niedziela, 6 września 2015

10. Potrafisz naprawić co zniszczone?

             Gdy moje oczy dostrzegły, że to był Dustin, natychmiast zalały się łzami, a puls serca przyśpieszył z przejęcia. Chyba właśnie pobiłam rekord Guinessa w szybkości bicia serca, zaśmiałam się do siebie gorzko. Starałam się oddychać regularnie, ale z całych tych emocji wręcz krztusiłam się powietrzem. Chłopak delikatnie złapał mnie za ramiona i spojrzał na mnie niebieskimi oczami, które z wywołanych na nim, przeze mnie emocji powiększyły się maksymalnie.

             - Rita, spokojnie - wyszeptał troskliwie. Próbowałam wyrównać niemiarowy oddech. Kilka łez skapnęło na jego dłonie. Zamknęłam powieki, wstrzymując tym samym na chwilę czas w moim wyimaginowanym świecie. Milczał. Nie oczekiwał tłumaczeń, nie teraz.

             - Przepraszam - powiedziałam, ściągając jego dłonie z moich ramion. - Pójdę już.
            Bo co niby innego miałam zrobić? Najpierw zachowałam się względem niego arogancko, a teraz mam go prosić o pomoc?
             "Rozkapryszona lalunia." W mojej głowie rozbrzmiało jego określenie dotyczące mojej osoby.

            - Zgłupiałaś?! - powiedział z wyrzutem. - Nigdzie cię nie puszczę, dopóki mi nie powiesz co się stało.

            - Od kiedy obchodzi cię moja osoba, Dustin? - rzuciłam prosto z mostu. Zignorował moje pytanie.

            - Tu jesteś, paniusiu - usłyszałam skrzeczący głos. Odwróciłam głowę do tylu i ujrzałam tamtego typa z jakimś jeszcze facetem. Spojrzał na mnie bezwstydnym wzrokiem. Facet zrobił krok do przodu, a Dustin natychmiast zareagował.

             - Zostań tu - polecił. - Coś ty powiedział? - usłyszałam jak Dustin pyta się tamtego gościa. Zamknęłam oczy, nie chciałam widzieć jak Dustin zarabia w swoją piękną buźkę od tamtego gościa.

            Usłyszałam dźwięk łamanego zęba czy coś podobnego.

            - Chodź, wynosimy się stąd - nim się spostrzegłam, stał już przy mnie. Drugie tło było wyborne. Kolesie uciekali, potykając się o własne nogi, twarz tego pierwszego zdobiła niezła śliwa. Co za słabeusze, zaśmiałam się w myślach. To było dla mnie prawdziwe zdziwienie. "Chyba sporo o nim jeszcze nie wiem." Pomyślałam nieco zszokowana.
Położył swoją rękę na moich plecach i natychmiast w miejscu, gdzie opuszki jego palców zetknęły się z moim ciałem, poczułam niezwykle przyjemne ciepło. Skierowaliśmy się do auta.

            - Gdzie mieszkasz? - zapytał, gdy już byliśmy w środku samochodu.

            - S Robertson Street - niemal wyszeptałam. - Dzięki, Dustin - dodałam cicho po chwili, nieśmiało wykrzywiłam kąciki ust w półuśmiechu.

             - Nie ma sprawy - powiedział, wpatrując się w dal. Oparłam głowę o podgłówek. Na sekundę zamknęłam oczy. Poczułam na policzku spływającą pojedynczą łzę, więc szybkim ruchem ręki ją wytarłam. Niestety, za wolno, bo Dustin zauważył to i spojrzał na mnie pytająco. Usłyszałam jak głośno przełyka ślinę. Chyba nie wiedział co powiedzieć. Nie dziwiłam mu się.

             - Nie przejmuj się mną. Jestem tylko rozkapryszoną lalunią - wyręczyłam go od komentarza. Sama nie wiem czemu dodałam te drugie zdanie. Skarciłam siebie w myślach za wypowiedzenie na głos zdania, które chwilowo tkwiło uparcie w mojej głowie.
            Odwrócił wzrok. Ponownie zamknęłam oczy. Nagle siła odśrodkowa popchnęła moje ciało na maskę samochodu i dopiero po tym uświadomiłam sobie, że Dustin ostro zahamował, zatrzymując tym samym samochód.

             - Możesz przestać?! - warknął, zaciskając dłonie na skórzanej kierownicy, tym samym prezentując wszystkie swoje żyły na dłoniach. - Musisz być taka cholernie uparta, Williams?

            - Przepraszam, że znów jestem problemem. - szepnęłam.
            Miałam dość. Chciałam znaleźć się już w domu, wziąć prysznic, przebrać się w wygodny dres i pójść spać. Ostatnie czego chciałam to się kłócić i to z nim.

            - Nie jesteś kurwa problem - zaczął podniesionym tonem, ale skończył szepcząc. Chyba też miał już wszystkiego dość, podobnie jak ja.

           Chwilę milczeliśmy, po czym usłyszałam jak ponownie uruchamia silnik samochodu. Spojrzałam się w jego stronę, wiedziałam, że kątem oka widzi, że na niego patrzę, ale nie odwrócił wzroku. "Nie to nie. Ugh" Pomyślałam.
 
           Nie minęło pięć minut i byliśmy już na mojej ulicy. Zatrzymał się numer dalej i zgasił silnik.

          - Dzięki i do zobaczenia - wyszeptałam.

          -Pa - rzucił ledwo słyszalnie, gdy moje stopy spotkały się z szarą płytą chodnika. Już chciałam zamykać drzwi samochodu, jednak kiedy spojrzałam się w stronę domu, zamarłam.

          - Jak tak dalej pójdzie to dostanę zawału - powiedziałam, łapiąc się za głowę.

          - Coś się stało? - zapytał, widząc, że nagle stałam się nerwowa.

         - Mogę na moment jeszcze? - spytałam i zanim uzyskałam odpowiedź, szybko zajęłam miejsce pasażera.

        Dustin nabrał pytającego wyrazu twarzy.

        - Więc - zaczęłam, nieco wstydząc opowiadać Dustinowi o Dave'ie - stoi pod moim domem taki koleś... znamy się, do tej pory kumplowaliśmy się, ale on teraz chce czegoś więcej i najgorsze, że nie daje mi czasu, ani żadnej przestrzeni osobistej, tylko wymusza moje uczucia. Nie znoszę czegoś takiego, czuję się wtedy jak w klatce - poczułam, że zaczynam się czerwienić z racji, że mówię o tym Dustinowi. Nie znoszę opowiadać ludziom o swoich uczuciach, a tym bardziej tym obcym.

          Dustin nic nie odpowiedział. Odwrócił się do tyłu i przez tylną szybę obserwował Dave'a. Liczyłam, że coś powie, wyśmieje, wywali mnie z auta, doradzi, bądź cokolwiek innego, ale on tylko odwrócił głowę i nagle odpalił silnik.

         - Dustin, co Ty robisz? - powiedziałam zaskoczona, widząc, że odpala silnik.

         - No co? Zdaje się, że nie spieszy Ci się, żeby z nim gadać. Chyba, że źle zrozumiałem, to zawsze możesz wysiąść z auta - powiedział to niby żartem, ale wyczułam też trochę goryczy w jego głosie.

       Nic już nie powiedziałam. W sumie to dzisiejszy i przedwczorajszy dzień wrył mnie w siedzenie i czułam, że zamiast się odnajdywać, to gubię się jeszcze bardziej. Nawet nie miałam siły i ochoty pytać blondyna, gdzie zmierzamy. Przez całą drogę tępo patrzyłam się na otoczenie za szybą. Był to przeciętny wiosenny wieczór. Zaczęło dość mocno padać, krople deszczu uderzały o szyby samochodu. Zamknęłam oczy. Krople. Miliardy kropel uderzających o szybę, które razem tworzą deszcz. Gdyby tak mógł zmyć ze mnie wszystkie niewygodne emocje.
            Kolejne rozczarowanie. Nie może, i nie będzie mógł.
            Ból. Czuję... nie, ja nie czuję. Już nie.
            Gdyby ktokolwiek wynalazł sposób na pozbawienie się emocji, w szczególności tych, które tak mi ciążą, oddałabym za niego każdą sumę i wszystkie kosztowności, bez jakichkolwiek zastanowień. 
            Zaciągnęłam się świeżym powietrzem, wpadającym przez otwarte okno. Do moich nozdrzy dostało się przyjemne, deszczowe powietrze. Przyjrzałam się jednej z wielu kropel deszczu, spływającej powoli po szybie. Być jak taka kropla deszczu. Nie obdarzona przez naturę żadnymi emocjami czy sercem. Nie narażona na żaden ból. Szczęściara.

                - Jesteśmy na miejscu - głos Dustina wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałam zza przedniej szyby na budynek przed którym staliśmy. Był to blok mieszkalny w bardzo nowoczesnej odsłonie. Dużo szkła i drewniane wykończenia.  Spore balkony z dużą ilością kwiatów i nowiutka elewacja w jasno kremowym odcieniu. Zauważyłam, że Dustin wysiada, więc zawtórowałam za nim.

              - Mieszkasz tutaj? - upewniałam się.

               Chłopak pokiwał głową w akcie odpowiedzi.

             - Jeżdżą w tej okolicy jakieś autobusy nocne? - zapytałam, kiedy wchodziliśmy przez furtkę na teren posesji.

             - A co, wybierasz się gdzieś? - nie krył zdziwienia.

              - Jakoś muszę dotrzeć do domu - odpowiedziałam ledwo słyszalnie, sama nie wiem czemu.

              - Do domu? Mam Cię puścić samą do domu o - przerwał, żeby spojrzeć na zegarek - grubo po dwudziestej drugiej po tym jakiego mi stracha narobiłaś przy szkole? I jeszcze ten koleś pod Twoim domem - w jego głosie było słychać awersję.

              - Naprawdę przejmujesz się losem Rity Willams, uparciucha, który ciągle działa Ci na nerwy? - zaśmiałam się.

              - Właź, nie marudź, Williams - wskazał ręką, bym wsiadła do windy. Chłopak wsiadł zaraz za mną i wcisnął trójkę.

              Po chwili byliśmy już na trzecim piętrze. Wysiedliśmy z windy i skierowaliśmy się pod mieszkanie 526. Dustin przepuścił mnie w drzwiach. Wchodząc do jego mieszkania poczułam przyjemny zapach męskich perfum oraz zapach drewna? Tak, to chyba było drewno.

               - Rozgość się - rzucił, przekluczając drzwi od środka. - Chcesz coś do picia? - dodał.

               - Um, może być sok - odpowiedziałam krótko.

               Nie ukrywałam, że czułam się nieco niezręcznie, przebywając w jego mieszkaniu, przecież ledwo co się znaliśmy, no ale.

               - Idziesz? - chłopak zawołał do mnie z kuchni, kiedy ja stałam w przedpokoju zamyślona. Williams, jeśli natychmiast nie przestaniesz być taka rozkojarzona, to przysięgam, że Ci walnę. Skrytykowałam sama siebie.

               - Tak, tak, już - powiedziałam, po czym skierowałam się do kuchni. Odsunęłam delikatnie krzesło i usiadłam przy stole. Blondyn po chwili usiadł na przeciwko mnie, podając mi kubek z sokiem. Przez dłuższą chwilę milczeliśmy, ale o dziwo nie był to ten nieprzyjemny rodzaj ciszy. Zza okien było słychać nieustępujący deszcz.

               - Jesteś głodna? - zapytał przerywając ciszę.

               - Nie, dziękuję - odpowiedziałam. - Przez te wrażenia dzisiejszego dnia nie czuję ani trochę głodu.

               - Więc może przeniesiemy się do mojego pokoju? Wiesz, sofa wygodniejsza, niż kuchenne krzesła - uśmiechnął się do mnie.

              - Niewątpliwie - odwzajemniłam uśmiech.

               - Tędy - wskazał w którą stronę mam iść. Po chwili ukazał mi się duży i przestronny pokój z białymi ścianami. Był urządzony prosto i z klasą. Wszystkie meble były w kolorze ciemnego brązu. Po prawej stronie od wejścia mieściło się łóżko, za to na lewej stronie znajdowała się mała biblioteczka, komoda i stojak na gitarę?

              - Grasz na gitarze? - zapytałam wyraźnie zaciekawiona.

              - Trochę - odparł z lekkim uśmiechem na twarzy.

               Pozwoliłam sobie podejść bliżej stojaka.

               - Mogę? - zapytałam, zanim wzięłam ją do rąk. Blondyn kiwnął tylko głową. - Cudowna jest! - nie kryłam zachwytu. - W kolorze jasnego brązu, marki Taylor. - Dostałam od rodziców prawie taką samą na szesnaste urodziny, tyle, że moja jest ciemno orzechowa - uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie o mojej gitarze, na to ile z nią przeżyłam i gdzie z nią nie byłam.

               - A myślałem, że wolisz pianino - stwierdził, tym samym robiąc krok w bok, dopiero teraz dostrzegłam, że niedaleko łóżka stało pianino.

               - Do pianina mam duży sentyment, bo zaczęłam uczyć się na nim grać już w podstawówce, a na gitarze zaczęłam grać dopiero jakoś pod koniec gimnazjum, wcześniej mnie jakoś do niej nie ciągnęło - powiedziałam.

               Znowu zapanowało między nami milczenie, a ja nagle poczułam, że chyba lżej mi psychicznie. Jakbym cały ten syf dnia wczorajszego i dzisiejszego zostawiła przed jego mieszkaniem.

               - Siadaj - chłopak wskazał na zaścielone łóżko. - Chcesz może coś obejrzeć? - zapytał sięgając z szafki nocnej po pilota.

              - Czemu nie? - odpowiedziałam pytaniem.

               Siedzieliśmy tak blisko siebie, z trudem ukrywałam moje skrępowanie. Dustin przełączał kolejno kanały w poszukiwaniu czegoś ciekawego. W międzyczasie podkuliłam nogi, oparłam głowę o poduszkę i zamknęłam oczy zaciągając się powietrzem.



          - O, znalazłem chyba wreszcie coś ciekawego. Lubisz Harry'ego Pottera, prawda? - odwróciłem w jej stronę głowę, po czym zauważyłem, że brunetka powoli przysypia. Musiałem przyznać, że wyglądała naprawdę pociesznie. -  To chyba nici z naszego oglądania - zaśmiałem się pod nosem. Podniosłem się z łóżka i skierowałem do szafy, żeby sięgnąć po jakiś dres i t-shirt dla niej.

            - Rita, śpisz? - dotknęłam jej ramienia. Brunetka otworzyła oczy.

            - O rany, czy ja przysnęłam? - zaśmiała się, przecierając prawą ręką oczy.

            - No tak jakby - zawtórowałem za nią śmiech. - Tu masz ubrania na przebranie, łazienka jest zaraz po lewo, ręczniki są w szafce przy wannie.

            - Dzięki, jestem ci winna przysługę - delikatnie się uśmiechnęła. Podniosła się z łóżka i opuściła pokój. Po niespełna piętnastu minutach nagle stanęła mi przed oczami. Szybko wstałem i zaprowadziłem do pokoju w którym miała spać.

             - Wiesz, myślałem, że mnie nie lubisz - zacząłem nieco zadziornie, kiedy już miałem zamykać drzwi pokoju. Cholera, czemu ja to powiedziałem? Miałem ochotę walnąć się w czoło.
            " Naprawdę myślisz, że się kontrolujesz?" - odniosłem wrażenie, że moja podświadomość przemówiła. Oniemiałem.

             - Tak tylko udawałam - przystawiła prawą dłoń do ust i wyszeptała mi do ucha, po czym cicho zachichotała. Spodobało mi się, że podłapała mój tekst, jednak, gdy tak na nią patrzyłem coś mi się nie zgadzało. Te jej smutne oczy. Mogła zakładać, podobnie jak ja zresztą, maskę pozornego szczęścia, ale chyba zapominała o jednym. Oczy zdradzą wszystko.

             "Masz rację. Chyba obydwoje gdzieś się zgubiliście i nie potraficie poukładać się od nowa. Ale nie martw się, zagubione dusze zawsze się odnajdują." - Moja podświadomość naprawdę nagle się zbudziła.

             - To dobranoc, Dustin - rzuciła cicho, tym samym sprowadzając mnie na Ziemię.

             - Dobranoc, Lydia - odpowiedziałem, po czym powolnym krokiem, wróciłem do siebie.

             Wziąłem prysznic, a potem położyłem się do łóżka. Leżałem, ale przez tysiące myśli, kłębiących się w mojej głowie, nijak nie mogłem zasnąć. Chyba zaczynała do mnie docierać myśl, iż ta niepozorna brunetka, którą w złości nazwałem niestabilną emocjonalnie, w rzeczywistości jest mi bliższa, niż ktokolwiek z tego miasta.

             "Bingo!" - usłyszałem krótki głos mojej podświadomości.

             Westchnąłem głośno. Wziąłem jeszcze kilka głębokich oddechów, myśląc nadal o dniu dzisiejszym, aż wreszcie zasnąłem.


  
                Obudziły mnie promienie słoneczne, coraz bardziej śmiało, wkradające się do pomieszczenia. Spojrzałam w stronę okna, Słońce już dawno wzeszło. Sięgnęłam po telefon do szafki nocnej, dochodziła dopiero szósta rano, więc postanowiłam, że jeszcze trochę poleżę w łóżku. Leżałam tak, wpatrując się tępo w sufit jeszcze przez dobre kilkanaście minut. Krążyły mi po głowie wspomnienia wczorajszego dnia. Ponownie zalało mnie morze myśli. Niekoniecznie optymistycznych.
            Obserwowałam Słońce zza okna. I chmury. Słońce leniwie przebijające się przez chmury. Jaka szkoda, że nie mogłam tego nigdy doświadczyć w swoim życiu. Rozpogodzeń brak. Absolutnie brak. I ta nieustannie, prześladująca mnie pustka. Czuję ją niemal każdą komórką swojego ciała. Jak również cholerną niesprawiedliwość losu. Cholerną.
            Błagania. Tysiące godzin błagań. Na nic. I tak zawsze jest tak samo. Szansa? Nowa szansa? Nie ma czegoś takiego, nie dla mnie. Zawód. Ciągle i ciągle. Nieprzerwanie.
            Chowam twarz pod poduszkę, chcąc uciec od otaczającego mnie świata. Zamykam powieki i mocno je zaciskam. Liczę w myślach do pięciu, po chwili nieśmiało otwieram oczy. Nadal tu jestem. Czemu po prostu nie mogę stąd zniknąć?! Tak byłoby łatwiej. Dużo łatwiej. Wtedy wszystko byłoby łatwiejsze. Ofiara losu, przemyka mi przez myśl. Wiem. Ale jestem nią? Czy tylko nieświadomie udaję? Nie umiem tego stwierdzić, bo moja poczytalność dawno już się utleniła, a mózg rejestruje tylko drobne fragmenty.  
            Ból głowy. Niewyobrażalny ból głowy. Czuję, jakby zaraz miało mi rozerwać głowę. Leki. I tak nie pomagają. Jestem chora duszą, nie ciałem. Potrzebuję anioła, a nie lekarza…
             Cóż za paradoksalny dzień, nie mogłam się nadziwić. Wypuściłam głośno powietrze z ust, po czym podniosłam sie z lóżka. Sięgnęłam po swoje ubrania, ale pomyślałam, że trochę jeszcze pokrzątam się w dresie Greya. Zajrzałam do torby w poszukiwaniu jakichś kosmetyków, znalazłam podkład i tusz, wiec podniosłam się z łóżka i udałam do łazienki. Umyłam twarz, wypłukałam zęby i nałożyłam na twarz podkład, a potem wytuszowałam rzęsy. Przejrzałam się w lustrze, wyglądałam nawet przyzwoicie, więc skierowałam się z powrotem do pokoju.

                - Dzień dobry - usłyszałam znajomy głos, kiedy miałam wchodzić do pokoju. Odwróciłam się o 180 stopni.

               - Cześć, Dustin - przywitałam się z nim.

               - Długo nie spisz? - spytał.

                - Eee, od jakiejś szóstej, ale jeszcze trochę leżałam w łóżku - odpowiedziałam. - A ty?

                - Też coś koło tego - uśmiechnął się delikatnie. - Reflektujesz na śniadanie? - spytał idąc w stronę kuchni.

               - Jasne - odpowiedziałam zmierzając za nim.

                Blondyn wyjął z lodówki sporo rzeczy, sięgnął też po chleb, po czym wstawił wodę na herbatę. Zajęłam miejsce przy stole.

                - Jak będę mogła ci się odwdzięczyć? - zapytałam, bo serio miałam dług wdzięczności względem Dustina.

                - Hm, coś się wymyśli - powiedział niby tajemniczo, ale się uśmiechnął. Zawtórowałam za nim uśmiech.


                Po śniadaniu przebrałam się wreszcie w swoje ubrania, a dres zwróciłam Dustinowi. Szybko zebrałam swoje rzeczy z pokoju i zbierałam sie do wyjścia.
                - Dustin, którą linią dojadę bezpośrednio do mnie? - zapytałam.

               - Ja cię odwiozę - stwierdził.

                - No przestań, i tak mam już u ciebie dług wdzięczności.

                - I tak musze się wybrać do centrum, więc żaden problem - nic już nie odpowiedziałam, tylko uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością.
     


            Siedziałam przy biurku u siebie w pokoju z kubkiem herbaty obok, tępo wpatrywałam się w ekran laptopa.

 "No rusz się, Williams. Napisz do niego." Poganiał mnie głos świadomości. Westchnęłam głośno.
            Nagle usłyszałam dźwięk powiadomienia na Facebooku. Momentalnie poczułam jak po plecach przechodzi mi dreszcz. Zajrzałam w kartę z otworzonym Facebookiem, jednak była to tylko wiadomość od koleżanki z którą chodzę na angielski z prośbą czy nie pożyczyłabym jej swoich notatek. Odetchnęłam z ulgą.

            "Nie dam rady. Może jutro do niego zadzwonię, skoro nie mogę zebrać się do napisania głupiej wiadomości na fejsie. A jak już wybiorę numer, to będę musiała coś wydukać." Stwierdziłam w myślach, po czym zamknęłam klapkę laptopa i wstałam od biurka. Podeszłam do biblioteczki z książkami w poszukiwaniu jakiegoś tytułu, który wyrwałaby mnie na moment z tej pokręconej rzeczywistości. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi.

            - Proszę! - krzyknęłam w odpowiedzi, po czym w progu drzwi pojawiła się Mary. Trzymała w ręku jakąś kopertę.

            - To do Ciebie, Lydia - oznajmiła lekko się uśmiechając.

            - Od kogo? - zapytałam ciekawa.

            - Niewiadomo, nie ma adresata na kopercie - stwierdziła.

            - Hm, dziwne - oceniłam, po czym od razu przy siostrze otworzyłam kopertę. Delikatnie wyjęłam jej zawartość. Bladoróżowy papier ze złotymi nadrukami, na środku widniał napis zaproszenie, a obok była mała złoto-srebrna maska wenecka. Otworzyłam zaproszenie i przeczytałam tekst w środku. Kiedy dotarłam do podpisu adresata poczułam jak robi mi sie niedobrze. "A to pewnie, dlatego stał wtedy przed naszym domem" Przemknęło mi przez myśl. Chwyciłam się za głowę. Czy ten chłopak da mi odetchnąć chociażby na moment? Jak mogę logicznie myśleć, kiedy ten ciągle tak na mnie naciska?
            - Coś mina Ci zrzedła. Od kogo to, Rita?
            - Od Dave'a - powiedziałam cicho, spoglądając na nią. Na jej twarzy pojawił sie grymas i jednoczesne zdziwienie.
            - Musicie pogadać jak dorośli ludzie, Rita, inaczej te wasze mijanie nigdy sie nie skończy, wiesz o tym, prawda?
            - Wiem, wiem - odparłam zdawkowo. - Tylko gdyby nie te głupie wątpliwości.
            - Dotyczące czego? - dopytywała.
            - Ekhm, tempa tej znajomości?
            - Ale lubisz go, przyznaj.
            - Tak, to prawda. Wiele dla mnie znaczy, i mimo, ze znamy się stosunkowo niedługo to zdążyliśmy się naprawdę dobrze poznać, stał mi się bliski, ale nie umiem tak szybko otwierać się przed kimś, wchodzić w poważne relacje, potrzebuje do tego wszystkiego czasu.
- To porozmawiaj z nim o tym. Unikanie tematu go nie rozwiąże, wiesz przecież - powiedziała i opuściła mój pokój obdarowując mnie uśmiechem.
            - A co jeśli nie umiem rozmawiać z drugą osobą, otwarcie o swoich uczuciach? - zapytałam powietrza. Opadłam swobodnie na łóżku. Zamknęłam oczy i przez moment starałam sie o niczym nie myśleć. Minęło kilka dobrych minut, aż wreszcie zmusiłam się do sięgnięcia telefonu, znajdującego się na biurku. Usiadłam na łóżku, po czym wybrałam numer Dave'a.
            - Lydia, to Ty? - usłyszałam jego głos w słuchawce. Przez moment zabrało mi mowę. Otrząchnęłam, po czym wreszcie wydałam z siebie jakiś głos.
            - Tak. Um, dzwonię, bo właśnie otworzyłam Twoje zaproszenie.
            - Tak? - głos chłopaka nabrał wesołej barwy.
            - Myślę, że powinniśmy spotkać się i wreszcie normalnie pogadać - wydusiłam z siebie.
            - Oh, no jasne. Też na to liczyłem - stwierdził ochoczo. - Jutro ci pasuje? - zaproponował od razu.
            - Może być. Szesnasta?
            - Idealnie.
            - To do zobaczenia, Dave - pożegnałam się.
            - Lydia, poczekaj, a co z balem? - wtrącił nagle.
            - To będzie chyba dobra okazja, żeby zacząć naszą znajomość od nowa, zatem przyjmuję zaproszenie - odparłam pogodnie, po chwili rozłączając się z chłopakiem.

            Już od samego momentu przekroczenia progu szkoły, dało się wyczuć podniosłą atmosferę. Wszystko z racji co rocznego balu maskowego organizowanego przez Radę Młodzieżową przy Urzędzie Miasta.  To już trochę taka miejska tradycja, w tym roku miał odbyć się, o ile dobrze pamiętam, po raz trzydziesty. Część pieniędzy z imprezy przeznaczane jest też na cele charytatywne itp., ale głównie odbywa się ona typowo dla rozrywki.
             Na szkolnych korytarzach w dużej mierze przeważały rozmowy o wieczornych kreacjach i tym podobne. Bal zbliżał się dużymi krokami, gdyż miał odbyć się już za trzy dni. Z tego też powodu umówiłam się późnym popołudniem na zakupy z Irmą. W sumie to Dave po części ułatwił mi pewną kwestię tym zaproszeniem, bo od dłuższego czasu zastanawiałam się z kim bym mogła wybrać się na ten bal, ale ciężko było o jakiegoś w pełni satysfakcjonującego partnera.
            Zmierzałam właśnie w stronę sali od francuskiego, kiedy usłyszałam jak ktoś z tyłu woła moje imię. Natychmiast się od odwróciłam i ujrzałam Jasona.
            - O, cześć. Miło cię widzieć - powiedziałam. - Ale nie wiem czy powinnam z tobą gadać, - rozejrzałam się dookoła - nie chce być znowu posądzona o jakieś głupoty - uśmiechnęłam się słabo. To było przykre, że moja podobno bliska kumpela uwierzyła Kate, a nie mi.
            - Daj spokój. Kaitlyn musiała mieć gorszy dzień, a Kate to oczywiście wykorzystała. Kazałem jej przeprosić cię. Domyślam się, że jeszcze tego nie zrobiła, hm? - na jego twarzy pojawił się grymas.
            Pokręciłam głową w akcie odpowiedzi.
            - O czym chciałeś mówić? - zmieniłam temat.
            - A, no tak - chłopak zreflektował się. - W sumie to nic ważnego, chciałem tylko dopytać się o bal. Jedziemy jedną grupą? To znaczy, ja i Kaitlyn i wy z... właśnie, z kim wybierasz się na bal? - zapytał zaciekawiony.
            - Z Dave'em - powiedziałam pośpiesznie.
            Chłopak spojrzał na mnie badawczo.
            - A to ci nowina. Między wami już okej?
             - Dzisiaj się z nim widzę po szkole, mamy pogadać - odchrząknęłam.
            - Uważaj na siebie, jego zachowanie i jego przeszłość, a w sumie nawet nie taka przeszłość, coś o nim świadczą - wypowiedział z poważniejszym wyrazem twarzy, a po ułamku sekundy zabrzmiał dzwonek oznajmiający koniec przerwy.
            - Jasne. Do zobaczenia potem - mruknęłam, kierując się w stronę sali, gdzie za chwilę miałam mieć lekcję języka francuskiego.


            Z niecierpliwością wyczekiwałam końca lekcji biologii. Dzisiejsze zajęcia były wyjątkowo nudne i zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Omawialiśmy fazę jasną i fazę ciemną fotosyntezy, jakoś niezbyt interesował mnie milion nowych nazw związków chemicznych, których potem będę musiała się nauczyć. Westchnęłam cicho. Spojrzałam na siedzącego obok Jasona, chłopak mało co zaraz by nie zasnął. Automatycznie zachichotałam, na co nauczycielka zmierzyła mnie wzrokiem. Zlustrowałam spojrzeniem klasę. Moja uwagę przykuł widok Kate piłującej sobie paznokcie, zupełnie nie uważała na zajęciach. Co ona w ogóle robiła na rozszerzonej biologii? Miałam ochotę ponownie się zaśmiać. Nie dało też nie zauważyć nieobecności Dustina, coś często zdarzało mu się opuszczać lekcje, no ale, może tak tylko mi się wydawało.
            - Jeżeli ona zaraz nie przestanie tak przynudzać, to przysięgam, że zasnę na siedząco - zaśmiał się do mnie brunet.
            - Ja też, ja też - odpowiedziałam ziewając. Spojrzałam na zegar znajdujący się nad tablicą. Zostało pięć minut do końca lekcji. Odetchnęłam z ulgą.
            - Denerwujesz się? - zapytał nagle.
            - Hm? - odparłam zdezorientowana.
            - No tym spotkaniem z Dave'm.
            - Hm, w sumie chyba nie. Znaczy, tak myślę. W końcu to zwykłe spotkanie.
            Chłopak pokiwał tylko głową.
            Kiedy wreszcie zabrzmiał zbawienny dzwonek ogłaszający koniec zajęć zebrałam się szybko do wyjścia z sali. Pożegnałam się z Jasonem i skierowałam do swojej szafki, żeby schować niepotrzebne książki. Kiedy opuściłam mury szkoły, przywitały mnie przyjemne promienie słoneczne. Umówiłam się z Dave'm w parku, który mieścił się niedaleko naszego liceum, dlatego dojście na miejsce zajęło mi niespełna piętnaście minut. Usiadłam na jednej z ławek, wyjęłam słuchawki i włączyłam muzykę. Po niedługim czasie ujrzałam go zbliżającego się do ławki na której siedziałam. Wstałam z miejsca, schowałam słuchawki wraz z telefonem do torby i wyszłam mu na przeciw.
            - Hej, Rita - przywitał się, delikatnie mnie ściskając.
            - Cześć, Dave - odwzajemniłam uścisk.
            - Wszystko w porządku? Wyglądasz na jakiegoś zdenerwowanego - zauważyłam.
            - Um, nie do końca. Muszę wreszcie ci coś wyznać, ale to nie będzie nic przyjemnego - przestrzegł, nerwowo drapiąc się prawą dłonią po głowie.
            - No to mów.
            Usłyszałam jak głośno wzdycha.
            - Lydia... - zaczął - to trochę skomplikowane i pewnie znowu sobie wszystko tym zaprzepaszczę, ale nie umiem już dłużej tego ukrywać przed tobą i...
            - Jezu, Dave, mów do cholery o co chodzi, bo na zawał tu padnę. Zabiłeś kogoś czy co? - byłam totalnie zdezorientowana.
            - Nasze poznanie się nie było wcale takie przypadkowe - wybełkotał wreszcie.
            - Co, jak to? - byłam jeszcze bardziej zdezorientowana.
            - Miałem za zadanie cię poznać - kontynuował, a ja wybałuszyłam oczy.
            - O czym ty mówisz? - zapytałam jeszcze w miarę spokojnym tonem.
            - Bo ja... - zaczął, jąkając się - znam się z Jackiem, w sumie to kumplowaliśmy się. A konkretnie mówiąc, byliśmy w jednej szajce narkotykowej. Jack wielokrotnie opowiadał mi o tobie najgorzej jak tylko można. Mówił, że to przez ciebie zwaliły się na niego gliny i wszystko inne co najgorsze. A, że byłem mu winny dług, to powiedział, że mogę go spłacić poznając się z tobą. Miałem się z tobą zaprzyjaźnić, rozkochać w sobie, cokolwiek by zyskać twoje zaufanie, następnie wciągnąć w dragi i całe te świństwo, a potem porzucić samą sobie i patrzeć jak upadasz na dno. Chciał byś była wrakiem człowieka.
            - Nie widzisz, że już jestem? - wykrzyczałam wreszcie ze zaszklonymi oczami.  Wypuściłam głośno powietrze i próbowałam nie rozpłakać się na dobre. 

                                                                              ***


Sieemka. Wybaczcie ten dość długi odstęp czasowy między jednym, a drugim rozdziałem, nie był zaplanowany. Co do rozdziału, zrobiłam błąd i przeczytałam go drugi raz i teraz uważam, że jest... ale ocenę zostawię Wam. ;)
 Jeśli to czytacie zostawcie proszę po sobie komentarz, to wiele dla mnie znaczy - z góry dzięki! Piszcie co sądzicie - Wasza opinia jest dla najważniejsza, dzięki niej wiem co robię źle, a nad czym powinnam popracować. :) 
A! Jak widzicie, poprawiłam sporo rzeczy w szablonie, podstrony także mają odświeżony wygląd. Czeka mnie jeszcze zmiana nagłówka. Mam nadzieję, że wprowadzone zmiany przypadną Wam do gustu.
Przy okazji - przypominam o tym, żebyście wpisywali się na listę Informowanych, jeżeli chcecie dostawać powiadomienie o nowych rozdziałach.  

Klaudia xx

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

9. Wyjałowiona dusza.

          Wdech, wydech. W myślach odliczam do dziesięciu. Na przemian tracę i nabieram sił. Moje życie jest jak parabola, nieustannie malejąca, rosnąca, malejąca, rosnąca, zero constansu. Posiałem gdzieś wszystkie mapy dzięki którym mógłbym znaleźć choć na moment równowagę. Patrzę przed siebie i dostrzegam, że stoję nad przepaścią, silny wiatr kołysze pozostałości z istniejącego tu kiedyś mostu. Nie mam jak dostać się na drugą stronę, nie mogę więc podnieść się i iść dalej, bo nie mam zwyczajnie gdzie. Dlatego też nie mogę pozbyć się patrzenia wstecz, wspomnienia uderzają w niezliczonej ilości zawsze kiedy choć na moment odwrócę głowę do tyłu. To alegoria mojej psychiki. Porwana, zniszczona, zniedołężniała, zdemolowana. Mogę wymieniać tak długo...
            Nie sztuką jest zamknąć się w czterech ścianach i odciąć się od reszty świata. Prawdziwym wyzwaniem jest przyznać się, że popełniło się kilka większych błędów, pobłądziło się, zagubiło samych siebie w tej plątaninie natłoku słów i skrajnych emocji, dlatego też codziennie podejmuję wyzwanie walczenia o to by z dnia na dzień było lepiej, a przynajmniej nie gorzej. Chociaż szczerze powiedziawszy nie wiem czy mi się to uda.
            Żyję ze świadomością, że gdzieś tam jest lepszy świat w którym magicznie znikają wszelkie troski i kłopoty. Może to tylko iluzja, a może jednak jest jakiś sens w to wierzyć? Boli mnie to, że żyję tu w niewiedzy jak dostać się do tamtego świata. Czuję się niemal jak w klatce, wytężam moją wiarę tak silnie jak tylko to jest możliwe, ale efektów nie widać. Dlaczego?
            Otaczają mnie ludzie, ale cały czas brak mi tego co uskrzydla najbardziej na świecie. Czemu mam wrażenie, że w tamtym świecie łatwiej o osiągnięcie moich pragnień? Żyję w swoim świecie, mieszczącym się na skraju świata realnego i świata magicznego. Codziennie pod przymusem spowodowanym moimi obowiązkami wybieram drogę świata nie magicznego, jakby pozbawionego "wnętrza"... A może... to we mnie brak "wnętrza"? Może sęk w tym, że to ja jestem po prostu taki wyjałowiony?
            Jak wyjałowiony organizm po ciężkiej chorobie. Dochodzę do siebie, ale trwa to tak niesamowicie długo. Mam wręcz wrażenie, że będzie to dłużyć się w nieskończoność, a tego niestety już nie zniosę.
            Rozmyślałbym tak dalej, ale kiedy zauważam, że dochodzi dziewiąta, pośpiesznie wychodzę z mieszkania i wsiadam do auta. Podjeżdżam na parking i udawanym uśmiechem staram się z całych sił ukryć moje troski.
*
            I nastał kolejny poniedziałek. Weekend minął mi raczej spokojnie. W sobotę przyjechała siostra mamy i trochę u nas posiedziała, a potem zaproponowała, że zabierze na jakiś czas Mary i George'a do siebie, żebym miała też czas dla siebie samej, a nie ciągle opiekowała się rodzeństwem. Lubię spędzać z nimi czas, więc próbowałam powiedzieć jej, że sama daję sobie radę, tym bardziej, że Mary jest już prawie dorosła, jednak ta nalegała. Co za paradoks, siostra naszej rodzicielki bardziej przejmuje się naszym losem, aniżeli ona sama. Jakby to powiedzieć, nihil nobil.
            W niedzielę zatem zostałam sama w domu, bo mama gdzieś znowu pojechała, więc miałam czas przemyśleć sobie wszystko, i zaczęłam dochodzić do wniosku, że skoro mam takie wątpliwości, to czy sens jest w ogóle nad czymś się zastanawiać? Skoro nie jestem pewna swoich uczuć, to czy warto wchodzić w takową relację? No właśnie...
            Chciałabym doświadczyć wystarczająco silnych uczuć i emocji by poczuć je całym ciałem i umysłem, by choćby na sekundę nie zawahać się czy tego chce czy też nie. Nie chcę trwać w czymś byle jakim.
            Przekroczyłam próg szkolnych drzwi i skierowałam się do swojej szafki. Schowałam do niej zbędne książki i zeszyty, po czym udałam się pod salę, zaczynałam lekcją rozszerzonej biologii. Przywitało mnie wrogie spojrzenie Kate, na co wywróciłam tylko oczami. Stał tam też Dustin, nie dziwiło mnie to zbyt, już wcześniej pokazał w jakim towarzystwie gustuje, pomyślałam niby neutralnie, jednak gdzieś tam była we mnie lekka gorycz.
            Na zajęciach nie zwracałam na niego uwagi i ogólnie nie patrzyłam w jego stronę. Generalnie rzecz ujmując dzisiaj był kolejny dzień, kiedy myślami byłam gdzieś indziej. Siedziałam w ławce zamyślona, opierając się na łokciu oraz nie przywiązując uwagi do tego co dzieje się na lekcji.
            - Ziemia do Williams - usłyszałam nagle głos Jasona, który machał mi ręką przed twarzą. Siedzieliśmy razem w ławce na biologii. Natychmiast się obruszyłam.
            - Jestem, jestem - powiedziałam z uśmiechem.
            - Ty myślisz o niebieskich migdałach, a kolega coś często przyciąga wzrok w Twoją stronę - zaśmiał się. Spojrzałam na niego pytająco. - Dustin - powiedział szeptem.
            Dyskretnie odwróciłam głowę w bok. Faktycznie, lustrował mnie, jakby nad czymś rozmyślając. Mam Cię, Grey. Szybko zorientował się, że również spojrzałam w jego stronę, jednak ten wcale nie odwrócił wzroku, pozwolił się przyłapać. Patrzył się na mnie badawczo, jego wzrok zdawał się kryć jakąś tajemnicę, widać to było w tym jego błysku w oku. Nie było to ani złowrogie spojrzenie, ani przyjacielskie. Zupełnie jakby wyjałowione z emocji.
            Jeszcze przez chwilę lustrowaliśmy się spojrzeniami, po czym ten odwrócił wzrok w stronę wołającej go Kate. Dziewczyna położyła mu rękę na ramieniu i jak zwykle niesamowicie się do niego śliniła. Ślepy by zauważył jakie to było sztuczne. Odwróciłam od nich wzrok, aby nie zwrócić śniadania, nah.
            Nagle usłyszałam dźwięk wiadomości, spojrzałam na ekran telefonu, to była wiadomość od Dave'a. Wywróciłam oczami. Czy ten chłopak ma choć trochę pojęcia o tym co to przestrzeń osobista? W ten sposób nic nie ugrasz, Brown. Jedynie moje zniechęcenie. Schowałam telefon do torby. Nie miałam zamiaru odpowiadać mu na tą wiadomość.
            Reszta biologii minęła mi dość szybko, kiedy zadzwonił dzwonek, podniosłam się z ławki i skierowałam razem z Jasonem do wyjścia.
            - Stara, on ciągle co jakiś czas na Ciebie się gapi - wyszeptał, gdy opuszczaliśmy salę. Zrobiłam kwaśną minę, o co mu może chodzić? Już miałam się odwrócić, ale usłyszałam śmiech Kate za plecami, tym samym tracąc ochotę.
            Wyszliśmy z Jasonem na boisko, aby nieco przewietrzyć się. Usiedliśmy na jednej z ławek, nie minęła minuta, kiedy rozbrzmiał dzwonek mojego telefonu.
            - Tak słucham - odebrałam. W tle usłyszałam głos Mary, płakała. - Kochanie, czy Ty płaczesz? Mów szybko co sie dzieje - wydyszałam zdenerwowana do młodszej siostry.
            - Rita, czy możesz mi powiedzieć, kiedy wreszcie skończą się te nasze rodzinne szopki? - zapytała z wyrzutem, cały czas szlochając. Jej głos ogarniał żal, smutek i złość na raz.
            - A co się stało konkretnie? - zapytałam nadal nie wiedząc o co jej chodzi.
            - A zebrało mi się na szczerą rozmowę z ciocią i wujkiem, i teraz najchętniej by wnieśli sprawę do sądu o zabranie mamie praw rodzicielskich skoro i tak nas tak zaniedbuje. Rita, ja tak nie chce. Chcę świętego spokoju, w końcu! - dziewczyna nie przestawała płakać, była jednocześnie taka bezradna, przejęta i wściekła.
            - Spokojnie, Mary. Nie będzie żadnej rozprawy sądowej. Przyjadę dzisiaj po Was i porozmawiam z nimi, że nie czujemy takiej potrzeby - starałam, aby mój głos brzmiał spokojnie, ale w środku telepało mnie z nerwów. Na twarzy Jasona pojawiło się zaniepokojenie.
            - Obiecaj mi to, obiecaj mi to, Rita - dziewczyna nieco się uspokoiła, ale nadal szlochała.
            - Masz moje słowo, siostrzyczko. Widzimy sie dzisiaj popołudniu, dobrze?
            - Mhmm - odburknęła. Już nie płakała. - To pa - rozłączyła się.
            Zastygłam na dłuższą chwilę. Poczułam jak całą mnie ogarnia poczucie bezsensu, a było już tak przyjemnie. Ugh.
            - Co jest, Rita? - spytał zmartwiony Jason.
            Opowiedziałam Jasonowi o całej sytuacji. Chłopak powiedział mi parę optymistycznych słów, żeby mnie pokrzepić i przytulił krótko. Niby podziałało, ale jednak straciłam ochotę na uśmiechanie się przez resztę dnia.
            - Dobra, dzięki Jason za wszystko, a teraz uciekam się wyciszyć - rzuciłam nagle wstając z ławki.
            - Na pewno już dobrze? - dopytał.
            Pokiwałam głową i uśmiechnęłam się słabo.
            Weszłam z powrotem do szkoły i skierowałam się prosto do sali muzycznej. Nie mogłam się uspokoić. Po prostu nie mogłam. W tym momencie emocje zbyt mną targały, bym mogła logicznie myśleć. Weszłam do sali, która na szczęście była wolna. Czując, że do kącików oczu zbierają mi się łzy sięgnęłam po swój telefon, weszłam na youtube. „Połączenie zostało zerwane. Sprawdź połączenie z Internetem." Przeczytałam komunikat, który wyświetlił się na ekranie mojego smartphona. Super, genialnie! Natychmiast skierowałam się do kafejki internetowej. Musiałam usłyszeć jego głos, żeby uciszyć moje rozproszone wnętrze. Musiałam.
            Doszłam do drzwi kafejki, na szczęście nikogo nie było w środku. Weszłam dość pośpiesznie, włączyłam Internet, a w przeglądarce w pasek wyszukiwania wpisałam „Kidrauhl – So Sick".
            19 styczeń 2007 roku, przeczytałam i kliknęłam „play".
            Nałożyłam słuchawki i zamknęłam oczy. Na moment wstrzymałam czas w swoim wyimaginowanym świecie i zatopiłam się w dźwiękach muzyki, w kojącym moje nerwy głosie 12-letniego Justina.
            Automatycznie poleciało mi kilka łez na policzki, to nie było nic odmiennego. Ta piosenka zawsze wywierała na mnie te same emocje. Aż wreszcie rozryczałam się na dobre. Ale to były łzy oczyszczenia. Czułam jak spływa po mnie całe napięcie, złość, smutek. Uśmiechnęłam się sama do siebie na myśl jak jednak osoba umie cudownie wpłynąć na zszargane nerwy takiej niestabilnie emocjonalnie osoby jak ja.
            - Co Ty tu robisz? – nagle do kafejki ni stąd ni z owąd wpadł Dustin. Wpatrywał się we mnie szlochającą do ekranu komputera. Pewnie teraz uważa, że jestem jeszcze większym dziwadłem, fajnie. Powiedziałam w myślach beznamiętnie. – Wszystko w porządku? – dodał po chwili głosem z nieco mniejszą zawartością obojętności i chłodu, zbliżając się do mnie.
            Nie odpowiedziałam. Jakoś nie umiałam zebrać w sobie sił, by mu odpowiedzieć. – Co słuchasz? – powiedział podchodząc jeszcze bliżej, gdy nie odpowiedziałam. Automatycznie szybkim ruchem ręki zrzuciłam youtube na pasek zadań. Nie wiem w sumie czemu to zrobiłam. Chwycił momentalnie za myszkę, a ja czując kontrastujące ciepło jego dłoni z moją lodowatą, natychmiast ją zabrałam.
            - Ja nie gryzę – szepnął w odpowiedzi na mój gest. I uśmiechnął się. Tak, to chyba był uśmiech. On naprawdę się uśmiechnął. Nieprawdopodobne. – Justin Bieber – skitował chłodno. – To z jego powodu płaczesz? – powiedział to w taki dziwny sposób, nie umiałam tego oddać słowami. Było mu mnie żal? I jednocześnie był... zły, ale czemu? Przecież przed chwilą jeszcze się uśmiechał. Chyba nigdy go nie zrozumiem. – Nie płacz, nie z jego powodu – skitował kierując się do wyjścia. Wszedł i już chciał wychodzić. Bez słowa wytłumaczenia. Aha?
            Przez chwile jakby zabrało mi mowę. Prawie już przekroczył próg pomieszczenia, kiedy moje struny głosowe wreszcie nawiązały współpracę z resztą mojego ciała.
            - Nie z jego powodu? – powtórzyłam jego słowa. Pokiwał powoli głową. Nie umiałam się wysłowić. Głowa mnie bolała. Na nic nie miałam sił. – Bo co?
            - Spokojnie. Miałem na myśli tylko to, żebyś nie marnowała swoich pięknych oczu na płakanie przy jego piosenkach – rzucił mi na odchodne i wyszedł szybkim krokiem z kafejki.
            Gdybym tylko się lepiej dziś czuła rzuciłabym się za nim i mu nawtykała co myślę o jego głupich uwagach. Żartowniś. Akurat mnie to nie bawi, Grey.
*
            Jakoś dotrwałam do końca lekcji. Po szkole zgodnie z obietnicą złożoną Mary, pojechałam po rodzeństwo. Czekała mnie ciężka rozmowa z wujostwem, jednak nie należeli oni do problematycznych ludzi i dało się z nimi dogadać, a w sumie to zawrzeć kompromis. Bowiem, powiedzieli, że skoro tak to zaczną baczniej przyglądać się naszej matce, a w razie co, najbardziej łagodną drogą sądową, ustalą mnie opiekunem prawnym George'a i Mary. Pokiwałam tylko głową na to, nie miałam już siły wdawać się w jakąkolwiek dyskusję, gdyż zjadały mnie nerwy na skutek tego, kiedy widziałam jak moje młodsze rodzeństwo to odreagowuje.
            Gdy przekroczyliśmy próg domu dochodziła już dwudziesta pierwsza. Od razu skierowałam się do swojego pokoju. Sięgnęłam z szafy dres i udałam się do łazienki. Wzięłam niedługą kąpiel. Po powrocie z łazienki położyłam się do łóżka i wyciągnęłam rękę po książkę leżącą na szafce nocnej. Przeczytałam parę stron losów Jane Benett, po czym wykończona dzisiejszym dniem zasnęłam.
*
            Nastał kolejny dzień. Dzisiaj było naprawdę spokojnie, powiedziałabym, że nawet nieco nudnawo, ale nie sprawiało mi to przykrości. Po wczorajszym dniu wystarczy mi nerwów. Szłam właśnie szkolnym korytarzem, kiedy usłyszałam jakieś nerwowe głosy. Wyszłam zza rogu i nagle moim oczom ukazała się Irma z Kaitlyn.
            - Niech ja ją tylko spotkam - powiedziała Kaitlyn. Chociaż nie, w sumie to wykrzyczała.
            - Nie sądzisz, że to bardzo naiwne wierzyć Kate? - mówiła spokojnie Irma.
            Podeszłam do nich bliżej, chcąc dowiedzieć się co się stało.
            - Cześć dziewczyny - przywitałam się z nimi, a Kaitlyn mało co nie rzuciła mi się na szyję. - Ej, zluzuj! O co Ci chodzi? - powiedziałam zirytowana. Co tej lasce odbija?
            - Witaj, Rita Niewiniątko Williams - wysyczała przez zęby. Przedostatnie słowo wypowiedziała ze szczególną agresją w głosie.
            Nabrałam pytającego wyrazu twarzy.
            - Oświecisz mnie wreszcie? - spytałam podirytowana i zdezorientowana.
            - Fajnie to tak prowadzić się z moim chłopakiem i obściskiwać na szkolnym boisku, kiedy mnie już nie ma w szkole? - jej głos nadal był pełen złości.
            - Słucham?! - osłupiałam. - Co Ty za bzdury wygadujesz - oburzyłam się.
            - Mówiłam jej, żeby się tak nie wściekała, ale nie przegadasz - odparła zrezygnowana Irma. - Proszę, wyjaśnijcie to między sobą w miarę spokojnie. Ja już muszę lecieć, mam ważną sprawę do załatwienia - rzuciła i skierowała się do wyjścia.
            - Skąd w ogóle takie informacje? - zapytałam się tej choleryczki.
            - Od Kate - odburknęła, na co wybuchnęłam śmiechem.
            - Serio, Kaitlyn? Na bardziej wiarygodne źródło informacji w szkole trafić nie mogłaś - zakpiłam.
            - Inni też widzieli - powiedziała dumnie. Zmarszczyłam czoło. Nie wierzyłam w jej głupotę. - Zaraz zadzwonię po Kate i opowie jak to się do niego śliniłaś.
            - Chyba jej się historie pomyliły, bo to raczej ona wczoraj śliniła się do Dustina! Ja z Jasonem tylko rozmawiałam, a Ty wierz komu chcesz, nie wnikam - powiedziałam podniesionym tonem i odwróciłam się od niej napięcie, nie zwracając już uwagi na to co gada pod nosem. Od razu zauważyłam Dustina, który stał kawałek dalej pod salą. - Świetnie, jeszcze on tu. Pomyślałam. Patrzył na mnie swoimi niebieskimi tęczówkami badawczo. Spojrzałam na niego lekceważąco i chciałam wyminąć.
            - Wszystko okej? - spytał, o dziwo łagodnym i spokojnym tonem. Czy, aby przypadkiem w jego wzroku nie można było zauważyć nieco troski? Nie, czysta abstrakcja. Przemknęło mi.
            - A Ty, co? Dzień dobroci dla zwierząt? - rzuciłam oschłym tonem mało myśląc. Zmierzył mnie złowrogo i chwycił za mój prawy nadgarstek mocno zaciskając na nim swoją dłoń.
            - Auć, to boli - jęknęłam, na co rozluźnił uścisk.
            - Nie powinnaś tak się do mnie zwracać - powiedział mrocznie.
            - Nie będziesz mi mówić co mam robić, Grey - powiedziałam przepełniona złością.
            - To Ty nie umiesz panować nad emocjami, rozkapryszona laluniu - tym razem poczułam psychiczny ból.
            - I kto to mówi - rzuciłam niewiele myśląc i odwróciłam się napięcie.
            Skierowałam się do najbliższego wyjścia. Na dworze było już dość ciemno. W planach miałam wracać do domu razem z Kaitlyn, ale skoro ona woli wierzyć Kate to proszę bardzo, nie zatrzymuje jej. Wrócę do domu sama, pieszo. 16 czy 20? Nie robi mi to różnicy. Nie jestem małą dziewczynką, umiem sobie poradzić.
            Szłam już kawałek podziwiając dziwna okolicę w jakiej leżała szkoła. Nasze liceum choć z dość dobrą reputacją to mieściło się w dziwnej dzielnicy. Jakieś szarobure, opuszczone budynki, nijakie bloki mieszkalne, z przewijającymi się sklepami. Mało zieleni, i jakoś tak anemicznie.
            Nagle usłyszałam za sobą kroki. "Dustin, co za natręt." Przeszła mi pierwsza myśl.
            - Dustin, myślałam, że dałeś już sobie spokój - powiedziałam już dosyć spokojnym, lecz nieco podirytowanym głosem.
            Odwróciłam się o 180 stopni i doznałam szoku. To nie był Dustin. Rzucił się na mnie jakiś obrzydliwy typ, a swoje brudne ręce przyłożył mi do ust, żebym się nie darła. Próbowałam się wyrwać, na marne. Odwrócił się na chwilę, a ja wykorzystując okazję kopnęłam go w czułe miejsce. Rzuciłam się do ucieczki. Moja pierwsza myśl to było cofnąć się do szkoły. Jak pomyślałam tak też zrobiłam. Biegnąc skierowałam się do drzwi, przez które wcześniej wychodziłam. Chwyciłam za klamkę i zamarłam. Drzwi były zamknięte. Szarpnęłam kilkakrotnie za klamkę, ale nic nie uległo zmianie. Poczułam, że w kącikach oczu zbierając mi się łzy. Tak, jasne, jeszcze tylko się rozpłacz. Krytykowałam się. Zaczęła ogarniać mnie coraz większą panika. I co ja teraz zrobię? Ten obrzydliwiec i zapewne reszta jego bandy na pewno już tu jest. Zaraz mnie znajdą i zrobią sobie ze mną co zechcą. Koniec. Muszę zacząć myśleć racjonalnie.
            Ostrożnie oddaliłam się od bocznego wejścia i skierowałam się na przód szkoły. Przyspieszyłam kroku. Za chwilę już biegłam. Obejrzałam się za siebie, by sprawdzić, czy czasem nie biegnie za mną ten typ. I wtedy nagle poczułam, że na kogoś wpadłam. Moje serce stanęło na moment, cała się trzęsłam, wydarłam się przeraźliwie. Czułam, że to koniec. "Fajny koniec dnia." Pomyślałam ironicznie.

Jeśli to czytacie zostawcie proszę po sobie komentarz, to wiele dla mnie znaczy - z góry dzięki! Piszcie co sądzicie - Wasza opinia jest dla najważniejsza, dzięki niej wiem co robię źle, a nad czym powinnam popracować. :)
Klaudia x