZIE