poniedziałek, 10 sierpnia 2015

9. Wyjałowiona dusza.

          Wdech, wydech. W myślach odliczam do dziesięciu. Na przemian tracę i nabieram sił. Moje życie jest jak parabola, nieustannie malejąca, rosnąca, malejąca, rosnąca, zero constansu. Posiałem gdzieś wszystkie mapy dzięki którym mógłbym znaleźć choć na moment równowagę. Patrzę przed siebie i dostrzegam, że stoję nad przepaścią, silny wiatr kołysze pozostałości z istniejącego tu kiedyś mostu. Nie mam jak dostać się na drugą stronę, nie mogę więc podnieść się i iść dalej, bo nie mam zwyczajnie gdzie. Dlatego też nie mogę pozbyć się patrzenia wstecz, wspomnienia uderzają w niezliczonej ilości zawsze kiedy choć na moment odwrócę głowę do tyłu. To alegoria mojej psychiki. Porwana, zniszczona, zniedołężniała, zdemolowana. Mogę wymieniać tak długo...
            Nie sztuką jest zamknąć się w czterech ścianach i odciąć się od reszty świata. Prawdziwym wyzwaniem jest przyznać się, że popełniło się kilka większych błędów, pobłądziło się, zagubiło samych siebie w tej plątaninie natłoku słów i skrajnych emocji, dlatego też codziennie podejmuję wyzwanie walczenia o to by z dnia na dzień było lepiej, a przynajmniej nie gorzej. Chociaż szczerze powiedziawszy nie wiem czy mi się to uda.
            Żyję ze świadomością, że gdzieś tam jest lepszy świat w którym magicznie znikają wszelkie troski i kłopoty. Może to tylko iluzja, a może jednak jest jakiś sens w to wierzyć? Boli mnie to, że żyję tu w niewiedzy jak dostać się do tamtego świata. Czuję się niemal jak w klatce, wytężam moją wiarę tak silnie jak tylko to jest możliwe, ale efektów nie widać. Dlaczego?
            Otaczają mnie ludzie, ale cały czas brak mi tego co uskrzydla najbardziej na świecie. Czemu mam wrażenie, że w tamtym świecie łatwiej o osiągnięcie moich pragnień? Żyję w swoim świecie, mieszczącym się na skraju świata realnego i świata magicznego. Codziennie pod przymusem spowodowanym moimi obowiązkami wybieram drogę świata nie magicznego, jakby pozbawionego "wnętrza"... A może... to we mnie brak "wnętrza"? Może sęk w tym, że to ja jestem po prostu taki wyjałowiony?
            Jak wyjałowiony organizm po ciężkiej chorobie. Dochodzę do siebie, ale trwa to tak niesamowicie długo. Mam wręcz wrażenie, że będzie to dłużyć się w nieskończoność, a tego niestety już nie zniosę.
            Rozmyślałbym tak dalej, ale kiedy zauważam, że dochodzi dziewiąta, pośpiesznie wychodzę z mieszkania i wsiadam do auta. Podjeżdżam na parking i udawanym uśmiechem staram się z całych sił ukryć moje troski.
*
            I nastał kolejny poniedziałek. Weekend minął mi raczej spokojnie. W sobotę przyjechała siostra mamy i trochę u nas posiedziała, a potem zaproponowała, że zabierze na jakiś czas Mary i George'a do siebie, żebym miała też czas dla siebie samej, a nie ciągle opiekowała się rodzeństwem. Lubię spędzać z nimi czas, więc próbowałam powiedzieć jej, że sama daję sobie radę, tym bardziej, że Mary jest już prawie dorosła, jednak ta nalegała. Co za paradoks, siostra naszej rodzicielki bardziej przejmuje się naszym losem, aniżeli ona sama. Jakby to powiedzieć, nihil nobil.
            W niedzielę zatem zostałam sama w domu, bo mama gdzieś znowu pojechała, więc miałam czas przemyśleć sobie wszystko, i zaczęłam dochodzić do wniosku, że skoro mam takie wątpliwości, to czy sens jest w ogóle nad czymś się zastanawiać? Skoro nie jestem pewna swoich uczuć, to czy warto wchodzić w takową relację? No właśnie...
            Chciałabym doświadczyć wystarczająco silnych uczuć i emocji by poczuć je całym ciałem i umysłem, by choćby na sekundę nie zawahać się czy tego chce czy też nie. Nie chcę trwać w czymś byle jakim.
            Przekroczyłam próg szkolnych drzwi i skierowałam się do swojej szafki. Schowałam do niej zbędne książki i zeszyty, po czym udałam się pod salę, zaczynałam lekcją rozszerzonej biologii. Przywitało mnie wrogie spojrzenie Kate, na co wywróciłam tylko oczami. Stał tam też Dustin, nie dziwiło mnie to zbyt, już wcześniej pokazał w jakim towarzystwie gustuje, pomyślałam niby neutralnie, jednak gdzieś tam była we mnie lekka gorycz.
            Na zajęciach nie zwracałam na niego uwagi i ogólnie nie patrzyłam w jego stronę. Generalnie rzecz ujmując dzisiaj był kolejny dzień, kiedy myślami byłam gdzieś indziej. Siedziałam w ławce zamyślona, opierając się na łokciu oraz nie przywiązując uwagi do tego co dzieje się na lekcji.
            - Ziemia do Williams - usłyszałam nagle głos Jasona, który machał mi ręką przed twarzą. Siedzieliśmy razem w ławce na biologii. Natychmiast się obruszyłam.
            - Jestem, jestem - powiedziałam z uśmiechem.
            - Ty myślisz o niebieskich migdałach, a kolega coś często przyciąga wzrok w Twoją stronę - zaśmiał się. Spojrzałam na niego pytająco. - Dustin - powiedział szeptem.
            Dyskretnie odwróciłam głowę w bok. Faktycznie, lustrował mnie, jakby nad czymś rozmyślając. Mam Cię, Grey. Szybko zorientował się, że również spojrzałam w jego stronę, jednak ten wcale nie odwrócił wzroku, pozwolił się przyłapać. Patrzył się na mnie badawczo, jego wzrok zdawał się kryć jakąś tajemnicę, widać to było w tym jego błysku w oku. Nie było to ani złowrogie spojrzenie, ani przyjacielskie. Zupełnie jakby wyjałowione z emocji.
            Jeszcze przez chwilę lustrowaliśmy się spojrzeniami, po czym ten odwrócił wzrok w stronę wołającej go Kate. Dziewczyna położyła mu rękę na ramieniu i jak zwykle niesamowicie się do niego śliniła. Ślepy by zauważył jakie to było sztuczne. Odwróciłam od nich wzrok, aby nie zwrócić śniadania, nah.
            Nagle usłyszałam dźwięk wiadomości, spojrzałam na ekran telefonu, to była wiadomość od Dave'a. Wywróciłam oczami. Czy ten chłopak ma choć trochę pojęcia o tym co to przestrzeń osobista? W ten sposób nic nie ugrasz, Brown. Jedynie moje zniechęcenie. Schowałam telefon do torby. Nie miałam zamiaru odpowiadać mu na tą wiadomość.
            Reszta biologii minęła mi dość szybko, kiedy zadzwonił dzwonek, podniosłam się z ławki i skierowałam razem z Jasonem do wyjścia.
            - Stara, on ciągle co jakiś czas na Ciebie się gapi - wyszeptał, gdy opuszczaliśmy salę. Zrobiłam kwaśną minę, o co mu może chodzić? Już miałam się odwrócić, ale usłyszałam śmiech Kate za plecami, tym samym tracąc ochotę.
            Wyszliśmy z Jasonem na boisko, aby nieco przewietrzyć się. Usiedliśmy na jednej z ławek, nie minęła minuta, kiedy rozbrzmiał dzwonek mojego telefonu.
            - Tak słucham - odebrałam. W tle usłyszałam głos Mary, płakała. - Kochanie, czy Ty płaczesz? Mów szybko co sie dzieje - wydyszałam zdenerwowana do młodszej siostry.
            - Rita, czy możesz mi powiedzieć, kiedy wreszcie skończą się te nasze rodzinne szopki? - zapytała z wyrzutem, cały czas szlochając. Jej głos ogarniał żal, smutek i złość na raz.
            - A co się stało konkretnie? - zapytałam nadal nie wiedząc o co jej chodzi.
            - A zebrało mi się na szczerą rozmowę z ciocią i wujkiem, i teraz najchętniej by wnieśli sprawę do sądu o zabranie mamie praw rodzicielskich skoro i tak nas tak zaniedbuje. Rita, ja tak nie chce. Chcę świętego spokoju, w końcu! - dziewczyna nie przestawała płakać, była jednocześnie taka bezradna, przejęta i wściekła.
            - Spokojnie, Mary. Nie będzie żadnej rozprawy sądowej. Przyjadę dzisiaj po Was i porozmawiam z nimi, że nie czujemy takiej potrzeby - starałam, aby mój głos brzmiał spokojnie, ale w środku telepało mnie z nerwów. Na twarzy Jasona pojawiło się zaniepokojenie.
            - Obiecaj mi to, obiecaj mi to, Rita - dziewczyna nieco się uspokoiła, ale nadal szlochała.
            - Masz moje słowo, siostrzyczko. Widzimy sie dzisiaj popołudniu, dobrze?
            - Mhmm - odburknęła. Już nie płakała. - To pa - rozłączyła się.
            Zastygłam na dłuższą chwilę. Poczułam jak całą mnie ogarnia poczucie bezsensu, a było już tak przyjemnie. Ugh.
            - Co jest, Rita? - spytał zmartwiony Jason.
            Opowiedziałam Jasonowi o całej sytuacji. Chłopak powiedział mi parę optymistycznych słów, żeby mnie pokrzepić i przytulił krótko. Niby podziałało, ale jednak straciłam ochotę na uśmiechanie się przez resztę dnia.
            - Dobra, dzięki Jason za wszystko, a teraz uciekam się wyciszyć - rzuciłam nagle wstając z ławki.
            - Na pewno już dobrze? - dopytał.
            Pokiwałam głową i uśmiechnęłam się słabo.
            Weszłam z powrotem do szkoły i skierowałam się prosto do sali muzycznej. Nie mogłam się uspokoić. Po prostu nie mogłam. W tym momencie emocje zbyt mną targały, bym mogła logicznie myśleć. Weszłam do sali, która na szczęście była wolna. Czując, że do kącików oczu zbierają mi się łzy sięgnęłam po swój telefon, weszłam na youtube. „Połączenie zostało zerwane. Sprawdź połączenie z Internetem." Przeczytałam komunikat, który wyświetlił się na ekranie mojego smartphona. Super, genialnie! Natychmiast skierowałam się do kafejki internetowej. Musiałam usłyszeć jego głos, żeby uciszyć moje rozproszone wnętrze. Musiałam.
            Doszłam do drzwi kafejki, na szczęście nikogo nie było w środku. Weszłam dość pośpiesznie, włączyłam Internet, a w przeglądarce w pasek wyszukiwania wpisałam „Kidrauhl – So Sick".
            19 styczeń 2007 roku, przeczytałam i kliknęłam „play".
            Nałożyłam słuchawki i zamknęłam oczy. Na moment wstrzymałam czas w swoim wyimaginowanym świecie i zatopiłam się w dźwiękach muzyki, w kojącym moje nerwy głosie 12-letniego Justina.
            Automatycznie poleciało mi kilka łez na policzki, to nie było nic odmiennego. Ta piosenka zawsze wywierała na mnie te same emocje. Aż wreszcie rozryczałam się na dobre. Ale to były łzy oczyszczenia. Czułam jak spływa po mnie całe napięcie, złość, smutek. Uśmiechnęłam się sama do siebie na myśl jak jednak osoba umie cudownie wpłynąć na zszargane nerwy takiej niestabilnie emocjonalnie osoby jak ja.
            - Co Ty tu robisz? – nagle do kafejki ni stąd ni z owąd wpadł Dustin. Wpatrywał się we mnie szlochającą do ekranu komputera. Pewnie teraz uważa, że jestem jeszcze większym dziwadłem, fajnie. Powiedziałam w myślach beznamiętnie. – Wszystko w porządku? – dodał po chwili głosem z nieco mniejszą zawartością obojętności i chłodu, zbliżając się do mnie.
            Nie odpowiedziałam. Jakoś nie umiałam zebrać w sobie sił, by mu odpowiedzieć. – Co słuchasz? – powiedział podchodząc jeszcze bliżej, gdy nie odpowiedziałam. Automatycznie szybkim ruchem ręki zrzuciłam youtube na pasek zadań. Nie wiem w sumie czemu to zrobiłam. Chwycił momentalnie za myszkę, a ja czując kontrastujące ciepło jego dłoni z moją lodowatą, natychmiast ją zabrałam.
            - Ja nie gryzę – szepnął w odpowiedzi na mój gest. I uśmiechnął się. Tak, to chyba był uśmiech. On naprawdę się uśmiechnął. Nieprawdopodobne. – Justin Bieber – skitował chłodno. – To z jego powodu płaczesz? – powiedział to w taki dziwny sposób, nie umiałam tego oddać słowami. Było mu mnie żal? I jednocześnie był... zły, ale czemu? Przecież przed chwilą jeszcze się uśmiechał. Chyba nigdy go nie zrozumiem. – Nie płacz, nie z jego powodu – skitował kierując się do wyjścia. Wszedł i już chciał wychodzić. Bez słowa wytłumaczenia. Aha?
            Przez chwile jakby zabrało mi mowę. Prawie już przekroczył próg pomieszczenia, kiedy moje struny głosowe wreszcie nawiązały współpracę z resztą mojego ciała.
            - Nie z jego powodu? – powtórzyłam jego słowa. Pokiwał powoli głową. Nie umiałam się wysłowić. Głowa mnie bolała. Na nic nie miałam sił. – Bo co?
            - Spokojnie. Miałem na myśli tylko to, żebyś nie marnowała swoich pięknych oczu na płakanie przy jego piosenkach – rzucił mi na odchodne i wyszedł szybkim krokiem z kafejki.
            Gdybym tylko się lepiej dziś czuła rzuciłabym się za nim i mu nawtykała co myślę o jego głupich uwagach. Żartowniś. Akurat mnie to nie bawi, Grey.
*
            Jakoś dotrwałam do końca lekcji. Po szkole zgodnie z obietnicą złożoną Mary, pojechałam po rodzeństwo. Czekała mnie ciężka rozmowa z wujostwem, jednak nie należeli oni do problematycznych ludzi i dało się z nimi dogadać, a w sumie to zawrzeć kompromis. Bowiem, powiedzieli, że skoro tak to zaczną baczniej przyglądać się naszej matce, a w razie co, najbardziej łagodną drogą sądową, ustalą mnie opiekunem prawnym George'a i Mary. Pokiwałam tylko głową na to, nie miałam już siły wdawać się w jakąkolwiek dyskusję, gdyż zjadały mnie nerwy na skutek tego, kiedy widziałam jak moje młodsze rodzeństwo to odreagowuje.
            Gdy przekroczyliśmy próg domu dochodziła już dwudziesta pierwsza. Od razu skierowałam się do swojego pokoju. Sięgnęłam z szafy dres i udałam się do łazienki. Wzięłam niedługą kąpiel. Po powrocie z łazienki położyłam się do łóżka i wyciągnęłam rękę po książkę leżącą na szafce nocnej. Przeczytałam parę stron losów Jane Benett, po czym wykończona dzisiejszym dniem zasnęłam.
*
            Nastał kolejny dzień. Dzisiaj było naprawdę spokojnie, powiedziałabym, że nawet nieco nudnawo, ale nie sprawiało mi to przykrości. Po wczorajszym dniu wystarczy mi nerwów. Szłam właśnie szkolnym korytarzem, kiedy usłyszałam jakieś nerwowe głosy. Wyszłam zza rogu i nagle moim oczom ukazała się Irma z Kaitlyn.
            - Niech ja ją tylko spotkam - powiedziała Kaitlyn. Chociaż nie, w sumie to wykrzyczała.
            - Nie sądzisz, że to bardzo naiwne wierzyć Kate? - mówiła spokojnie Irma.
            Podeszłam do nich bliżej, chcąc dowiedzieć się co się stało.
            - Cześć dziewczyny - przywitałam się z nimi, a Kaitlyn mało co nie rzuciła mi się na szyję. - Ej, zluzuj! O co Ci chodzi? - powiedziałam zirytowana. Co tej lasce odbija?
            - Witaj, Rita Niewiniątko Williams - wysyczała przez zęby. Przedostatnie słowo wypowiedziała ze szczególną agresją w głosie.
            Nabrałam pytającego wyrazu twarzy.
            - Oświecisz mnie wreszcie? - spytałam podirytowana i zdezorientowana.
            - Fajnie to tak prowadzić się z moim chłopakiem i obściskiwać na szkolnym boisku, kiedy mnie już nie ma w szkole? - jej głos nadal był pełen złości.
            - Słucham?! - osłupiałam. - Co Ty za bzdury wygadujesz - oburzyłam się.
            - Mówiłam jej, żeby się tak nie wściekała, ale nie przegadasz - odparła zrezygnowana Irma. - Proszę, wyjaśnijcie to między sobą w miarę spokojnie. Ja już muszę lecieć, mam ważną sprawę do załatwienia - rzuciła i skierowała się do wyjścia.
            - Skąd w ogóle takie informacje? - zapytałam się tej choleryczki.
            - Od Kate - odburknęła, na co wybuchnęłam śmiechem.
            - Serio, Kaitlyn? Na bardziej wiarygodne źródło informacji w szkole trafić nie mogłaś - zakpiłam.
            - Inni też widzieli - powiedziała dumnie. Zmarszczyłam czoło. Nie wierzyłam w jej głupotę. - Zaraz zadzwonię po Kate i opowie jak to się do niego śliniłaś.
            - Chyba jej się historie pomyliły, bo to raczej ona wczoraj śliniła się do Dustina! Ja z Jasonem tylko rozmawiałam, a Ty wierz komu chcesz, nie wnikam - powiedziałam podniesionym tonem i odwróciłam się od niej napięcie, nie zwracając już uwagi na to co gada pod nosem. Od razu zauważyłam Dustina, który stał kawałek dalej pod salą. - Świetnie, jeszcze on tu. Pomyślałam. Patrzył na mnie swoimi niebieskimi tęczówkami badawczo. Spojrzałam na niego lekceważąco i chciałam wyminąć.
            - Wszystko okej? - spytał, o dziwo łagodnym i spokojnym tonem. Czy, aby przypadkiem w jego wzroku nie można było zauważyć nieco troski? Nie, czysta abstrakcja. Przemknęło mi.
            - A Ty, co? Dzień dobroci dla zwierząt? - rzuciłam oschłym tonem mało myśląc. Zmierzył mnie złowrogo i chwycił za mój prawy nadgarstek mocno zaciskając na nim swoją dłoń.
            - Auć, to boli - jęknęłam, na co rozluźnił uścisk.
            - Nie powinnaś tak się do mnie zwracać - powiedział mrocznie.
            - Nie będziesz mi mówić co mam robić, Grey - powiedziałam przepełniona złością.
            - To Ty nie umiesz panować nad emocjami, rozkapryszona laluniu - tym razem poczułam psychiczny ból.
            - I kto to mówi - rzuciłam niewiele myśląc i odwróciłam się napięcie.
            Skierowałam się do najbliższego wyjścia. Na dworze było już dość ciemno. W planach miałam wracać do domu razem z Kaitlyn, ale skoro ona woli wierzyć Kate to proszę bardzo, nie zatrzymuje jej. Wrócę do domu sama, pieszo. 16 czy 20? Nie robi mi to różnicy. Nie jestem małą dziewczynką, umiem sobie poradzić.
            Szłam już kawałek podziwiając dziwna okolicę w jakiej leżała szkoła. Nasze liceum choć z dość dobrą reputacją to mieściło się w dziwnej dzielnicy. Jakieś szarobure, opuszczone budynki, nijakie bloki mieszkalne, z przewijającymi się sklepami. Mało zieleni, i jakoś tak anemicznie.
            Nagle usłyszałam za sobą kroki. "Dustin, co za natręt." Przeszła mi pierwsza myśl.
            - Dustin, myślałam, że dałeś już sobie spokój - powiedziałam już dosyć spokojnym, lecz nieco podirytowanym głosem.
            Odwróciłam się o 180 stopni i doznałam szoku. To nie był Dustin. Rzucił się na mnie jakiś obrzydliwy typ, a swoje brudne ręce przyłożył mi do ust, żebym się nie darła. Próbowałam się wyrwać, na marne. Odwrócił się na chwilę, a ja wykorzystując okazję kopnęłam go w czułe miejsce. Rzuciłam się do ucieczki. Moja pierwsza myśl to było cofnąć się do szkoły. Jak pomyślałam tak też zrobiłam. Biegnąc skierowałam się do drzwi, przez które wcześniej wychodziłam. Chwyciłam za klamkę i zamarłam. Drzwi były zamknięte. Szarpnęłam kilkakrotnie za klamkę, ale nic nie uległo zmianie. Poczułam, że w kącikach oczu zbierając mi się łzy. Tak, jasne, jeszcze tylko się rozpłacz. Krytykowałam się. Zaczęła ogarniać mnie coraz większą panika. I co ja teraz zrobię? Ten obrzydliwiec i zapewne reszta jego bandy na pewno już tu jest. Zaraz mnie znajdą i zrobią sobie ze mną co zechcą. Koniec. Muszę zacząć myśleć racjonalnie.
            Ostrożnie oddaliłam się od bocznego wejścia i skierowałam się na przód szkoły. Przyspieszyłam kroku. Za chwilę już biegłam. Obejrzałam się za siebie, by sprawdzić, czy czasem nie biegnie za mną ten typ. I wtedy nagle poczułam, że na kogoś wpadłam. Moje serce stanęło na moment, cała się trzęsłam, wydarłam się przeraźliwie. Czułam, że to koniec. "Fajny koniec dnia." Pomyślałam ironicznie.

Jeśli to czytacie zostawcie proszę po sobie komentarz, to wiele dla mnie znaczy - z góry dzięki! Piszcie co sądzicie - Wasza opinia jest dla najważniejsza, dzięki niej wiem co robię źle, a nad czym powinnam popracować. :)
Klaudia x

sobota, 1 sierpnia 2015

8. Mętlik.



Jeśli tu jesteście i czytacie moje wypociny, dajcie proszę znać! :)
Z góry dzięki!     
    

Czasami dochodzisz to takiego momentu, że niewiele już Cię obchodzi. Docierają do Ciebie wszystkie te emocje i uczucia, ale Ty pozostajesz w tym samym miejscu, po prostu.
            Wdech, wydech, wdech, wydech. Cieszyłam uszy głuchą ciszą, która panowała w moim pokoju. Leżałam swobodnie na łóżku z zamkniętymi oczami, klatka po klatce analizując parę ostatnich dni. Najpierw sprzeczka z Dustinem, potem zaginięcie George'a i jeszcze te nagłe pojawienie się Ricka. Na dodatek wątek z Dave'em... Chyba za dużo jak na mnie.
            Westchnęłam głośno.
            Nie potrafię odnaleźć prawidłowej drogi. Nadal się gubię, nieustannie trafiam na ślepe uliczki, niemądrze wybieram ciemne, boczne ulice. I zbyt dużo myślę, tak to jeden z moich największych błędów, co gorsza nie potrafię go nijak wyplenić. Nie poddaję się, gram dalej, ale pełno we mnie niejasności, niepewności. To tak irytujące. Potrzebuję kogoś kto byłby dla mnie kompasem, wskazały właściwy kierunek, doradził... Kogoś więcej niż przyjaciela. Potrzebuję totalnej przemiany, pewnego rodzaju uzdrowienia i odnowy. Odkreślenia grubą krechą przeszłości, czytaj mój największy błąd numer jeden. Nieustannie spoglądam wstecz, wracam do pewnych zdarzeń, rozpamiętuję... I niby wiem, że takie postępowanie jest bezsensu, jednakże coś w głębi mnie sprawia, że brnę w to głupstwo. I nie potrafię przestać. Pochopna i strasznie krytyczna ocena, czyli największy błąd numer trzy. Niby brak we mnie jakichkolwiek stereotypów, uprzedzeń i tym podobne, ale coś sprawia, że pewną grupę ludzi oceniam z góry i to bardzo krytycznie. Chyba wszystko dlatego, że boję się krytyki z ich strony i słów wypowiadanych za moimi plecami, bardzo złe myślenie. Mam tego świadomość i...
            Mój wewnętrzny monolog przerwało pukanie do drzwi. Niechętnie otworzyłam oczy, po czym zmieniłam pozycję na siedzącą.
            - Mogę? - George wychylił głowę zza drzwi.
            - Tak, jasne! Siadaj - uśmiechnęłam się do niego. - Co jest, młody?
             - Masz może ochotę na spacer? Chciałbym pójść na plac zabaw - uśmiechnął się do mnie promiennie.
            - Czemu nie - odparłam, po czym wykrzywiłam usta w półuśmiechu.
            - Super! To ja idę się ubrać - wykrzyknął wesoło malec.
            - Dołączę do Ciebie zaraz! - krzyknęłam, kiedy braciszek opuścił już mój pokój.
             Opadłam lekko na poduszkę i ponownie westchnęłam.
            " Czas wziąć się w garść, Williams." - zabrzmiało w mojej głowie.
            " To trudniejsze, gdy nie ma się z kim." - odpowiedziałam sama sobie, po czym wstałam z łóżka. Sięgnęłam po bluzę z szafy, zabrałam telefon z biurka i zeszłam po schodach na dół.
            George czekał już ubrany, widocznie się niecierpliwiąc. Założyłam trampki na nogi i wyszliśmy z mieszkania.
            Na dworze przywitał mnie przyjemny powiew wiatru. Szliśmy z George'm powolnym krokiem. Obserwowałam gałęzie drzew, które delikatnie kołysał wiatr. W niecałe dziesięć minut dotarliśmy na plac zabaw. Mały pobiegł do swoich kolegów, a ja usiadłam na ławce. Nadal nie mogłam wyrzucić z głowy wspomnień z minionego wyjazdu szkolnego.

            - Boję się - nagle przerwałam ciszę.
            - Boisz się? - powtórzył za mną.
            - Jestem pełna lęków i niepewności. I chyba już sama nie wiem czego chcę... chociaż to może przez te widzenie braku jakiegokolwiek sensu w prawie wszystkim.
            Chłopak głośno westchnął. Chociaż chyba to było bardziej jękniecie.
            - Oh, brzmi, aż za bardzo znajomo - powiedział ledwo słyszalnie.
            - Słucham? - zapytałam zaskoczona, po czym nagle odkaszlnęłam, bo zaschło mi w gardle.
            - Nie jesteś sama - powiedział nieco głośniej, po czym odwrócił wzrok, jakby bał się, że wyczytam z jego oczu całą prawdę o nim.
            Między nami znowu zapanowała cisza.
            Poczułam się nieco niezręcznie, ale nie zamierzałam jej przerywać. Nie chciałam wyjść na nachalną, jeśli nie chce kontynuować danego tematu, nie będę naciskać.
            - Pójdę już - powiedział po dłuższej chwili. - A Ty połóż się, odpocznij. To Ci dobrze zrobi - podniósł się z miejsca i pożegnał mnie obojętnym wyrazem twarzy. Tak bardzo czułam, że pod tą maską obojętności kryje się milion nadprogramowych emocji.
            Czując, że nadal mi tak źle psychicznie, posłuchałam rady Dustina i po niespełna pięciu minutach wstałam z ławki, udając się do naszego domku. Kiedy już weszłam do środka pierwsze co zrobiłam to wyłączyłam telefon ignorując kilka bądź kilkanaście powiadomień, wiadomości i nieodebranych połączeń, po czym wzięłam szybki prysznic, a potem z muzyką w uszach próbowałam walczyć z bezsennością...

            Wyraźnie słyszalny śmiech George'a w tle przerwał moje rozmyślania. Spojrzałam na małego brata, był taki uradowany. W pewnym sensie zazdrościłam mu tej dziecięcej beztroski, też bym tak chciała...
            Po około godzinie zaczęliśmy zbierać się do domu. Dochodziło wpół do dziewiętnastej.           
            - Co zrobimy na kolację? - zapytał nagle chłopiec.
            - A na co masz ochotę, skarbie? - odpowiedziałam pytaniem.
            - Może by tak tosty! - zaproponował.
            - Świetny pomysł, ale w takim razie musimy wpaść do sklepu po trochę sera i chleb tostowy - odparłam uśmiechając się do malca. Odwzajemnił uśmiech.
            Do najbliższego supermarketu mieliśmy zaledwie parę kroków. Gdy weszliśmy do środka od razu skierowaliśmy się do działu z nabiałem. Na chwilę zamyśliłam się, nie pierwszy to juz raz dzisiejszego dnia zresztą, a kiedy odwróciłam się w stronę brata, ten zniknął mi z pola widzenia. Od razu serce zaczęło mi szybciej bić. Obejrzałam się jeszcze raz dookoła, ale nigdzie go nie widziałam. Zrobiłam obchód po najbliższych działach, ale nigdzie go nie było. Poczułam, że robi mi się niedobrze z nerwów. Przyśpieszyłam kroku i zaczęłam rozglądać się dookoła. Chciałam skręcić do następnej półki, kiedy nagle wpadłam na kogoś. Spojrzałam i od razu poczułam jak zaczynać płonąć ze wstydu.
            "Ile razy jeszcze będę tak wpadać na tego człowieka?" - krzyczała moja podświadomość.
            - Rita, hej - odparł zdezorientowany.
             - Cześć, Dustin.
            - Wszystko okej? Wyglądasz na zdenerwowaną.
            - Em, nie, wszystko w porządku, tylko chyba jestem zbyt nieobecna na opiekowanie się bratem - zmieszana opuściłam głowę w dół.
            - Znowu zgubiłaś George'a? - na jego twarzy pojawiło się rozbawienie.
             - Tak jakby - wybełkotałam.
            Zaśmiał się, na co skarciłam go wzrokiem.
            Chłopak odchrząknął i powiedział:
            - Przepraszam, to było nie na miejscu. Mały na pewno zaraz się znajdzie, może po prostu zainteresował go któryś z działów i... O! Chyba niewiele się myliłem - odparł.
            Odwróciłam się do tyłu, po czym spostrzegłam roześmianego malca idącego w moją stronę ze sporej wielkości lizakiem w ręku.
            - Rita! Patrz, jaki duży lizak, i to w kształcie minionka! - zawołał rozradowany. Jego uśmiech stał się jeszcze większy, kiedy dostrzegł stojącego obok mnie Dustina. Z wielkim uśmiechem na ustach przywitał się z chłopakiem.
            - To my już będziemy lecieć, pa Dustin - odparłam. Jestem pewna, że na policzkach miałam czerwone wypieki ze wstydu. Wzięłam brata za rękę i odeszłam szybko w swoją stronę. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Nie dość, że czułam się niezręcznie przez tą naszą "szczerą" rozmowę, to teraz jeszcze to. Brawo, Williams.
            Po niecałych dwudziestu minutach byliśmy już w domu. Po kolacji wróciłam do mojego łóżka. Jakoś nie miałam chęci na nic innego. W między czasie przypomniało mi się, żeby jeszcze zadzwonić do Mary, która była u przyjaciółki na noc. Nie odbierała jednak, więc postanowiłam, że zadzwonię jutro z samego rana. Po telefonie do siostry poszłam przeczytać coś bratu przed snem, a kiedy mały już zasnął po cichu wróciłam do swojego pokoju. Wzięłam szybki prysznic i przebrana w piżamę weszłam pod kołdrę. Wtuliłam się w poduszkę i zamknęłam oczy próbując zasnąć.
            Prawie już zasypiałam, kiedy zadzwonił mój telefon. Nie otwierając oczu sięgnęłam po telefon do szafki nocnej.
            - Halo. Mary? - powiedziałam do telefonu będąc przekonana, że siostra oddzwania.
            - Nie, to ja, Rita - usłyszałam głos Dave'a w słuchawce, po czym natychmiast zrobiło mi się niedobrze, znacznie bardziej niż dzisiaj w sklepie.
            - Nie spojrzałam na wyświetlacz, myślałam, że to moja siostra - rzuciłam krótko.
            - Oh, to dlatego odebrałaś - dało się usłyszeć żal w jego głosie. Aż coś mnie zakuło w środku.
            - Tylko nie wywołuj u mnie poczucia winy - powiedziałam nieco oschle.
            - Nie to miałem w zamiarze - tłumaczył się. - Chciałem porozmawiać - dodał ciszej.
            Znowu coś mnie zakuło w sercu. Westchnęłam, czując, że łzy powoli zaczynają mi się gromadzić pod powiekami.
            - Więc słucham - rzuciłam niby obojętnie.
            - Ekhm, wolałbym w cztery oczy.
            - Ale ja już niekoniecznie - kontynuowałam obojętny ton, który miałam wrażenie blokował wypłynięcie łez na wierzch.
            - Rita, proszę Cię... - powiedział łamiącym się głosem.
            Milczałam przez chwilę walcząc ze wspomnieniami.
            - Dave, co Ty tak naprawdę ode mnie chcesz, co? - nieco podniosłam ton.
            - Zależy mi na Tobie... Bardzo. I - zająknął się na moment - nie chcę Cię stracić - jego ton był wręcz błagalny.
            Łzy nie pozwoliły mi odpowiedzieć. Pośpiesznie je wytarłam, ale te nie chciały przestać lecieć.
            - Rita, jesteś tam? - zapytał smutnym głosem.
            Niechcący zaszlochałam do telefonu, natychmiast mentalnie walnęłam siebie w policzek.
            - Czy Ty płaczesz? - zapytał. Był taki przejęty.
            - Nie - zaprzeczyłam, ale mój głos zdradzał wszystko.
            - Pozwól mi to wszystko naprawić - wyszeptał do telefonu.
            Łzy spływały mi po policzkach. I najgorsze było to, że potrzebowałam tej bliskości drugiej osoby, ale przy Dave'ie coś mnie blokowało i w ogóle miałam tyle wątpliwości co do jego osoby. Nie wiedziałam czy chcę się z nim wiązać. W zasadzie mało co wiedziałam.
            - Jutro, wieczorem. Przyjdź do mnie - coś mnie tknęło, żeby dać mu szansę chociaż na rozmowę w cztery oczy. Powiedziałam i rozłączyłam się natychmiast.
            Chyba sama nie wiedziałam jak postępować...

*
            Dochodziła dwudziesta, a ja nerwowo popijałam kawę siedząc w kuchni przy stole. Patrzyłam na zegar umieszczony na przeciwległej ścianie, kiedy nagle zabrzmiał dzwonek wstałam z krzesła, odstawiłam kubek z resztką kawy do zlewu i udałam się do przedpokoju, po czym wzięłam oddech i otworzyłam drzwi. W progu stał Dave z zatroskanym wyrazem twarzy.
            - Wejdź - rzuciłam unikając jego wzroku.
            Przeszliśmy do kuchni.
            - Chcesz coś do picia? - zapytałam.
            - Może być kawa - powiedział cicho.
            Wstawiłam wodę na kawę, po czym usiadłam obok niego przy stole.
            - Więc o czym chcesz rozmawiać? - zaczęłam widząc jaki jest spięty.
            - O nas.
            - O nas? - skrzywiłam się. - Jakie nas?
            - Przepraszam, źle się wyraziłem. O Tobie i o mnie - poprawił się. - Zależy mi na Tobie, bardzo. Wiem, że wiele przeszłaś i naprawdę nigdy nie chciałem Cię skrzywdzić, Rita - spojrzał mi w oczy, a mnie coś zakuło w sercu. - Myślałem, że też chcesz tej bliskości, i... - przełknął ślinę - myślisz o mnie w ten sam sposób w jaki ja myślę o Tobie... - spojrzał na mnie pytającym wyrazem twarzy, ale ja milczałam.
            Nagle delikatnie dotknął moich palców dłoni. Natychmiast je odsunęłam od niego.
            - Znowu to robisz - powiedziałam surowo.
            - Wybacz - odparł ze skruchą. - Po prostu czuję, że też tego chcesz, tylko coś Cię blokuje.
            - Zmuszanie kogoś do czegoś nie jest najlepszą drogą - powiedziałam oschle.
            "A zresztą... gdybym ja wiedziała czy tego chcę." - zaśmiałam się gorzko w myślach.
            - Przecież wiesz, że nie chce Cię do niczego zmuszać - tłumaczył się.
            Nic nie odpowiedziałam na to.
            Usłyszałam dźwięk gotującej się wody, dlatego wstałam z miejsca, sięgnęłam z szafki dwa kubki i pojemnik z kawą. Wyjęłam jeszcze z lodówki mleko. Kiedy kawa była już gotowa ponownie zajęłam swoje miejsce przy stole, podając chłopakowi jego kubek z kawą.
            Westchnęłam, po czym wzięłam łyk kawy. Następnie spojrzałam Dave'owi w oczy i momentalnie tego pożałowałam. Jego oczy były takie zasmucone... Cokolwiek do niego czułam bądź nie czułam ciężko było mi patrzeć na niego w takim stanie.
            - Nie jestem w stanie znieść tego Twojego pospiechu, nie umiem tak - po dłuższej chwili milczenia udało mi się powiedzieć coś w miarę sensownego.
            - Oh, rozumiem. Nie musimy sie nigdzie śpieszyć, no i...
            Nie dałam mu dokończyć.
            - I krępuje mnie bliskość, dlatego nie do przyjęcia dla mnie jest, żebyś po dwóch, trzech tygodniach znania się dotykał tak swobodnie mojego ciała - mówiłam nie patrząc mu  w oczy.
            - Wtedy... - zaczął - nie miałem nic złego na myśli, uwierz... Szanuję Cię - bronił się.
            - Mhm...
            Nastała między nami cisza juz któryś raz z kolei.
            - Nie chcę nalegać, więc może przemyśl to sobie i zadzwoń do mnie na przykład jutro albo pojutrze, dobrze? - zapytał łagodnie.
            W akcie odpowiedzi niechętnie pokiwałam głową.
            - Odprowadzę Cię do drzwi - rzuciłam.
            - Okej.
            Podnieśliśmy się z miejsca i skierowaliśmy do drzwi wyjściowych. Niechcący spojrzałam mu w oczy, nadal miał je takie smutne.
            - Hug? - zaskoczyłam sama siebie. Współczucie czy jednak coś więcej? Ugh, zaraz kopnę siebie w tyłek za ten nadmiar empatii. Co ja kurwa robię?!
            - Tak bardzo Ciebie pragnę - wyszeptał mi do ucha.
            Chyba nieco zmiękły mi nogi, jednak na twarzy pojawił się grymas lekkiego zniesmaczenia.
            " Ziemia do Williams, zdecyduj się dziewczyno!" - moja podświadomość zaczęła się burzyć.
            Odsunęłam się od niego jak oparzona, po czym zapytałam:
            - Co we mnie takiego jest, że tak mnie chcesz? Nie rozumiem.
            Pokręcił głową i nieco się uśmiechnął.
            - Wszystko - chciał musnąć dotykiem moje palce, ale natychmiast je odsunęłam dalej i zacisnęłam w pięść. - Jesteś po prostu bardzo wyjątkową osoba, i delikatną jak płatki róż, co czyni Cię jeszcze bardziej wyjątkową.
            Wywróciłam oczami na zbyt ckliwe porównanie.
            - Myślałam, że słabość to wada - zauważyłam.
            - Słabość, a delikatność to dwie różne rzeczy.
            Nic nie odpowiedziałam. Gapiłam się tępo w podłogę, nie zaszczycając go ani na moment moim wzrokiem. Serce, słuchaj mnie wyraźnie, bo mówię do Ciebie - koniec z sentymentami. Basta!
            - Na mnie pora - powiedział wreszcie, kiedy zobaczył, że nie zamierzam już więcej razy się odzywać. - Do usłyszenia, Rita.
            - Pa, Dave - zamknęłam drzwi, po czym osunęłam sie na nich i ukucnęłam łapiąc się za głowę. Przystawiłam palec do skroni, który miał udawać pistolet, po czym udałam, że oddaję strzał. Chyba powinnam nakleić sobie na czoło wielką kartkę z napisem "nie umiem w życie" i chodzić z nią po mieście. Taa, to by idealnie do mnie pasowało...