poniedziałek, 10 sierpnia 2015

9. Wyjałowiona dusza.

Wdech, wydech. W myślach odliczam do dziesięciu. Na przemian tracę i nabieram sił. Moje życie jest jak parabola, nieustannie malejąca, rosnąca, malejąca, rosnąca, zero constansu. Posiałem gdzieś wszystkie mapy, dzięki którym mógłbym znaleźć choć na moment równowagę. Patrzę przed siebie i dostrzegam, że stoję nad przepaścią, silny wiatr kołysze pozostałości z istniejącego tu niegdyś mostu. Nie mam jak dostać się na drugą stronę, nie mogę, więc podnieść się i iść dalej, bo nie mam zwyczajnie gdzie. Dlatego też nie mogę pozbyć się patrzenia wstecz, wspomnienia uderzają ostro jak drzazgi w niezliczonej ilości zawsze, kiedy choć na moment odwrócę głowę do tyłu. To alegoria mojej psychiki. Porwana, zniszczona, zniedołężniała, zdemolowana. Mogę wymieniać tak długo...
Nie sztuką jest zamknąć się w czterech ścianach i odciąć się od reszty świata. Prawdziwym wyzwaniem jest przyznać się, że popełniło się kilka naprawdę sporych błędów, pobłądziło, zagubiło samych siebie w tej plątaninie natłoku słów i skrajnych emocji, dlatego też kolejnym wyzwaniem, jakie codziennie podejmuje to walka z tym, co złe wybory poczyniły w moim życiu i możliwie najskuteczniejsze cofnięcie powstałych szkód we mnie i w otaczającym mnie świecie czy ludziach. Jednak na marne moje starania, jeśli nareszcie nie odnajdę siebie i nie uda mi się zaprowadzić porządku w moim życiu. Może kiedyś wreszcie znajdę sposób jak odbudować most na drugą stronę i skończę wiecznie tkwić w tym toksycznym martwym punkcie. I choć momentami wierzę w powodzenie tego planu naiwnie jak małe dziecko, to nadal zbyt wiele we mnie chwil zwątpienia.
Żyję ze świadomością, że gdzieś tam jest lepszy świat, w którym magicznie znikają wszelkie troski i kłopoty. Może to tylko złudzenie, a może jednak jest jakiś sens w to wierzyć? Czuję się niemal jak w klatce, wytężam moją wiarę tak silnie jak tylko to jest możliwe, ale efektów nie widać. Dlaczego?
Otaczają mnie ludzie, ale cały czas brak mi jakiejś bardzo ważnej cząstki, co by uskrzydliła najbardziej na świecie. Czemu mam wrażenie, że w tamtym świecie łatwiej o osiągnięcie moich pragnień? Żyję w swojej krainie, mieszczącej się na skraju dwóch światów. Codziennie niby pod przymusem spowodowanym moimi obowiązkami wybieram drogę tego świata, w której już dawno zapomniano co to podstawowe jednostki szczęścia. Szczery śmiech, promienie słońca budzące rano, uścisk ręki z ukochaną osobą… Tu zastępuje je niewyczerpany limit samotnych chwil, obserwowanie szczęścia innych osób zza szklanej witryny i jednocześnie klatki, bo nie sposób ją zbić, niezliczone doby, które z braku słońca zamieniają się w jedną, nigdy niekończącą się noc. A nawet, kiedy zdarzy się już tak, że pojawi się na moment, to i tak dookoła wszystko wydaje się być tak szare, że człowiek znowu zastyga w miejscu, patrząc oczami pełnymi niemocy na huśtane przez wiatr pozostałości niegdyś istniejącego mostu, zupełnie jakby w twoim przeznaczeniu nie dało wykrzesać się ani jednej szansy na chociażby jeden krok do przodu. Ale i tak najgorsze z tego wszystkiego jest przeszywające uczucie pustki. Zupełnie jakby ktoś rozpruł Twoje ciało, potem dostał się do duszy i wypatroszył ją do cna, nie pozostawiając w niej nic, oprócz głuchej pustki. Skazanie na tkwienie bez wnętrza. I cóż, tu akurat idealnie się uzupełniam z tym światem, bo powiedzieć, że jest pozbawiony wnętrza to określenie w punkt. Ale może się mylę i to wszystko jest jedną wielką iluzją? Może sęk w tym, że to po prostu ja jestem taki wyjałowiony?
Jak ledwo funkcjonujący organizm po ciężkiej chorobie. Dochodzę do siebie, ale trwa to tak niesamowicie długo, leczenie jest niemalże niezauważalne. Zupełnie jakby ktoś wciąż ponawiał ten proces, przez co mam wręcz wrażenie, że będzie to dłużyć się w nieskończoność, a tego niestety już nie będę w stanie znieść, bo ileż można.
Nagle jak przez mgłę spoglądam na zegar na ścianie i wtem przerywam swoje rozmyślania, zauważając, że dochodzi dziewiąta. Pośpiesznie wychodzę z mieszkania i wsiadam do auta. Podjeżdżam na parking i za pomocą pochodnej uśmiechu staram się z całych sił ukryć moją wyjałowioną duszę.
*
 Dzisiejszego poranka brutalnie z krainy snów wyrwał mnie irytujący odgłos budzika. Nie otwierając oczu, próbowałam wymacać telefon, znajdujący się na szafce nocnej i po omacku wyłączyłam drzemkę. Po dziesięciu minutach odgłos rozbrzmiał ponownie, a ja już tym razem znalazłam w sobie wystarczająco dużo siły, aby zwlec się z łóżka. Podeszłam do szafy, sięgnęłam jakieś ubrania i wykonałam szereg innych porannych czynności. Poniedziałkowy nastrój wiszący w powietrzu wydawał się być nawet przyjemny, podobnie jak weekend, który minął mi spokojnie i nawet dosyć miło. W sobotę przyjechała siostra mamy i trochę u nas posiedziała, a potem zaproponowała, że zabierze na jakiś czas Mary i George'a do siebie, żebym miała też czas dla siebie samej, a nie ciągle opiekowała się rodzeństwem. Lubiłam spędzać z nimi czas, więc próbowałam powiedzieć jej, że sama daję sobie radę, tym bardziej, że Mary jest już prawie dorosła, jednak ta nalegała. Co za paradoks, siostra naszej rodzicielki bardziej przejmowała się naszym losem, aniżeli ona sama. Jakby to powiedzieć, nihil nobil. W niedzielę zatem zostałam sama w domu, bo mama gdzieś znowu pojechała, więc miałam czas przemyśleć sobie wszystko i zaczęłam dochodzić do wniosku, że skoro mam takie wątpliwości, to czy sens jest w ogóle nad czymś się zastanawiać? Przecież bez pewnych emocji każda relacja z góry skazana jest na porażkę. A ja nie jestem na tyle zdesperowana, by szukać bliskości w kimkolwiek. Byłaby to zresztą jedynie marna imitacja prawdziwej relacji, a mi zostałoby wówczas zadowolenie się wyimaginowanym szczęściem. Wolę już żyć w bezbarwnej rzeczywistości, aniżeli tkwić we wmawianym sobie uczuciu.
*
Przekroczyłam próg szkolnych drzwi i skierowałam się do swojej szafki. Schowałam do niej zbędne książki i zeszyty, po czym udałam się pod salę, zaczynałam lekcją rozszerzonej biologii. Przywitało mnie wrogie spojrzenie Kate, na co tylko olewacko odwróciłam wzrok. Stał tam też Dustin. Jego widok sprawił, że na moją twarz wdarło się zdziwienie, jednak tylko na krótką chwilę, za chwilę powrócił normalny wyraz twarzy. To, że rozmawialiśmy kilka razy nie sprawiało, że podpisał ze mną jakiś kontrakt lojalności. A jednak gdzieś tam w środku poczułam delikatne ukłucie goryczy.
Na zajęciach nie zwracałam na niego uwagi i w ogóle nie patrzyłam w jego stronę. Dzisiejszy dzień był kolejnym to już, kiedy myślami byłam gdzieś indziej, ciężko mi było o krztynę skupienia. Zamiast tego błądziłam gdzieś w moich myślach. Siedziałam tak w ławce zamyślona, opierając się na łokciu oraz nie przywiązując uwagi do tego co dzieje się na lekcji.
— Ziemia do Williams — usłyszałam nagle głos Jasona, który machał mi ręką przed twarzą. Siedzieliśmy razem w ławce na biologii. Natychmiast się obruszyłam.
— Jestem, jestem — powiedziałam z lekkim uśmiechem na ustach.
— Ty myślisz o niebieskich migdałach, a tymczasem kolega coś często przyciąga wzrok w Twoją stronę — zaśmiał się. Spojrzałam na niego pytająco. — Dustin — powiedział szeptem, na co na moją twarz wkradł się grymas. Dyskretnie odwróciłam głowę w bok. Faktycznie, lustrował mnie, jakby nad czymś rozmyślając. Szybko zorientował się, że również spojrzałam w jego stronę, jednak ten wcale nie odwrócił wzroku, pozwolił się przyłapać. Patrzył się na mnie badawczo. Nie było to ani złowrogie spojrzenie, ani przyjacielskie. Zupełnie jakby wyjałowione z emocji.
Jeszcze przez chwilę lustrowaliśmy się spojrzeniami, po czym ten odwrócił wzrok w stronę wołającej go Kate. Dziewczyna położyła mu rękę na ramieniu i próbowała po raz kolejny w ten niesamowicie desperacki sposób zarzucić na niego swoje sidła. Ślepy by zauważył jakie to było sztuczne. Odwróciłam od nich wzrok, aby nie zwrócić śniadania, ble.
Nagle usłyszałam dźwięk wiadomości, spojrzałam na ekran telefonu, to była wiadomość od Dave'a. Wywróciłam oczami. Czy ten chłopak ma choć trochę pojęcia o tym co to przestrzeń osobista? W ten sposób nic nie ugrasz, Brown. Jedynie moje zniechęcenie. Schowałam telefon do torby. Nie miałam zamiaru odpowiadać mu na tą wiadomość.
Reszta lekcji biologii minęła mi dość szybko. Kiedy zadzwonił dzwonek, podniosłam się z ławki i skierowałam razem z Jasonem do wyjścia.
— On ciągle co jakiś czas gapi się na ciebie — wyszeptał, gdy opuszczaliśmy salę, ekscytując się tym znacznie bardziej niż ja. Na moją twarz wkradła się mieszanka zdziwienia i podirytowania. Może powinnam mu przekazać, że jeszcze nie opanowałam czytania w myślach i jeśli chce mi coś przekazać to niech podejdzie i mi to powie bez obaw, że walnę mu w łeb. Już miałam się odwrócić, ale usłyszałam śmiech Kate za plecami, tym samym tracąc ochotę na podejmowanie jakiejkolwiek wymiany zdań. Wyszliśmy z Jasonem na boisko, aby nieco się dotlenić.
*
Szłam właśnie szkolnym korytarzem, kiedy usłyszałam jakieś nerwowe głosy. Wyszłam zza rogu i nagle moim oczom ukazała się Irma z Kaitlyn.
— Niech ja ją tylko spotkam — powiedziała Kaitlyn. Chociaż nie, w sumie to wykrzyczała.
— Nie sądzisz, że to bardzo naiwne wierzyć Kate? — mówiła spokojnie Irma.
Podeszłam do nich bliżej, chcąc dowiedzieć się co się stało.
— Cześć dziewczyny — przywitałam się z nimi, a Kaitlyn mało co nie rzuciła mi się na szyję. — Ej, wyluzuj! O co ci chodzi? — powiedziałam zirytowana. Co tej dziewczynie się stało?
— Witaj, Lydia niewiniątko Williams — wysyczała przez zęby. Przedostatnie słowo wypowiedziała ze szczególną agresją w głosie.
Nabrałam pytającego wyrazu twarzy.
— Oświecisz mnie wreszcie? — spytałam podirytowana i zdezorientowana.
— Fajnie to tak prowadzić się z moim chłopakiem i obściskiwać na szkolnym boisku, kiedy mnie już nie ma w szkole? — jej głos nadal był pełen złości. A we mnie wezbrała irytacja na te zachowanie rodem z przedszkola.
— Słucham?! — osłupiałam. — Co ty za bzdury wygadujesz — oburzyłam się.
— Mówiłam jej, żeby się tak nie wściekała, ale nie przegadasz — odparła zrezygnowana Irma. — Proszę, wyjaśnijcie to między sobą w miarę spokojnie. Ja już muszę lecieć, mam ważną sprawę do załatwienia — rzuciła i skierowała się do wyjścia.
— Skąd w ogóle takie informacje? — zapytałam się.
— Od Kate — odburknęła, na co wybuchnęłam śmiechem.
— Serio, Kaitlyn? Na bardziej wiarygodne źródło informacji w szkole trafić nie mogłaś — zakpiłam.
— Inni też widzieli — powiedziała dumnie. Zmarszczyłam czoło. Nie wierzyłam w jej głupotę. — Zaraz zadzwonię po Kate i opowie jak to się do niego śliniłaś.
— Gorszy dzień, gorszym dniem, ale nie mogę uwierzyć, że dajesz wiarę jej słowom. Co najwyżej to Kate spoufalała się do Dustina, ale widzę, że ona znacznie bardziej preferuje bajkopisarstwo, nie wiedziałam, że ty też — powiedziałam podniesionym tonem i odwróciłam się od niej napięcie, nie zwracając już uwagi na to co gada pod nosem. Od razu zauważyłam Dustina, który stał kawałek dalej pod salą. Świetnie, jeszcze on tu, pomyślałam. Patrzył na mnie swoimi niebieskimi tęczówkami w ten sam sposób co na biologii. Spojrzałam na niego lekceważąco i chciałam wyminąć.
— Wszystko okej? — spytał, o dziwo łagodnym i spokojnym tonem. Czy, aby przypadkiem w jego wzroku nie można było zauważyć nieco troski? Nie, czysta abstrakcja. Przemknęło mi.
— A ty, co? Dzień dobroci dla zwierząt? — rzuciłam oschłym tonem, mało myśląc. Zmierzył mnie złowrogo i chwycił za mój prawy nadgarstek mocno zaciskając na nim swoją dłoń.
— Auć, to boli — jęknęłam, na co rozluźnił uścisk.
— Nie powinnaś tak się do mnie zwracać — powiedział, a w jego oczy przepełniała irytacja.
— Nie będziesz mi mówić co mam robić, Gray — powiedziałam przepełniona złością.
— To ty nie umiesz panować nad emocjami, rozkapryszona panienko — tym razem poczułam psychiczny ból.
— I kto to mówi — rzuciłam niewiele myśląc i odwróciłam się na pięcie.
Skierowałam się do najbliższego wyjścia. Na dworze było już dość ciemno. W planach miałam wracać do domu razem z Kaitlyn, ale skoro ona wolała wierzyć w bajki Kate to proszę bardzo, nie zatrzymywałam jej. Wrócę do domu sama, pieszo. Nie jestem małą dziewczynką, umiem sobie poradzić.
Szłam już kawałek, obserwując okolicę w jakiej leżała szkoła. Nasze liceum choć z dość dobrą reputacją to mieściło się w specyficznym osiedlu. Jakieś szarobure, opuszczone budynki starych fabryk, część z nich odrestaurowana na drogie lofty, kontrastujące z nijakimi blokami mieszkalnymi w niedalekiej oddali. Dookoła przewijające się małe sklepiki. Mało zieleni, i jakoś tak anemicznie. Nagle usłyszałam za sobą kroki. Nie wiedzieć czemu, zanim zdarzyłam cokolwiek pomyśleć, w moim umyśle przemknęła mi myśl, że to Dustin. Momentalnie zrobiło mi się wstyd przez tą myśl.
Odwróciłam się o 180 stopni i mina mi zrzedła. Rzucił się na mnie jakiś odpychający typ, a swoje brudne ręce przyłożył mi do ust, żebym nie mogła krzyczeć. Mimo swojej postury, poruszał się zaskakująco dobrze jak na moje nieszczęście. Widząc, że ma nade mną przewagę wyszczerzył rząd krzywych zębów w jaszczurczym uśmiechu. Próbowałam się wyrwać, na marne. Odwrócił się na chwilę, a ja wykorzystując okazję kopnęłam go w czułe miejsce. Rzuciłam się do ucieczki. Moja pierwsza myśl podsunęła mi cofnięcie się do szkoły. Jak pomyślałam tak też zrobiłam. Biegnąc skierowałam się do drzwi, przez które wcześniej wychodziłam. Chwyciłam za klamkę i zamarłam. Drzwi były zamknięte. Szarpnęłam kilkakrotnie za klamkę, ale nic nie uległo zmianie. Poczułam, że w kącikach oczu zbierając mi się łzy. Tak, jasne, jeszcze tylko się rozpłacz. Krytykowałam się. I co ja teraz zrobię? Ten obrzydliwiec na pewno był już niedaleko i co gorsza pewnie zdążył w międzyczasie zwołać swoją bandę. Bóg wie czego takie typy spod ciemnej gwiazdy szukają na ulicy. Zaczęła ogarniać mnie coraz większą panika, ale po chwili udało mi się opanować. Musiałam myśleć racjonalnie.
Ostrożnie oddaliłam się od bocznego wejścia i skierowałam się na przód szkoły. Przyspieszyłam kroku. Za chwilę już biegłam. Obejrzałam się za siebie, by sprawdzić, czy czasem nikt za mną nie biegnie. I wtedy nagle poczułam, że na kogoś wpadłam. Moje serce stanęło na moment, cała się trzęsłam, wydarłam się przeraźliwie. Czułam, że to koniec. "Fajne zakończenie dnia." Pomyślałam ironicznie.    

Jeśli to czytacie zostawcie proszę po sobie komentarz, to wiele dla mnie znaczy - z góry dzięki! Piszcie co sądzicie - Wasza opinia jest dla najważniejsza, dzięki niej wiem co robię źle, a nad czym powinnam popracować. :)
Klaudia x

5 komentarzy:

  1. Zajebi*** czekam na kolejny! ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetnie piszesz! Jestem pod dużym wrażeniem. Takie bardzo naturalne jest wszystko, opisy, każdy dzień. I pchasz akcję do przodu, i bardzo przyjemnie się to czyta. Musisz tylko uważać na powtórzenia, bo trochę Ci umykają. Szukaj zamienników, albo próbuj układać zdania w ten sposób, by móc użyć zaimka, zamiast rzeczownika. Ale to takie drobiazgi, każdemu się zdarza. W każdym bądź razie ja na pewno zostanę u Ciebie dłużej. Prosiłabym o poinformowanie mnie o nowym rozdziale :)

    I zapraszam również do siebie. Blog jeszcze nie ruszył, ale być może spodoba Ci się tematyka opowiadania, które sobie wymyśliłam.

    Pozdrawiam ciepło, Sight

    http://brak-mi.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Dywiz (-) jest za krótki żeby używać go w dialogach (pomijając względy estetyczne, jest to błąd). Od tego są pauza i półpauza (do wyboru) (—) (–)
    Popraw plis Trzeba walczyć z tą dziwną dywizową manierą wśród autorów.

    OdpowiedzUsuń

  4. Rozdział świetny
    Ciekawi mnie co będzie dalej :)
    Życzę weny *.*
    I zapraszam na moje ff o Justinie, który jest piosenkarzem i o Pii, która jest członkinią gangu
    http://lovemeharder-justin.blogspot.com/
    Oraz na ff o Zaynie i Pii http://dangerouszaynmalik.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń